"Wolność zgromadzeń można ograniczyć, ale..."

Warszawa

- Miejscy urzędnicy mogą wydać decyzję o zakazie manifestacji, ale muszą ją później obronić przed sądem - zaznaczają eksperci. A to może nie być proste - zaznaczają. Goście "Miejskiego Reportera" komentowali czwartkowe marsze i zamieszki.

Powołując się na historię zakazać marszu Obozu Narodowo-Radykalnego i Młodzieży Wszechpolskiej na 11 listopada - tego domagali się ich przeciwnicy. Miejscy urzędnicy odmówili. W święto narodowe doszło do zamieszek.

- Czy prawo do zgromadzeń i wolności słowa oznacza, że zebrać może się każdy i z każdymi hasłami? - pytał w studiu "Miejskiego Reportera" Marek Balicki, SLD.Konstytucja nie pozwala

- W czwartek przemaszerowała Traktem Królewskim organizacja nawiązująca do faszyzmu, antysemityzmu i nienawiści - wyliczał Balicki. - W takim wypadku władza miasta powinna zakazać albo rozwiązać manifestację - dodaje.

Urzędnicy tłumaczą, że ogranicza ich konstytucja. - Umożliwia ona każdemu obywatelowi wyrażanie swoich poglądów - zaznaczył Tadeusz Grzybowski z biura bezpieczeństwa. I dodał: - Można było zakazać, gdyby manifestacja zagrażała życiu, zdrowiu i naruszała przepisy innych ustaw.

"Ratusz nie zareagował. A powinien"

- Mamy wyrok sądu, który jednoznacznie wskazuje, że ONR jest określony jako ruch społeczny. Nie można zakazać działalności ruchowi społecznemu - zastrzegł Grzybowski.

Takie tłumaczenie SLD jednak nie wystarcza. Jak mówią przedstawiciele partii, ratusz powinien wystosować zakaz w trakcie marszu. Zdaniem Balickiego, ktoś z urzędu miasta powinien na bieżąco obserwować sytuację na miejscu.

Urzędnicy musieliby się tłumaczyć

Konstytucjonalista zapewnia, że sprawa nie jest prosta. - Stan prawny nie jest taki, że organy gminy mają się przyglądać wszystkiemu z bezczynnością. Z drugiej strony, w świetle orzeczenia trybunału w Strasburgu, wolność zgromadzeń jest wartością uniwersalną - mówił prof. Ryszard Piotrowski, konstytucjonalista.

Zakazać manifestacji można było wydać. - Jednak wtedy władze miasta musiałyby udowodnić to przed sądem - przekonywał. - Ale jeżeli w trakcie zgromadzenia miało miejsce nawoływanie do nienawiści czy głoszenie treści faszystowskich, kompetentne organy powinny się tym zająć - powiedział ekspert.