Z barów mlecznych do ratusza. Ruchy miejskie idą po władzę

Warszawa

archiwum TVNRuchy miejskie przejmą władzę?

Są pierwszą od 25 lat, realną alternatywą dla polityków, którzy zatrzymali się w XX wieku. I chcą wprowadzić polskie miasta w wiek XXI. Na przekonanie wyborców, że to możliwe, mają niespełna cztery miesiące.

Autostrada pod oknami, wysypisko za miedzą, oczyszczalnia lub spalarnia zamiast parku - do niedawna trzeba było tak kontrowersyjnego pomysłu, by zmobilizować mieszkańców miasta do wizyty na sesji rady dzielnicy. A potem była bezbrzeżna złość, że lokalni radni nic nie mogą już zrobić, że urzędnicy zasłaniają się procedurami, że nie mają wpływu na decyzje innych organów...

Takich historii w całym kraju były - i nadal są - setki. Ich bohaterowie nauczyli się z czasem, że gdy za oknem pojawiają się koparki, na protesty naprawdę jest za późno. Wiedzą już, że na swoje miasto wpływać trzeba wcześniej i to żmudny proces: czytanie projektów uchwał, zgłaszanie uwag do planów miejscowych, rozliczanie radnych z tego, jak głosują, siedzenie na sesjach ciągnących się do późnej nocy. Niewielu ma na to czas, ale są i tacy, którzy doskonale się w tym odnajdują. Uczyli się wiele lat, a dziś znają procedury nie gorzej od urzędników i ze swojej wiedzy chcą w końcu zrobić użytek.

Żeby "się dało"

Wiedzą też, że Wiedeń, Amsterdam czy Kopenhaga nie przypadkiem wygrywają rankingi najbardziej przyjemnych miejsc do życia. Powroty z wypraw w takie miejsca zawsze bolą: tam porządek i ład - tu chaos i bałagan. Tam zieleń - tu reklamy. Tam ścieżki rowerowe - tu chodniki zastawione samochodami. I od 25 lat ta sama odpowiedź urzędników: "nie da się".

Oni nie chcą już jednak słyszeć, że nie da się zrobić przejścia dla pieszych czy podjazdu. Patrzą na swoje otoczenie z perspektywy rowerzysty, niepełnosprawnego, rodzica z wózkiem. Z perspektywy nierównego chodnika, a nie gigantycznego stadionu. Placu zabaw, a nie obwodnicy. Szkolnej stołówki, a nie targów w Cannes. I chcą, żeby wreszcie "się dało".

- Mamy dość polityków, którzy rządzą nami po 12 lat. Są zamknięci w wieżach z kości słoniowej i nie dostrzegają potrzeb zwykłych ludzi - tłumaczy Ewa Lieder, kandydatka na prezydenta Gdańska, która dołączyła do Porozumienia Ruchów Miejskich.

Obrażeni na oburzonych

Ten ferment zaczął się cztery lata temu w Poznaniu. Lokalny komitet My Poznaniacy zdobył wtedy w wyborach samorządowych prawie 10 procent głosów. Nie dało im to wprawdzie żadnego mandatu w radzie miasta, ale dla działaczy z całej Polski stanowi do dziś punkt odniesienia. Tym razem sygnał do ofensywy daje Kraków. Rządzącemu niepodzielnie od trzech kadencji Jackowi Majchrowskiemu rękawicę w wyborach rzucić zamierza 28-letni Tomasz Leśniak. Pierwszy cios już zadał: doprowadził do referendum, w którym mieszkańcy odrzucili pomysł organizacji Zimowych Igrzysk Olimpijskich.

To nie było pierwsze referendum, w którym coś poszło nie po myśli władzy. W 2009 roku stołek stracił tak prezydent Łodzi Jerzy Kropiwnicki, wiosną 2013 roku - prezydent Elbląga Grzegorz Nowaczyk, a jesienią zeszłego roku w stolicy Hanna Gronkiewicz-Waltz uchowała się tylko dzięki minimalnie zbyt niskiej frekwencji.

