Więzienie za jazdę na gapę. "Bałam się tam przebywać"

Warszawa

facebook / AgataAgata o zatrzymaniu

Trzy mandaty za jazdę na gapę skończyły się dla 29-letniej Agaty 15-dniowym pobytem w zakładzie karnym. Była ścigana listem gończym trzy lata po wykroczeniu, a o pobycie za kratami mówi: bałam się tam przebywać.

Choć ta historia może wydawać się wielu osobom nieprawdopodobna to wydarzyła się naprawdę. Jazda na gapę skończyła się więzieniem dla 29-letniej Agaty. Swoją "przygodę" opisała na Facebooku. - Przedstawiłam ją, ku przestrodze, żeby pokazać, że za głupi mandat można wylądować w więzieniu - mówi tvnwarszawa.pl Agata.

Przyszli rano do mieszkania

To co najgorsze, zaczęło się 24 marca tego roku.

"Po kilku bardzo ciężkich zdrowotnie dniach spędzonych głównie w łóżku z komputerem i pracą na kolanach, dostałam od przyjaciela smsa, że szuka mnie policja" – pisze Agata na Facebooku.

Jak precyzuje w rozmowie z tvnwarszawa.pl, o godzinie 6:20 śledczy przyszli do mieszkania, którego część w tym czasie wynajmowała i to po ich wizycie przyjaciel napisał smsa, że jest poszukiwana i sprawa dotyczy "pomówienia". Agata w tym czasie przebywała w mieszkaniu swojego partnera.

Otrzymała też telefon od przełożonej, że w pracy również poszukują jej funkcjonariusze. Twierdzi, że nie mogła dodzwonić się na komendę przy ulicy Żytniej, bo nikt nie odbierał, ale dostała telefon od dzielnicowego. Umówiła się z nim w mieszkaniu na Woli. Jak relacjonuje, przyszli dwaj policjanci, miała usłyszeć, że są śledczymi. Zapowiedzieli, że trafi do zakładu karnego na 15 dni. Za sprawę sprzed trzech lat.

"Za wykroczenie dotyczące nieopłacenia trzech mandatów za brak biletu w tramwaju nr 33 w Warszawie. Pamiętam te mandaty jak by to było wczoraj. Było późno. Byłam spóźniona mocno do pracy, a każdy z tych mandatów dostałam w tramwaju bez biletomatu. Jechałam nim może 4 przystanki. Spiesząc się po prostu dawałam swój dowód, z którego były spisywane dane i szybko biegłam zarabiać na życie. Ot co. Potem po prostu zapominałam o tym" - opisuje Agata.

"Bałam się"

Z relacji kobiety wynika, że została przewieziona do zakładu karnego w Łodzi. Tam została osadzona w celi ze skazanymi między innymi za znęcanie się psychiczne nad dziećmi, nieopłacone kredyty oraz za mandaty za psa. – Bałam się tam przebywać – mówi krótko.

Nie pozwolono jej na telefon do mamy. Dodaje, że została zamknięta z 13 złotymi na więziennym koncie, gdzie "połowa idzie do kasy żelaznej i nie można tego ruszyć". A najtańsza karta do budki telefonicznej kosztuje 8 zł.

W poniedziałek 27 marca odwiedził ją adwokat. Jak twierdzi kobieta, pojawiła się szansa, że wyjdzie wcześniej. "Przyjechała do mnie mama z informacją, że posiedzenie, które odbyło się dzień wcześniej a propos mojej sprawy skończyło się odrzuceniem przez sąd zamiany 15 dni pozbawienia wolności na 20 godzin społecznych do odpracowania. Zdradzę iż prokurator (czyli oskarżyciel) zgodził się bez wahania" – zaznacza w relacji.

Wyrok się uprawomocnił

Wyszła z więzienia w sobotę 8 kwietnia. Jak to się stało, że dostała taki wyrok? Zaczęło się od tego, że Zarząd Transportu Miejskiego wysłał na policję zawiadomienie o możliwości popełnienia wykroczenia z art. 121 – trzykrotny przejazd komunikacją bez biletu. "Policja skierowała do sądu wniosek o ukaranie pasażerki" - zaznacza w mailu wysłanym do redakcji Igor Krajnow, rzecznik ZTM.

Najpierw sprawą zajął się sąd rejonowy dla Mokotowa. To ta instancja zdecydowała o 20 godzinach prac społecznych. Sąd uznał Agatę winną popełnienia wykroczenia z artykuły 121, który mówi, że "kto, pomimo nieuiszczenia dwukrotnie nałożonej na niego kary pieniężnej określonej w taryfie, po raz trzeci w ciągu roku bez zamiaru uiszczenia należności wyłudza przejazd koleją lub innym środkiem lokomocji, podlega karze aresztu, ograniczenia wolności albo grzywny".

