Przygotuj się na:

MECZ NA STADIONIE NARODOWYM

We wtorek na Stadionie Narodowym reprezentacja Polski zagra ze Słowenią. To oznacza utrudnienia dla mieszkańców, szczególnie na Saskiej Kępie. Kibice pojadą komunikacją miejską za darmo.

"Ulgę poczułem, gdy szef pokładu zameldował: samolot pusty"

Warszawa

fot. PAP/Jacek Turczyk; film TVN24

Zaskoczyła nas ta sytuacja. 500 razy leciałem tym samolotem, pierwszy raz podwozie się nie otworzyło - powiedział na konferencji prasowej kpt. Tadeusz Wrona, któremu udało się awaryjnie wylądować we wtorek samolotem LOT-u Boeing 767. Maszyna nie mogła wysunąć podwozia i lądowała "na brzuchu". Nikomu nic się nie stało.

Wrona podkreślał, że nigdy wcześniej nie miał takich kłopotów, jak podczas wtorkowego lotu. Tłumaczył, że usterka, którą wyłapał system pokładowy, jest opisana w instrukcji, wraz ze wskazówkami, co należy zrobić. I tak też postąpił on i reszta załogi.

Myśleli, że zadziała

Informację o usterce centralnego systemu hydraulicznego komputer przekazał 30 minut po starcie z Newark w USA. Ale lot od startu aż do lądowania - jak zapewnił kpt. Wrona - odbywał się bezpiecznie, bo usterkę, którą wykrył komputer pokładowy, udało się zneutralizować.

- Lot od startu aż do Warszawy odbywał się bezpiecznie, natomiast nasz komputer pokładowy wykrył usterkę w instalacji hydraulicznej i nam ją zasygnalizował. My mamy procedurę, która pozwala zneutralizować skutki takiej usterki do tego stopnia, aby lot mógł się odbyć bezpiecznie. Po wykonaniu wszystkich punktów z naszej listy czynności w związku z wystąpieniem jakiejś usterki, jedyną kwestią pozostawało, by nadal lecieć. Nie było wtedy żadnej przesłanki do awaryjnej procedury - powiedział Wrona.

W maszynie był jeszcze inny system, mogący wysunąć podwozie - elektryczny. Kapitan - jak tłumaczył - nie mógł mieć 100 proc. pewności co do usterki. Chciał już na terenie Polski sprawdzić, czy elektryczny system zadziała.

Krytyczny moment

Nad Warszawą okazało się, że samego podwozia nie udało się opuścić, choć wysunęły się tzw. klapy podwozia. Wtedy zapadła decyzja o lądowaniu awaryjnym. - Nad Warszawą dowiedzieliśmy się o problemach z samolotem. Pierwsze podejście było normalne. Moment dla nas krytyczny pojawił się dopiero przy pierwszej nieudanej próbie wypuszczenia podwozia, w rejonie Warszawy - powiedział kpt. Wrona.

Wyjaśnił, że o możliwości awaryjnego lądowania piloci poinformowali wieżę kontrolną po drugiej nieudanej próbie wystawienia podwozia. - To było jakieś 30-35 minut przed lądowaniem, zadeklarowaliśmy, aby służby zaczęły przygotowywać lotnisko na ewentualność awaryjnego lądowania - powiedział kpt. Wrona.

Podkreślił, że w ciągu tych 30 minut było jeszcze "bardzo dużo" prób wysunięcia podwozia. - Wracaliśmy do sytuacji zerowej i zaczynaliśmy od początku jeszcze raz całą procedurę - zaznaczył kpt. Wrona.

I dodał: - Zaskoczyła nas ta sytuacja, 500 razy leciałem tym samolotem, pierwszy raz podwozie się nie otworzyło.

Ale jak zapewnił, że nie było przesłanek, by obawiać się o awaryjne lądowanie, ponieważ piloci ćwiczą awaryjne lądowanie na symulatorach, w tym lądowanie bez wysuniętego podwozia.

"Poczułem ulgę"

Kpt. Wrona - wspominając wtorkowy lot - mówił, że poczuł ulgę poczuł dwa razy. Pierwszy, kiedy wylądował, drugi, kiedy dowiedział się, że pasażerowie zostali ewakuowani i samolot jest pusty. Przyznał, że w ostatnich sekundach lotu, tuż przed lądowaniem, myślał przede wszystkim o ludziach znajdujących się na pokładzie maszyny. - Ulgę poczuliśmy, gdy samolot się zatrzymał i można było rozpocząć ewakuację. Pełną ulgę odczułem, gdy szef pokładu zameldował, że pokład jest pusty - powiedział kpt. Wrona.

Na uwagę, że pasażerowie nie odczuli lądowania, odpowiedział, że zawsze stara się lądować delikatnie. - Musimy zadbać o to, że ci ludzie lecą z nami i nie możemy sobie pozwolić na jakikolwiek błąd, czyli że kontakt z ziemią nie może być twardy - powiedział Wrona.

Ponieważ, jak tłumaczył, gdyby doszło do twardego lądowania, to uszkodzeniu mogła ulec konstrukcja samolotu, która "przygotowana jest do tego, że samolot może oprzeć się na gondolach silników i kadłubie i on to obciążenie wytrzyma".

Kapitan dodał, że przy uderzeniu, przeciążeniu, mogło dojść do urwania lub uszkodzenia jakiejś części, która uniemożliwiłaby odpowiednie "podparcie samolotu". - Mogłoby dojść do urwania silnika i to mogłoby doprowadzić do poważnych skutków - stwierdził Wrona.

Pilot przyznał, że ciężko było zasnąć w wtorek wieczorem ze względu na dzwoniący telefon. Dzwonili przyjaciele, rodzina, koledzy.

Czytaj więcej na ten temat na tvn24.pl

tvn24.pl/mac//mat