"Słowa mogą ranić tak samo, jak jakieś niebezpiecznie narzędzie"

Warszawa

policja.plTadeusz W. podczas zatrzymania (zdjęcie archiwalne)

Zapadł wyrok w sprawie mężczyzny, który groził śmiercią byłej prezydent Hannie Gronkiewicz-Waltz. Sąd skazał go na rok więzienia w zawieszeniu.

Informację o wyroku przekazała w czwartek była prezydent. "Dziś sąd w Skarżysku-Kamiennej skazał Tadeusza W. za groźby kierowane pod moim adresem na Twitterze. W ustnym uzasadnieniu sąd jednoznacznie potępił czyny motywowane nienawiścią" - napisała Hanna Gronkiewicz-Waltz.

Potwierdził ją rzecznik Sądu Okręgowego w Kielcach, sędzia Jan Klocek. Przekazał nam również, za jakie czyny odpowie Tadeusz W.

- 6 listopada 2018 roku za pośrednictwem środków masowego przekazu zamieścił groźby mające na celu wpływ na czynności urzędowe prezydent miasta stołecznego Warszawy Hanny Gronkiewicz-Waltz. Znieważył ją również słowem uznanym za powszechnie obelżywe - wyjaśnił. I dodał, że chodzi o przestępstwo z artykułu 224 paragrafu 1 Kodeksu karnego w związku z artykułem 216 paragrafem 1.

Prokuratura postawiła mężczyźnie jeszcze jeden zarzut. - 7 listopada 2018 roku dopuścił się on tego samego czynu wobec prezydent, a nadto w ramach tego czynu publicznie nawoływał do popełnienia występku polegającego na bezprawnym pozbawieniu wolności dziennikarzy ze szczególnym udręczeniem i naruszeniem ich nietykalności cielesnej - powiedział sędzia Klocek.

Rok więzienia w zawieszeniu

W związku z pierwszym zarzutem sąd skazał 62-latka na karę ośmiu miesięcy więzienia. - W przypadku drugiego czynu sąd sprecyzował, że chodziło o dziennikarzy TVN, Polsatu i "Gazety Wyborczej" i wymierzył także karę ośmiu miesięcy pozbawienia wolności - zaznacza rzecznik sądu.

- Sąd połączył obie kary i wymierzył łączną karę roku pozbawienia wolności. Wykonanie tej kary zostało warunkowo zawieszone na okres dwóch lat - informuje sędzia Klocek. Mężczyzna też pod dozorem kuratora. Co pół roku będzie też musiał informować sąd o sposobie życia (czyli o sytuacji osobistej i materialnej). - Sąd orzekł również przepadek telefonu, którym się posługiwał do popełnienia przestępstwa – dodaje rzecznik.

Decyzją sądu skazany będzie też musiał zapłacić 1230 złotych na rzecz Hanny Gronkiewicz-Waltz. - Kwota ta jest zwrotem kosztów związanych z ustanowieniem pełnomocnika przez oskarżycielkę posiłkową - mówi sędzia Klocek.

Wyrok jest nieprawomocny.

Groźby w związku z marszem

O zatrzymaniu mężczyzny informowaliśmy na tvnwarszawa.pl w listopadzie ubiegłego roku. Policję o groźbach zawiadomiła sama Hanna Gronkiewicz-Waltz, która wówczas pełniła jeszcze funkcję prezydenta stolicy. Jak wyjaśniała policja, posty opublikowane przez Tadeusza W. "miały na celu zmianę stanowiska w kwestii wyrażenia zgody na przeprowadzenie Marszu Niepodległości".

Tadeusz W. zarówno w śledztwie, jak i w sądzie przyznał się do popełnienia zarzucanych czynów. Jak wynikało z jego wyjaśnień złożonych w sądzie oraz w postępowaniu przygotowawczym, które odczytał sąd, internetowe wpisy powstały pod wpływem "impulsu" - W. pochodzi z rodziny o AK-owskich tradycjach, a część jego bliskich zginęła w niemieckich obozach koncentracyjnych. Poczuł się dotknięty, gdy Gronkiewicz-Waltz miała określić osoby idące w marszu "faszystami". Mężczyzna podkreślał, że nigdy nie zrobiłby tego, co napisał w internecie.

Przypomnijmy, że była prezydent nie wyraziła zgody na organizację marszu narodowców w setną rocznicę odzyskania przez Polskę niepodległości. Po tej decyzji rząd podjął się organizacji marszu wspólnie ze środowiskami narodowymi.

"Takie zachowania są niedopuszczalne"

Uzasadniając wyrok, sąd podkreślił, że obecnie wolność słowa żadnego człowieka nie jest wolnością absolutną. "W Polsce istnieje wolność dotycząca głoszenia poglądów politycznych, społecznych, religii, wyznania, natomiast nie ma czegoś takiego w Polsce jak absolutna wolność słowa. Prawo do wyrażania swoich poglądów, opinii, jest zawsze ograniczone prawami przysługującymi innym osobom. Zawsze ochronie podlega czyjeś dobre imię, cześć, ale także bezpieczeństwo, rozumiane jako wolność od strachu, powodowanego przez osoby, które swoimi słowami grożą innym zrobieniem krzywdy" - głosi fragment uzasadnienia.

Sąd zaznaczył, że osoby publiczne, muszą się liczyć z krytyką ze strony obywateli, ale - dodał - chodzi o krytykę merytoryczną, a nie personalną. - Krytyka związana z obrażaniem, to nie jest krytyka - to jest po prostu obrażanie, zastraszanie (…) - argumentował sąd.

- Nie może być też tak, żeby oskarżony w tej sprawie nie zgadzając się z decyzjami podejmowanymi przez jakąś osobę publiczną bądź z przekazem niektórych dziennikarzy, czuł się upoważniony do ich obrażania, znieważania, czy nawoływania do zrobienia im krzywdy czy pozbawienia wolności. Takie zachowania są niedopuszczalne – ocenił sąd.

"Wpisy które sieją nienawiść"

Sąd dokonał zmiany w opisie drugiego czynu z aktu oskarżenia, nazywając konkretnie redakcje, których dziennikarzy dotyczyły wpisy oskarżonego - chodzi o TVN, Polsat i "Gazetę Wyborczą". Sąd zaznaczył, że oskarżony nie musi słuchać czy czytać tych dziennikarzy, z których poglądami się nie zgadza.

- Wpisy, które są w aktach dotyczące nie tylko pokrzywdzonej, ale wielu innych osób publicznych w tym również dziennikarzy, sugerują, że oskarżony atakuje osoby, które mają inne poglądy polityczne. Pan się nie musi zgadzać z poglądami politycznymi, czy w ogóle poglądami innych osób (...) Ale ma pan obowiązek powstrzymać się od obrażania kogokolwiek, z uwagi na głoszone przez daną osobę poglądy bądź opinie, oceny jakiś konkretnych zdarzeń - zauważył sąd.

- Wpisy dołączone do akt, to wpisy które sieją nienawiść, a jednocześnie dają pewną ułudę anonimowości, przez to, że są umieszczane w internecie. Nie jest to prawdą - o czym przekonał się oskarżony - zaznaczono.

W ocenie sądu czyny, jakich dopuścił się Tadeusz W., to przestępstwa o wysokiej społecznej szkodliwości. - Należy pamiętać, że słowa mogą ranić tak samo, jak jakieś niebezpiecznie narzędzie - podkreślił sąd

Zatrzymanie 62-latka
policja.pl

kk/PAP/b