"Solidarni 2010" oskarżają strażników

Warszawa

| Fakty TVNfot

- Stowarzyszenie "Solidarni 2010" złoży wkrótce do prokuratury zawiadomienie o popełnieniu przestępstwa przez strażników miejskich, którzy użyli siły podczas usuwania namiotu stowarzyszenia sprzed Pałacu Prezydenckiego - informuje PAP.

Stowarzyszenie zarzuca strażnikom, że bezprawnie użyli siły wobec dziennikarza "Gazety Polskiej" Michała Stróżyka i zakuli go w kajdanki, gdy nie chciał odejść z miejsca protestu na Krakowskim Przedmieściu.

"Nadużyli siły"

Prezeska "Solidarnych 2010" i autorka filmu pod tym samym tytułem Ewa Stankiewicz powiedziała, że strażnicy "nadużyli siły", choć akcja protestacyjna stowarzyszenia "mieści się w ramach państwa prawa", jest "pokojowa, propaństwowa, prodemokratyczna i prowychowawcza". "Nie damy się zepchnąć do roli ofiar, czujemy się pełnoprawnymi obywatelami" - podkreśliła.

Mówiąc o akcji usunięcia namiotu, Stankiewicz zaznaczyła, że brał w niej udział "rosły, specjalnie wyszkolony" strażnik, który uniemożliwiał jej nagrywanie całego zajścia.

Wiedzieli, że był dziennikarzem

Obecny na konferencji prasowej redaktor naczelny "Gazety Polskiej" Tomasz Sakiewicz zaznaczył, że Stróżyk informował strażników, iż jest dziennikarzem. Ocenił ponadto, że strażnicy nie mogli go nie znać, bo wielokrotnie relacjonował dla tej gazety wydarzenia przed Pałacem Prezydenckim, m.in. ubiegłoroczną "akcję przeciwko krzyżowi", który stał w tym miejscu.

Podkreślił, że Stróżyk został przez strażników "ciężko pobity" i doznał "ogromnych uszkodzeń ciała". "Trudno sądzić, że nie mieliśmy do czynienia z pokazem siły, bezczelnie brutalnej siły, która ma na celu zastraszenie dziennikarzy dokumentujących przestępcze działania urzędników miejskich, jak i też wielu, niestety, urzędników państwowych" - powiedział.

Sam Stróżyk, który na konferencji był w kołnierzu ortopedycznym, powiedział, że w sprawie "ma niewiele do powiedzenia", bo niewiele pamięta z zajścia. Zaznaczył jednak, że "strażnicy nie mieli żadnych wątpliwości", że przebywa tam w charakterze dziennikarza. Dodał, że strażnicy mówili mu, by nie przeszkadzał im w wykonywaniu ich obowiązków, jednak odpowiedział im, że "będzie stał tam, gdzie stoi, bo to jest jego obowiązek dziennikarski wobec społeczeństwa".

"Urazy bez utraty przytomności"

Udostępnił też dokumentację medyczną związaną z jego pobytem w warszawskim szpitalu na Solcu w dniach 11-16 kwietnia. Z karty leczenia szpitalnego wynika, że w placówce prowadzona była jego obserwacja pod kątem wstrząśnienia mózgu po tym, jak został pobity 10 kwietnia (namiot usunięto 11 kwietnia - PAP). Neurolog stwierdził "uraz głowy bez utraty przytomności, ale z uczuciem zamroczenia i nudnościami, które utrzymywały się ok. doby". Badanie RTG nie wykazało zmian urazowych kręgosłupa ani kości sklepienia czaszki, jednak lekarz zalecił kołnierz szyjny. Tomografia komputerowa głowy nie wykazała "cech obecności krwiaka wewnątrzczaszkowego". Od szpitalnego chirurga Stróżyk otrzymał zwolnienie lekarskie do 29 kwietnia.

Bo był agresywny

Pytana o zarzuty pod adresem straży miejskiej rzeczniczka tej formacji Monika Niżniak powiedziała, że środki zastosowane przez strażników były "adekwatne do sytuacji". Zaznaczyła, że obaj mężczyźni, którzy zostali wówczas ujęci, nie stosowali się do poleceń strażników, zachowywali się wobec nich agresywnie oraz stawiali bierny i czynny opór.

Namiot "Solidarnych 2010" usunęli pracownicy Zarządu Dróg Miejskich, gdyż został on nielegalnie postawiony w pasie drogi. Jak mówiła wówczas Niżniak, asysta straży miejskiej była konieczna, bo stojące pod nim osoby nie stosowały się do poleceń pracowników ZDM. Podkreślała, że karetka pogotowia, która zabrała Stróżyka do szpitala, została wezwana na jego wniosek, a doszedł on do niej o własnych siłach.

PAP/mjc/ec