"Trik na kuratora" i kamienica jest twoja

Warszawa

TVN24Problemy z roszczeniami w Warszawie

Stare kamienice w centrum Warszawy to łakomy kąsek dla inwestorów. Przez luki w prawie coraz częściej trafiają one w ręce tych, którzy z prawowitymi spadkobiercami nie mają wiele wspólnego. - Mamy bałagan, a na to nakłada się nasza mentalność - mówił w TVN24 Grzegorz Sroczyński, dziennikarz "Gazety Wyborczej", który tłumaczył, jaki trik wykorzystują biznesmeni i kancelarie prawne, by zdobywać interesujące ich nieruchomości.

Sroczyński, autor artykułu "Jak znikają szkolne boiska", mówił w TVN24, że obecnie w Warszawie, zwłaszcza w centrum miasta toczy się "wyścig" różnych biznesmenów i kancelarii prawnych do kamienic i działek, które są trudne do odzyskania dla ich prawowitych spadkobierców.

Sprawy, które były łatwe do rozstrzygnięcia, już się wprawdzie zakończyły. Wciąż jednak pozostają te, które nie są już tak oczywiste, a to otwiera drogę do nieuczciwych praktyk.

Czytaj też na tvn24.pl.

"Trik na kuratora"

Jednym ze sposobów - jak mówił dziennikarz - stosowanych np. przez inwestorów, którzy chcą uzyskać prawo do cennej nieruchomości, jest "trik na kuratora". - Zgłasza się do sądu osoba, która nie ma nic wspólnego ze spadkobiercą, ale mówi, że chciałaby być jego kuratorem - tłumaczył Sroczyński.

"Kurator osoby nieznanej z miejsca pobytu", zgodnie z prawem, ma szukać właściciela danej działki czy nieruchomości. Jednym z wymogów jest zamieszczenie - co pół roku - ogłoszenia w ogólnopolskiej gazecie z informacją o swoich poszukiwaniach.

Innym obowiązkiem kuratora jest zabezpieczenie interesów majątkowych poszukiwanej osoby. W praktyce oznacza to, że kurator w imieniu spadkobiercy domaga się od państwa zwrotu nieruchomości. Coraz częściej sądy wyrażają zgodę na to, by to kurator podpisał akt notarialny. W ten sposób staje się on właścicielem danej nieruchomości.

- Takich spraw jest kilkaset w Warszawie - powiedział Sroczyński. Dodał, że tego typu roszczeń do obiektów oświatowych, np. boisk i szkół jest 119.

Luka w prawie

Marcin Bajko, dyrektor biura Gospodarowania Nieruchomościami w Warszawie, w rozmowie ze Sroczyńskim na łamach "Gazety Wyborczej" tłumaczył, że z powodu roszczeń jeden z dawnych właścicieli działki odzyskał boisko szkolne i zrobił na nim płatny parking. Inny chce zburzyć gimnazjum i zbudować biurowiec. Z kolei przedszkole Saski Zakątek musi oddać wykrojoną ze środka terenu działkę z placem zabaw dla maluchów. Zaznaczył, że podobnych przypadków jest i będzie więcej.

- To ogromna luka w prawie. Mamy bałagan, a na to nakłada się nasza mentalność - mówił w TVN24 Sroczyński. Dodał, że w sądach orzekają "grzeczne dzieci okresu transformacji" - ludzie wychowani w poczuciu, że interes prywatnego właściciela jest ważniejszy niż interes np. miasta. - Wszędzie, gdzie jest luz prawny, sądy interpretują (przepisy prawa - red. ) na korzyść prywatnych właścicieli - stwierdził.

"Związane ręce"

Zdaniem dziennikarza, problem wynika także stąd, że w Polsce nikt nie doważył się powiedzieć dawnym właścicielom: "Były trudne czasy, była wojna, był komunizm, różni ludzie różne rzeczy tracili. Ktoś tracił rodzinę, ktoś kamienicę. I teraz niestety państwa nie stać na to, żeby oddać sto procent. Możemy oddać 20 procent i w ciągu najbliższych 15 lat będziemy wypłacać odszkodowania w wysokości np. 20 procent".

- Niestety nikt się na to nie zdecydował, ponieważ w początkach wolnej Polski było przeświadczenie, że musimy naprawić wszystkie komunistyczne krzywdy - dodał.

Marcin Bajko w rozmowie z TVN24, mówił: - Najczęściej mamy związane ręce. Niech nam rząd pomoże, bo Warszawa nie zasługuje na takie przepisy sprzeczne ze wszystkim standardami.

db/kka