Odcięci od warsztatu w oficynie. Płacą czynsz, choć nie mogą na niego zarobić

TVN Warszawa | Najnowsze

Autor:
Marcela Pęciak
Źródło:
tvnwarszawa.pl
Nowy właściciel zamknął bramę, z której korzystali szklarze (rozmowa z 21 listopada)Artur Węgrzynowicz / tvnwarszawa.pl
wideo 2/2
To był zakład szklarski z tradycjami

Nietypowy, ostatni taki warsztat szklarski w mieście. W dodatku położony w malowniczym miejscu. Tyle że pechowo - w podwórku kamienicy, która zmieniła właściciela. Nowy zamknął bramę, a rzemieślnicy zostali na wiele tygodni bez możliwości pracy, za to z rosnącymi rachunkami.

Ceglany, piętrowy budynek z lat 30. zeszłego stulecia - wielkie okna, wysokie, porośnięte zielenią ogrodzenie. Nietrudno wyobrazić sobie tutaj modną restaurację w klimacie loftu. Na razie jednak moda tu nie dotarła - w podwórku przy Płockiej 33 pan Bogdan Pietrowicz z żoną Krystyną od 18 lat prowadzą za to zakład szklarski. Tradycję ich firma ma jednak znacznie dłuższą, bo 65-letnią. Pan Bogdan przejął zakład po ojcu, ponad 40 lat temu. - Jesteśmy ostatnimi szklarzami w Warszawie, którzy naprawiają kryształy, zabytkowe lustra i szkła weneckie - podkreśla rzemieślnik.

Małżeństwo wyspecjalizowało się w renowacjach starych przedmiotów z galerii czy muzeów. Ich prace zdobią między innymi wnętrza pałacu w Wilanowie czy hotelu Bristol. - Trochę się tego wszystkiego przez 40 lat nazbierało - mówi skromnie pan Bogdan. - Staraliśmy się nie tylko solidnie pracować, ale tworzyć też miejsce, które po prostu przyjemnie odwiedzić. W ciepłe miesiące jest tu naprawdę magicznie - dodaje jego żona.

Klucze już są, problemy pozostały

Od września do grudnia nie mogli wejść do swojego warsztatu przy Płockiej 33a. Budynek, w którym mieści się pracownia, nie jest własnością Pietrowiczów. Należy do wolskiego Zarządu Gospodarowania Nieruchomościami. Nie stanowiło to problemu, dopóki właściciela nie zmieniła frontowa kamienica. Brama została wtedy zamknięta, a innego dojazdu na podwórko nie ma.

Ze spółką, która nabyła nieruchomość, trudno się skontaktować - numeru telefonu nie ma, a osoba, która wcześniej pośredniczyła w kontaktach, w rozmowie z tvnwarszawa.pl stwierdziła, że już dla tej firmy nie pracuje, nie chce się wypowiadać i nie może nas z nikim skontaktować. Udało nam się ustalić jedynie, że nowy właściciel zamknął bramę "ze względów bezpieczeństwa", ale były już przedstawiciel firmy zapewnił, że wejście zostanie szklarzom udostępnione.

To było pod koniec listopada. Pan Bogdan potwierdza, że niedługo potem zadzwonił do niego pracownik firmy Orange, który poinformował, że ma dla nich klucze. Operator telefonii to poprzedni właściciel kamienicy. Jak wytłumaczył wtedy rzecznik firmy Wojciech Jabczyński, w umowie sprzedaży zagwarantował on sobie utrzymanie istniejącej w budynku infrastruktury telekomunikacyjnej, obsługiwanej przez pracowników Orange. - W związku z tym mają klucze do bramy i jeden z nich, na prośbę nowego właściciela kamienicy, przekazał szklarzom zapasowy komplet - wyjaśniał.

Rzemieślnicy nie chcieli jednak załatwiać sprawy "na gębę". - Po zastanowieniu, z ciężkim sercem, odmówiliśmy ich przyjęcia. Chcieliśmy mieć jakieś oficjalne pismo, potwierdzenie, że faktycznie oni nam ten klucz dadzą i nie zabiorą następnego dnia. Poprosiliśmy, żeby odbyło się to drogą oficjalną, przez ZGN - tłumaczyli nam w listopadzie.

Klucze - tak, domofon - nie

Tydzień później sprawdziliśmy, czy Pietrowiczowie odzyskali dostęp do pracowni. W pierwszych dniach grudnia wciąż nie mogli wejść do środka, ale rzecznik Woli Mariusz Gruza powiedział wtedy, że dzielnica porozumiała się z właścicielem kamienicy. - Prawdopodobnie jutro [w czwartek 5 grudnia – red.] będziemy mogli przekazać klucze do furtki, które posłużą do czasu, aż wybudujemy alternatywne dojście do posesji - zadeklarował wtedy.

