"Pytali: ilu zabiłeś? Ile zarobiłeś? A mi śniło się postrzelone dziecko"

Warszawa

Artur Węgrzynowicz/ tvnwarszawa.plU Michała stwierdzono typowe objawy PTSD

Na misje pokojowe wyjeżdżają z poczucia obowiązku, dla pieniędzy albo żeby się sprawdzić. Co dziesiąty wraca z urazami psychicznymi. Koszmary, depresja, alkohol, rozwód, przemoc, samookaleczenia. Tylko niektórzy trafiają do warszawskiej Kliniki Psychiatrii i Stresu Bojowego.

W polskich kontyngentach na świecie - w Afganistanie, Kosowie, Republice Środkowoafrykańskiej, Bośni i Hercegowinie oraz na Litwie - służy prawie 550 polskich żołnierzy (to stan z lutego 2015 roku). Według Ministerstwa Obrony Narodowej w samym tylko Iraku i Afganistanie służyło już około 45 000 żołnierzy i pracowników wojska. Poszkodowanych zostało ponad tysiąc osób. 67 poległo.

Na tym kończą się dokładne dane. Ilu cierpi na PTSD czyli zespół stresu pourazowego? Wojskowi psychiatrzy szacują, że zaburzenia związane z pobytem na wojnie dotykają, około 10 procent. Jak podaje MON, z pomocy psychologicznej w 2013 roku skorzystało tylko 212, a w 2014 – 252 weteranów.

Wśród nich - Michał*, starszy chorąży. Żołnierzem czynnej służby wojskowej jest od 23 lat. Ma za sobą cztery wyjazdy na misje zagraniczne: siedem miesięcy spędził w Iraku, 1,5 roku w Afganistanie. W 2012 roku został uhonorowany Krzyżem Kawalerskim - uratował życie 9 osobom.

W Polsce ma za sobą rozwód i sześciotygodniowe leczenie na oddziale psychiatrycznym w klinice przy Szaserów.

Na pierwszą misję wyjechał do Iraku w 2005 roku. Zostawił żonę i małą córeczkę. - Chciałem zobaczyć, jak wygląda wojna, sprawdzić, czy wytrzymam rozłąkę z rodziną, stres, trudne warunki, temperaturę. Ojczyzna wezwała, chciałem zrobić coś dla kraju, a przy okazji zarobić pieniądze dla rodziny - mówi dziś.

Zajmował się patrolami, konwojami, ochroną bazy i szkoleniami. Było ciężko, szczególnie ze świadomością, że córka jest daleko. - Wróciłem do kraju i wszyscy znajomi wokół pytali mnie tylko ilu zabiłeś, ile zarobiłeś? To było żenujące. Najważniejsze były pieniądze, a nie to, jak się czułem. A ja nocami miałem koszmary, śniło mi się zastrzelone obok mnie, irackie dziecko - wspomina.

Uznał jednak, że to normalne i "radził sobie" z tym na męski, żołnierski sposób - szalał po ulicach samochodem, imprezował, wydawał zarobione pieniądze. Chciał wrócić na wojnę.

I wrócił. Do Afganistanu wyjechał w 2008 roku. Na miejscu czuł się jak ryba w wodzie, miał pod swymi rozkazami grupę żołnierzy, koncentrował się na służbie i powierzonych mu zadaniach. Owszem, ciągle brakowało mu córki, miał wyrzuty sumienia, że jest daleko, a problemy rodziny zna tylko przez email i internetowy komunikator, ale w trudnych chwilach mógł liczyć na innych żołnierzy. Pomagali sobie, w bazie wspólnie przeżyli święta Bożego Narodzenia. Razem dali radę.

Starszy chorąży Michał na oddziale psychiatrycznym spędził 6 tygodni
Artur Węgrzynowicz/ tvnwarszawa.pl

Polskie piekło

Wrócił do domu i po 12 miesiącach nieobecności rzucił się w wir obowiązków rodzinnych. Na początku było dobrze, spędzał z córką dużo czasu, kupował "księżniczce" drogie prezenty i próbował nadrobić stracone miesiące. MON udzielił mu "urlopu aklimatyzacyjnego" - jeden dzień za każde dziesięć dni pełnienia służby poza granicami państwa. Uzbierało się prawie trzy miesiące.

Ale "aklimatyzacja" nie przebiegała pomyślnie. Opadały emocje, a radość z powrotu ustępowała szarej rzeczywistości. Znowu zaczęło brakować żołnierskich obowiązków i precyzyjnie określonego harmonogramu dnia. I tego, czego się bał: adrenaliny. Brakowało mu wojny.

- Na wyjeździe nie ma czasu na sentymenty. Wykonuje się zlecone zadania, do których dowództwo zapewnia środki. Po powrocie, życie jest nie do zniesienia. Biurokracja, mentalność, nuda, nawet pogoda. To polskie piekło wkur*** - mówi.

