Przygotuj się na:

WOLA: ZMIANY TRAS AUTOBUSÓW

Wraz z planowanym na kwiecień 2020 roku otwarciem nowych stacji metra na Woli zmienić się muszą trasy wielu linii autobusowych. Zarząd Transportu Miejskiego pokazał plany, które będą podstawą konsultacji społecznych. Początek 10 grudnia.

Trzy kobiety zginęły na pasach. "Mój syn jeździł spokojnie"

Warszawa

Grzegorz W. jest oskarżony o spowodowanie wypadkuMateusz Szmelter / tvnwarszawa.pl
wideo 2/6

Nie znały się. W noc, w którą wspólnie zginęły, wracały razem z pasterki. Na przejściu dla pieszych w podwarszawskiej Kobyłce śmiertelnie potrącił je 22-letni kierowca. W poniedziałek rozpoczął się jego proces.

W wigilijną noc Katarzynę obudził partner. - Powiedział, że jest już po drugiej, a Angeliki nie ma w pokoju - opisywała podczas poniedziałkowej rozprawy w wołomińskim sądzie matka 16-latki.

"Zacząłem mieć dziwne myśli"

Dziewczyna spędziła wigilię z rodziną, później pomogła przy myciu naczyń i poszła na pasterkę.

- Córka zawsze pisała SMS-y, że się spóźni - mówiła dalej matka nastolatki. Jednak tej nocy się nie odezwała. Partner matki zaczął jej szukać. - Myślał, że zagadała się z koleżankami. Później zadzwonił do mnie i powiedział, że Angelika nie żyje. Miałam jej osiemnastkę wyprawić, a nie pogrzeb - mówi kobieta.

16-letnia Angelika nie była jedyną ofiarą. Oprócz niej w wypadku zginęły też dwie kobiety: 43-letnia i 70-letnia.

Krzysztof o śmierci matki dowiedział się rano w Boże Narodzenie. - Kiedy widzieliśmy się w Wigilię wieczorem, mama siedziała w fotelu i oglądała pasterkę. Powiedziała, że w tamtym roku nie była w kościele, to w tym pójdzie. Rano zobaczyłem, że jej łóżko jest pościelone, puste. Zacząłem mieć dziwne myśli. Dzwoniliśmy do mamy, jednak telefon milczał - opowiadał w sądzie.

Krzysztof oraz matka 16-letniej Angeliki są w rozpoczętym w poniedziałek procesie oskarżycielami posiłkowymi. Nikt z bliskich trzeciej ofiary, 43-letniej kobiety, nie przyszedł do sądu.

Tajne wyjaśnienia

Za kierownicą białego, firmowego citroena berlingo siedział 22-letni Grzegorz W.

- Zawsze bardzo zorientowany na swoją rodzinę, na rodzeństwo. Odpowiedzialny - opisywał kierowcę jego ówczesny pracodawca.

- Mój syn jeździł spokojnie. Młodsze dzieci nie bały się z nim jeździć - przekonywała matka oskarżonego.

Jednak według prokuratury tego dnia mężczyzna "umyślnie naruszył zasady bezpieczeństwa w ruchu lądowym", "nie zachował szczególnej ostrożności" w rejonie przejścia dla pieszych i "nieumyślnie spowodował wypadek".

Według biegłych w miejscu, gdzie obowiązuje ograniczenie prędkości do 60 km/h, jechał ponad 90 km/h.

Czy miał coś na swoją obronę? Czy wyraził skruchę? Czy przeprosił bliskich zmarłych kobiet? Tego nie wiemy, bo sędzia Robert Żak utajnił tę część rozprawy, w której oskarżony składał wyjaśnienia. - Jest młody, pierwszy raz w sądzie, co może mieć wpływ na wyjaśnienia - argumentowała jego adwokat Ewa Radlińska. Sąd się z tym zgodził, a prokurator Damian Zawadka nie oponował.

Powiedziała, żeby zwolnił

O przebiegu zdarzenia opowiedziała też znajoma oskarżonego - Zuzanna. W chwili wypadku siedziała w fotelu pasażera. Jako jedyna z przesłuchanych w poniedziałek świadków zeznawała pod przysięgą.

Grzegorz wspominał swojej matce o Zuzannie, ale - jak oceniła ona podczas rozprawy - dziewczyna była jego znajomą, "do związku tam było daleko".

- Miałam spotkać się z Grześkiem i pojechać do naszego kolegi. Nie weszliśmy do środka, bo byli tam znajomi, których nie chciałam widzieć. Odjechaliśmy. Jechaliśmy dość szybko, Grzesiek był zamyślony. Mówiłam coś do niego, a on nie odpowiadał. Tak było przez całą drogę - zeznawała.

Zaznaczyła, że nie obserwowała licznika, ale chwilę przed wypadkiem powiedziała Grzegorzowi W., żeby zwolnił. Kilkanaście sekund później zauważyła ludzi na pasach.

Stali na poboczu, płakali

- Krzyknęłam: "o Boże, ludzie!". Grzegorz zaczął hamować, ale nie zdążył. Po uderzeniu wysiedliśmy z samochodu. Grzegorz krzyczał, żeby dzwonić po karetkę, na policję. Krzyczał: "chyba ich zabiłem", a do mnie, że mnie przeprasza, że nie widział tych ludzi - opisywała świadek.

O tym, co się działo na miejscu zdarzenia, mówił też inny świadek. Jak relacjonował, tej nocy wspólnie z narzeczoną wracali z pasterki.

- Zauważyłem nadjeżdżający samochód z przeciwka z osobą na masce. Zatrzymaliśmy się. Pod pojazdem z lewej strony wystawały nogi. Kobieta ubrana na ciemno leżała na brzuchu, nie dawała oznak życia. Drugie ciało leżało w rowie. Sprawdziłem, serce nie biło. Na lewym poboczu w zaroślach było trzecie ciało - opisywał. W kolejnym przesłuchaniu jego partnerka dodawała: - Na poboczu stały dwie osoby, chłopak i dziewczyna. Byli przytuleni i płakali.

Biegli wykluczyli

W trakcie badań toksykologicznych w organizmie oskarżonego znaleziono ślady marihuany.

- Jak się trzy dni wcześniej bierze narkotyki, to się nie wsiada do samochodu - skomentowała matka Angeliki.

Adwokat oskarżonego dopytywała, skąd ten wniosek.

- Czytałam opinie biegłego i z tego wnioskuję, że brał narkotyki trzy dni wcześniej - odpowiedziała matka.

Koleżanka W. stwierdziła, że Grzegorz "popalał marihuanę", ale zapewniła, że w dniu wypadku tego nie robił. Takiego samego zdania byli biegli. Wykluczyli, by podczas zdarzenia 22-latek był pod wpływem środków odurzających.

"Chcę wrócić do domu"

Na koniec rozprawy mec. Ewa Radlińska złożyła wniosek o uchylenie tymczasowego aresztu. Podkreślała, że kluczowy świadek, czyli pasażerka samochodu, którym kierował W., został już przesłuchany. Zamiast aresztu adwokat zaproponowała kaucję w kwocie 10 tysięcy złotych i dozór policyjny.

- Mieszkam 400 metrów od sądu, będę się zgłaszał codziennie. Chcę po prostu wrócić do mamy i rodzeństwa - mówił oskarżony.

Sąd jednak nie wyraził na to zgody. Grzegorzowi W. grozi do ośmiu lat wiezienia.

Klaudia Ziółkowska