W kampanii przed referendum krakowscy urzędnicy roztaczali przed mieszkańcami wizje korzyści z olimpiady, nie poparte jednak konkretami. I sięgali po propagandowe chwyty, unikając merytorycznej dyskusji o kosztach i zyskach. Nie przeszkadzało im nawet to, że po lekcji Euro 2012 w te drugie nikt prawie nie wierzył. Po ogłoszeniu wyników Majchrowski zaczął zaś mówić tak, jakby obraził się na mieszkańców miasta. - Uwierzyli ludziom, którzy mówili ogólnikami - przekonywał w rozmowie z TVN 24. - W życiu jeszcze nic nie osiągnęli, ale są przeciwko - dodawał w TOK FM. Także w komentarzach innych krakowskich samorządowców nie pojawiła się myśl, że obywatele mogli wykazać się zdrowym rozsądkiem i że całkiem świadomie opowiedzieli się za rezygnacją z kosztownej imprezy.

Tymczasem zdaniem Leśniaka, wynik referendum to dowód, że mieszkańcy potrafią wziąć odpowiedzialność za miasto. - To głos za tym, żeby inaczej inwestować, żeby wydawać pieniądze na rzeczy związane z jakością życia, edukację, służbę zdrowia - mówił po ogłoszeniu wyników. I dlatego zdecydował się na start w wyborach.

Czy sukces w referendum wystarczy, żeby pokonać Majchrowskiego w bezpośrednim starciu? - W Polsce jest niestety tak, że trzeba najpierw coś podciąć, podpiłować, żeby wypłynąć - mówi z przekąsem politolog ze Szkoły Wyższej Psychologii Społecznej w Warszawie Radosław Markowski. I dodaje: - Nie sądzę, by na sprawie olimpiady dało się wygrać wybory na prezydenta Krakowa. Majchrowski jest zaradnym prezydentem, rządzi od dawna, nie sądzę by to wystarczyło do podkopania jego pozycji.

Wybory mogą być dla Leśniaka lekcją pokory. Wie o tym, więc kuje żelazo, póki gorące. Razem z działaczami z pięciu innych miast powołał właśnie do życia Porozumienie Ruchów Miejskich. Chcą nagłośnić swoje istnienie, pokazać wspólny program i wystawić kandydatów do rad miast i dzielnic.

Na razie ich postulaty są ogólnikowe: miasta mają być bardziej zielone, przyjazne pieszym i rowerzystom. Ma się poprawić sytuacja rodziców, lokatorów mieszkań komunalnych, ludzi starszych. Jak to osiągnąć? Skąd wziąć pieniądze? - na te pytania ruchy miejskie dopiero mają zacząć odpowiadać. Smoleńsk i aborcja? - To nie są sprawy samorządu - ucina takie pytania Jan Śpiewak, który w PRM reprezentuje warszawskie stowarzyszenie Miasto Jest Nasze.

- Ruchy miejskie definiują nowe cele, wynikające z nowych potrzeb - estetycznych, społecznych. To inny język, niż ten, którym mówią stare partie. Ludzie stają się coraz bardziej wrażliwi na przyrodę, estetykę przestrzeni publicznej i idzie im o pewien sprawiedliwy ład społeczny miasta, a tamte ugrupowania nie umieją operować tymi kategoriami, więc jest tu duże pole do popisu - ocenia Jacek Raciborski z Instytutu Socjologii Uniwersytetu Warszawskiego. I dodaje: - Ktoś to w końcu zagospodaruje, choć nie wiem, czy już w najbliższych wyborach.

Mówi Jacek Majchrowski
TVN 24

Walka o język

Może być trudno, bo stare partie nie zamierzają oddawać pola. Mogą nie rozumieć potrzeb młodego pokolenia, ale widzą polityczne zagrożenie w jego przedstawicielach. Zdaniem Raciborskiego, niebawem zaczną je neutralizować. Można się więc spodziewać, że będą chciały "podkupić" działaczy, oferując im miejsca na swoich listach, dające znacznie większe szanse na mandat. Otwarcie zadeklarował to np. Bogdan Zdrojewski, który w wywiadzie dla "Gazety Wyborczej" komplementował niezależnego kandydata na prezydenta Wrocławia Tomasza Owczarka: - Z takimi ludźmi należy rozmawiać, trzeba im umożliwiać wejście w politykę i czerpać z ich inicjatywy.