"Taki wyrok jest wydawany na posiedzeniu bez udziału stron" – tłumaczy Anna Ptaszek, rzecznik prasowy Sądu Okręgowego w Warszawie.

Wyrok się uprawomocnił i został przesłany do odpowiednika w Rawie Mazowieckiej. Jak tłumaczy Ptaszek, tam pani Agata jest zameldowana.

Kobieta nie poddała się karze. Jak tłumaczy, Paweł Urbaniak, rzecznik prasowy Sądu Okręgowego w Łodzi, sąd rejonowy w Rawie Mazowieckiej 10 kwietnia 2015 roku zmienił ją na zastępczą 15 dni "aresztu". I dodaje, że to postanowienie nie zostało zaskarżone.

Agata przekonuje, że adres jej zameldowania (w Rawie Mazowieckiej) jest inny niż ten, pod którym mieszka. "Pod tym z dowodu nie ma nikogo, więc i poczta nie jest odbierana. Organy ścigania nie dołożyły raczej starań, by szybko mnie znaleźć. A znaleźliby w try miga, bo nawet w moim banku jest podany docelowy adres, pod którym przebywam. Ale to nic. Przypomnieli sobie o mnie trzy miesiące przed datą przedawnienia wyroku. Miało to nastąpić 23 czerwca 2017" - podkreśla.

Pojawia się jednak pytanie, dlaczego podała adres, pod którym nie przebywa. - W czasie gdy była mi wręczana "kara"/"mandat", podawałam swój dowód z adresem zameldowania i z pośpiechu nie wchodziłam w dłuższe rozmowy z kontrolerami. Nie przypominam sobie również pytania z ich strony, czy jest to adres korespondencyjny. Zapewne gdyby takie padło, podałabym ten, pod którym przebywałam na stałe. Nigdy świadomie, mając przy sobie pieniądze, nie odkładałam płatności za mandat. Zdarzyło się nawet tak, że specjalnie wysiadłam z komunikacji, by w towarzystwie kontrolerów pójść do bankomatu i zapłacić. Miałam jednak wtedy czas – wyjaśniła w rozmowie z nami.

I podkreśla, że nie miała świadomości, że jakikolwiek proces się toczy.

"Na podstawie listu gończego"

O całą sprawę zapytaliśmy policję z Rawy Mazowieckiej. "Policjanci z Komendy Powiatowej Policji w Rawie Mazowieckiej zatrzymali na podstawie listu gończego kobietę, mieszkankę naszego powiatu a następnie przewieźli ją do zakładu karnego. Nie udzielamy natomiast szczegółowych informacji na temat osoby, czy też samego zatrzymania osobom i instytucjom postronnym" – poinformował podinsp. Bartłomiej Karch, zastępca komendanta powiatowego w Rawie Mazowieckiej.

"Liczę się z komentarzami, że sama sobie zgotowałam to piekło, bo przecież mogłam się przemeldować czy interesować pocztą. Mogłam, ale Polak mądry po szkodzie. Nigdy w życiu bym nie wpadła na to, że wyląduje w więzieniu za nieopłacenie mandatów. I nikt mi nie wmówi, że to normalne" - podsumowuje.

"ZTM odpowiada za komunikację miejską, za kontrolę biletów i windykację. Skoro Pani sama przyznała się do tego, że jechała bez biletu i została ukarana kilka razy (nie wiadomo ile razy jechała bez biletu, kiedy nie trafiła na żadną kontrolę) to ZTM nie ma sobie nic do zarzucenia. ZTM nie stanowi prawa i nie wypada żebym komentował w jakikolwiek sposób wyroki niezawisłego sądu" - poinformował nas Igor Krajnow, rzecznik prasowy Zarządu Transportu Miejskiego.

W sprawie statystyk dotyczących jazdy na gapę odesłał nas na stronę internetową ZTM. Tam czytamy, że tylko w styczniu tego roku skontrolowano ponad 204 tysiące pasażerów, a łączna liczba wezwań do zapłaty to 5 828. Udało się wyegzekwować 69,65 procent z nich.

KONTROWERSJE ZWIĄZANE Z KONTROLERAMI:

Ciosy na przystanku. Kontrolerzy bili pięściamiKontakt 24
wideo 2/3

ran/mś