I rzeczywiście, dzień później wolski ZGN poinformował małżeństwo, że odebrał klucze od przedstawiciela Orange. - Nie było jednak żadnego pisma od nowego właściciela budynku przy Płockiej 33. Pośrednik przekazał klucze bez gwarancji na jaki czas udostępnia przejście, bo przecież określenie "czasowo" może być na jeden dzień - zauważa pan Bogdan.

Pracownia mieści się w budynku wolskiego ZGN-uBogdan Pietrowicz

Nie korzystali, ale zapłacą

Sprawę tymczasowego dostępu do pracowni udało się ostatecznie załatwić dopiero w drugiej połowie grudnia, ale kłopoty małżeństwa na tym się nie kończą. Do zapłaty mają bowiem czynsz za okres, kiedy nie mieli dostępu do warsztatu. Każdy miesiąc to około 3,5 tysiąca złotych, a małżeństwo przez ponad trzy miesiące nie mogło pracować ani nawet wydać klientom towaru czy wydrukować raportu z kasy fiskalnej. - Urząd dzielnicy rozłożył ręce i zostawił nas z tym. ZGN każe płacić tysiące złotych za budynek, z którego nie korzystaliśmy. Burmistrz odmówił zmniejszenia czynszu. Twierdzi, że jest nie jest władny – opowiada pan Bogdan.

- Niby tych urzędów jest dużo, ale nikt nie jest nam w stanie pomóc. Przekonałam się o tym na własnej skórze, chodząc i walcząc o to, o co powinna walczyć gmina. Wszyscy rozkładają ręce - wtóruje mężowi pani Krystyna.

Wolscy urzędnicy twierdzą, że sami czynszu zmniejszyć nie mogli. - Dzielnica poprosiła najemcę, żeby wstąpił do prezydenta o zwolnienie z obowiązku płatności czynszu i potwierdziliśmy, że jako urząd zaopiniujemy to pozytywnie - podkreśla Gruza. Pytany, czy dzielnica nie mogła wykazać się większą aktywnością, dodaje że proponowała też zmianę lokalu. - Najemca nie był zainteresowany takim rozwiązaniem. Nie naszą rolą jest ingerowanie w tego typu decyzje – wyjaśnia rzecznik.

Pietrowiczowie tłumaczą, że proponowane lokale nijak miały się do ich potrzeb, a przenoszenie ciężkich maszyn w nowe miejsce nie ma sensu. - Do emerytury zostało mi zaledwie trzy lata i nie chcę się już przeprowadzać. Mamy tony maszyn, szkieł i innych rzeczy. Już lepiej zamknąć firmę, maszyny wywieźć na złom i wszystko zaorać, niż prowadzić działalność gdzie indziej - załamuje ręce.

I dodaje: - A tutaj co będzie? Ktoś zrobi sobie loft!

Do pracowni można wejść tylko bramą od Płockiej 33, którą była zamknięta przez ponad trzy miesiąceBogdan Pietrowicz

Wejście, którego nie można znaleźć

Póki co, nie wiadomo jakie plany wobec kamienicy ma jej nowy właściciel. Ale należąca do ZGN-u działka z ceglanym budynkiem tak czy owak musi mieć dojazd. Inaczej stanie się bezwartościowa. Dzielnica obiecała więc stworzenie alternatywnego dojścia od ulicy Wolskiej lub Rabsztyńskiej. To będzie jednak wymagać usunięcia części ogrodzenia i zburzenia muru przy budynku. Jak przewiduje Gruza, potrwa to kilka miesięcy. - Wyznaczenie takiej alternatywnej drogi wymaga projektu budowlanego i uzyskania pozwolenia na budowlę - tłumaczy.

Ale o tym, że działka stanowi osobną nieruchomość i dostęp ma wyłącznie dzięki grzeczności firmy Orange, dzielnica wiedziała od lat. Czemu nie przygotowała się wcześniej? - Powód jest prozaiczny i wiąże się z pieniędzmi. Dopóki przejście było dostępne i nie było problemu, pieniądze były przeznaczane na główną działalność ZGN-u, czyli remonty lokali mieszkalnych - przekonuje Gruza. - Ostateczną kwotę poznamy po rozstrzygnięciu przetargu, jednak szacujemy, że dojście będzie kosztowało około 100 tysięcy złotych. Za tę kwotę moglibyśmy wyremontować cztery lokalne mieszkalne - podkreśla.

Źródło: tvnwarszawa.pl

Marcela Pęciak