Sąsiedzi mówią o awanturach. "Nikt nic z tym nie robił"

Warszawa

TVN243 osoby zginęły, 2 dzieci rannych

– Policja była informowana, ale nie reagowała. Nie było żadnej pomocy – twierdzą sąsiedzi rodziny z Wołomina, w której doszło do tragedii. W niedzielę rano policja znalazła ciała 15-letniej dziewczyny, jej matki i 40-letniego konkubenta kobiety. Dwoje dzieci z ranami kłutymi i ciętymi trafiło do szpitala przy ul. Niekłańskiej.

Sąsiedzi, z którymi rozmawiała Ewa Paluszkiewicz reporterka TVN24, nie mają wątpliwości, że w domu, w którym zginęły trzy osoby, od lat nie działo się dobrze. Policja miała być wielokrotnie wzywana. Twierdzą, że 40-letni konkubent bardzo często nadużywał alkoholu i był agresywny.

- Ten mężczyzna terroryzował ich w domu, bił, poniżał. Kobieta chodziła z siniakami. Nikt nic z tym nie robił. Policja była informowana, ale oni albo nie reagowali albo udawali, że nic nie widzą. Wielokrotnie przyjeżdżali. Zostawiali ich. Nie było żadnej pomocy – twierdzi jeden z sąsiadów.

Podobnych opinii jest więcej.

- Każdy się bał tego mężczyzny. Często były awantury i musiała przyjeżdżać policja – dodaje inna mieszkanka Wołomina.

Sąsiedzi o tragedii w Wołominie
TVN24

"Były trzy interwencje"

- W domu, w którym doszło do tragedii mieliśmy kilka interwencji pod koniec 2010 i na początku 2011 roku. Później nie było wezwań - odpowiedział na zarzuty mieszkańców Mariusz Mrozek, rzecznik stołecznej policji.

Za każdym razem policję wzywała kobieta. Dwa wezwania dotyczyły awantury domowej. Mężczyzna został pouczony.

- W marcu 2011 r. kobieta zaalarmowała funkcjonariuszy o tym, że mężczyzna ją pobił. Wówczas zostało wszczęta dochodzenie w tej sprawie. Kobieta została przesłuchana jako świadek. Powiedziała, że nie czuje się pokrzywdzona i że nie wnosi o ściganie i ukaranie tego mężczyzny - powiedział Mrozek. Dodał, że 37-latka była także w kontakcie z miejscowym ośrodkiem pomocy społecznej ostatni raz w pierwszej połowie 2011 r., kiedy zwracała się o zapomogę. - W żadnej sprawie dotyczącej tej rodziny nigdy do nas nie zwracał się żaden sąsiad - powiedział rzecznik KSP.

W nocy poprzedzającej tragedię 37-latka i jej konkubent bawili się razem w jednym z wołomińskich klubów. Żaden ze świadków nie zauważył, żeby między nimi doszło do jakiejś awantury.

Czy tragedii można było uniknąć?

Marek Michalak, Rzecznik Praw Dziecka zapowiedział w TVN24, że sprawdzi, czy tragedii można było uniknąć.

- Potrzebuję rzetelnych informacji jeśli mam dokładnie ocenić, czy można było zapobiec tragedii, czy były zgłoszenia, że dzieci żyją w permanentnej przemocy. Po fakcie, kiedy rozmawiamy o danej sytuacji to wszyscy mówią: "Przecież to dawno było wiadomo". Później się okazuje, że wszyscy wiedzieli, tylko nikt nie powiadomił odpowiednich służb. Nie wiem, czy tu było tak, ale trzeba to dokładnie sprawdzić – mówił.

Ranne dzieci w szpitalu

W niedzielę rano policja znalazła w domu w Wołominie ciała 15-letniej dziewczyny, jej matki i 40-letniego konkubenta kobiety. Według policji i prokuratury, to właśnie mężczyzna jest prawdopodobnie sprawcą tragedii. Jego ciało znaleziono niedaleko domu, w którym rozegrał się dramat.

Dwoje dzieci z ranami kłutymi i ciętymi trafiło do szpitala przy ul. Niekłańskiej. Ich stan lekarze określają jako ciężki.

"Wszystko zostanie wyjasnione"
TVN24