Już teraz widać też, że będą próbowały przejąć język swoich krytyków. To zaczęło się przed warszawskim referendum - Hanna Gronkiewicz-Waltz nie tylko zapowiedziała realizację niektórych postulaty ruchów miejskich (budżet partycypacyjny, karta warszawiaka, która ograniczyła zasięg podwyżki cen biletów), ale przede wszystkim zaczęła mówić inaczej, niż do tej pory. W ślad za nią idą prezydenci innych miast, którzy też coraz więcej mówią o partycypacji i o przyjaznym, zrównoważonym mieście. I będą przez to znacznie trudniejszymi przeciwnikami, niż obrażony prezydent Krakowa.

- Prezydent Warszawy pokazała, że umie wyciągać właściwe wnioski. Nawet jeśli robi to bez przekonania, jest to mądry krok taktyczny - ocenia Raciborski. I dodaje: - Dla ruchów miejskich to zarazem sukces i zagrożenie. Muszą walczyć, by autorstwo tych pomysłów nie zostało im odebrane, a realizacja - wypaczona. Ale mogą też pokazywać, że już teraz mają realny wpływ na rzeczywistość. To jest bardzo dużo, szczególnie na samym starcie.

Bronią ruchów miejskich będzie z pewnością internet. To ich naturalne środowisko - potrafią błyskawicznie nagłośnić dowolną sprawę, zakładając odpowiednie strony w serwisach społecznościowych i wypromować je, korzystając z sieci nieformalnych relacji, także z radnymi i dziennikarzami. Chętnie wspierają się przy tym memami. Tym sposobem łatwo docierają ze swoim przekazem tam, gdzie starym partią to nie wychodzi - do młodych ludzi.

Zdaniem Raciborskiego, nie wystarczy to jednak do pokonania starych wyjadaczy. - Ruchy miejskie mają na razie zbyt małe zasoby, by walczyć o fotele prezydentów w największych miastach. Wprawdzie dziś dużo łatwiej o dostęp do środków masowego przekazu, ale z drugiej strony ani obecność w telewizji, ani na bilbordach, ani w internecie nie załatwia sprawy. Jego zdaniem, ważne jest zarówno zaplecze organizacyjne, jak i rozpoznawalność rządzących miastami polityków - działacze miejscy jeszcze nie mogą się z nimi równać.

Swój sposób znalazła na to warszawska kandydatka Zielonych, także miejska działaczka, Joanna Erbel. Zanim ktokolwiek na poważnie pomyślał o tym, że mogłaby kandydować, była dosłownie wszędzie. Od kilku lat broniła lokatorów przed eksmisjami, uczestniczyła w akademickich dyskusjach i konsultacjach społecznych, była na sesjach rady miasta i dzielnic. Angażując się w sprawy samorządu bardziej, niż większość z 460 warszawskich radnych stała się znana nie tylko innym działaczom, ale też mieszkańcom, którzy szukali wsparcia dla swoich spraw.

Kandydat na prezydenta Krakowa
TVN 24

Z baru do ratusza?

Tym, czym dla Tomasza Leśniaka stały się Zimowe Igrzyska, dla Erbel był Prasowy. Tani bar mleczny w Śródmieściu Warszawy był zabity dechami, aż do dnia, gdy grupa ludzi postanowiła wejść do środka i zacząć gotować. Niecodzienny protest skończył się interwencją policji i stał się początkiem wielomiesięcznej przepychanki między mieszkańcami, i wspierającymi ich społecznikami, a urzędnikami, z niechętnym do współpracy burmistrzem Wojciechem Bartelskim na czele. Symboliczne stały się słowa tego ostatniego, że w Śródmieściu może być "tanio i przaśnie, albo nieco drożej, ale nowocześnie". On opowiadał się oczywiście po tej drugiej stronie i - tak jak Majchrowski - zdawał się nie rozumieć, że mieszkańcy od nowoczesności wolą tanie jedzenie.

W końcu ustąpił, ale to właśnie Joanna Erbel pomagała opracować regulamin konkursu na nowego najemcę lokalu. Zastrzeżono w nim, że ma powstać bar mleczny i tak się stało. Dziś zgodnie jedzą w nim starsi mieszkańcy okolicy, hipsterzy zjeżdżający na modnych rowerach i pracownicy okolicznych biur.

Z reprezentującym twardy neoliberalizm Bartelskim Erbel ma na pieńku - po Prasowym walczyła też z planem likwidacji osiedla tzw. domków fińskich na Jazdowie - za to nigdy nie weszła w otwarty konflikt z Hanną Gronkiewicz-Waltz. W kampanii przed referendum zachowała się powściągliwie. Punktowała słabości rządzącej prezydent i zbierała podpisy pod obywatelskim projektem uchwały kasującej zaplanowaną przez miasto podwyżkę cen biletów (podpisów zebrano dość, by projekt trafił pod obrady - został jednak odrzucony głosami PO), ale nie atakowała wprost.

Potrafiła zbudować dobre relacje nawet z szarą eminencją gabinetu Gronkiewicz-Waltz - Jarosławem Jóźwiakiem. A gdy - już po referendum - miasto zaczęło przygotowania do wprowadzenia budżetu partycypacyjnego, Erbel zamieniła Prasowy w punkt konsultacyjny, w którym pomogła przygotować kilkadziesiąt wniosków i projektów.

Nie wszystkim miejskim aktywistom to pasowało, ale dopiero decyzja o starcie z poparciem Zielonych pokazała, na jakie przeszkody natkną się w przyszłości ruchy miejskie. Porozumienie Ruchów Miejskich nie wystawi wprawdzie własnego kandydata na prezydenta Warszawy, ale Erbel też nie poprze, bo - jak tłumaczy Jan Śpiewak - jest zbyt "partyjna". Porozumienie bardzo mocno podkreśla zaś, że nie zamierza iść "ani w lewo, ani w prawo".

- Tego nie da się utrzymać na dłuższą metę - ocenia Markowski. I tłumaczy: - Ewentualny sukces w wyborach oznacza konieczność wchodzenia w koalicje, różne w różnych miastach. A w dalszej perspektywie trzeba będzie podejmować jakieś decyzje. I wtedy trudno będzie już dogodzić wszystkim. Trzeba będzie się opowiedzieć po jednej ze stron - przestrzega.

- Demokracja bez partii to niebezpieczne złudzenie - przyznaje Jacek Raciborski. Ale dodaje: - Zieloni nie należą do głównego bloku partii w Polsce. Są antyestablishmentowi, mają zbliżone postulaty, więc akurat na nich ruchy miejskie nie powinny się zamykać.

Joanna Erbel o rządach Hanny Gronkiewicz-Waltz
Tomasz Zieliński / Tvnwarszawa.pl

Na głęboką wodę

Tak czy inaczej, przed miejskimi aktywistami cztery miesiące intensywnej pracy. Muszą przygotować program, w którym pokażą, co już osiągnęli i jakie mają plany. Czas na akademickie dyskusje w barach mlecznych i klubokawiarniach powoli się kończy - od tego, czy działacze będą gotowi na taką zmianę, zależą ich szanse w zderzeniu z partyjnymi machinami, które za chwilę zaczną się rozkręcać.

Wybory samorządowe odbędą się 16 listopada. Według pierwszego sondażu, w którym pojawiło się nazwisko Erbel - opublikowanego na początku lipca przez RMF24.pl - na kandydatkę Zielonych głosować chce tylko 2,1 proc. warszawiaków. Gronkiewicz-Waltz dostała w tym sondażu 48 proc. poparcia.

Karol Kobos