Mijały tygodnie, a on coraz gorzej radził sobie z codziennymi obowiązkami i emocjami. Z agresją, niepokojem, wspomnieniami, obrazami w głowie. Znów dręczyły go koszmary, budził się zlany potem. Zrobił się agresywny, nadpobudliwy, podejrzliwy. - Wychodziłem na miasto, wybierałem kogoś z tłumu i zaczynałem go obserwować. Szukałem zaczepki, prowokowałem bójki. Każdy mi przeszkadzał, wszędzie wyczuwałem zagrożenie. W nocy przeszukiwałem dom, sprawdzałem, czy żona nie ma przy sobie broni - wspomina.

Kiedy bójki i wyżywanie się na innych przestało wystarczać, agresję wyładowywał na sobie. Zaczął pić, a po alkoholu okaleczać się. Cierpiał nie tylko Michał. Córka widziała, rozumiała coraz więcej, i bała się. Zaczęła moczyć się nocami, choć miała już 9 lat.

Problemy narastały, a Michał w końcu rozwiódł się z żoną. W nowym związku też miał problemy. Pił, był w coraz gorszym stanie psychicznym. Którejś nocy w półśnie wyszedł na balkon. Na szczęście w porę zareagowali bliscy.

Pomogli podjąć trudną decyzję: poszedł do szpitala psychiatrycznego.

Psychotropy i terapia grupowa

W 2009 Michał roku trafił do Kliniki Psychiatrii i Stresu Bojowego. Psychiatrzy zdiagnozowali PTSD. Na oddziale "czerwonym" - otwartym - spędził sześć tygodni. Cisza, spokój, doświadczony personel, zielona okolica. I leki.

A potem lekarze skierowali go na na terapię grupową. - Na początku byłem zdziwiony. Około 20 osób, w tym tylko trzech żołnierzy. Zirytowało mnie to! Jak cywilom tłumaczyć, co to wojna?! - wspomina.

Na początku milczał. Nie dopuszczał nikogo do swojego świata, ale z czasem zaczął się otwierać. Brał udział w muzykoterapii, chodził na siłownię, a terapeuci organizowali grupie wspólne wyjścia do kina i teatru.

Jak twierdzi dziś, pobyt na Szaserów całkowicie odmienił jego życie. Ale 15 miesięcy później znów wyjechał na 7 do Afganistanu. - Czułem się bardzo dobrze, chociaż to była najgorsza zmiana. Najwięcej walki bezpośredniej, kilkanaście zasadzek i ostrzałów. Ale dzięki terapii miałem już inne podejście. Nauczyli mnie mówić o tym wszystkim. Potem sam, jako dowódca, namówiłem czterech moich żołnierzy na podjęcie leczenia - podkreśla.

Klinika zajmuje się diagnozowaniem i leczeniem cierpiących m
Artur Węgrzynowicz/ tvnwarszawa.pl

Magiczne miejsce

Hospitalizacja Michała była jedną z prawie 500 przeprowadzonych w klinice. - Przyjmujemy pacjentów, jak każdy szpital psychiatryczny. Skierowanie może wypisać lekarz podstawowej opieki lub psychiatra. Pacjent może się też zgłosić do nas sam, wtedy wyznaczamy termin konsultacji - mówi kierownik kliniki Radosław Tworus.

Jak podkreślają specjaliści, wśród wojskowych wciąż pokutuje stereotyp, że muszą być twardzi i nie mogą pokazywać swoich słabości. To przez niego zgłaszających się po pomoc wciąż jest niewielu.

- Chcemy, żeby żołnierze zrozumieli, że to żaden wstyd. To, że trafiają na leczenie, nie oznacza, że są gorszymi albo słabszymi żołnierzami - przekonuje Sylwia Szymańska, terapeutka.

I dodaje, że najlepsze rezultaty daje właśnie psychoterapia grupowa. Choć w spotkaniu bierze udział kilkanaście osób, celem zajęć jest zawsze pomoc jednej z nich. Otworzenie jej na siebie i innych. - W grupie stopniowo zaczynają się odsłaniać, mówić o swoich traumatycznych wspomnieniach, przyznawać się do lęku, poczucia winy, agresji. To miejsce daje magiczną moc, bo spotykają się tu różne perspektywy na wojnę. Nie tylko żołnierzy, ale matek i żon, które pochowały swoich synów i mężów. Wszyscy są tu po prostu przyjęci i akceptowani - zapewnia Szymańska.

Michał do szpitala zgłosił się sam. Sam namówił swoich żołnierzy. A co z tymi, którzy nie mają dość odwagi ani wystarczająco zaangażowanego dowódcy? Czy w ogóle są gotowi na obciążenia, jakie niosą za sobą okrucieństwa wojny? Przed skompletowaniem kontyngentów kandydaci przechodzą badania psychologiczne. Jak tłumaczy resort obrony, wszystko zgodnie z rozporządzeniem: wywiad prowadzony jest w oparciu o "zestandaryzowany kwestionariusz".

Michał widzi to po swojemu: - To fikcja. Spotkanie z lekarzem trwa kilka minut, zadaje ogólne pytania. Czy wszystko ok? A my odpowiadamy, że tak. Przecież nikt, komu zależy na wyjeździe, nie przyzna się, że się boi, bo nie wyjedzie - mówi.

I mimo że podstawową opiekę psychologiczną żołnierze mają też na misjach, niechętnie przyznają się do problemów. Ukrywają je, mając nadzieję, że wszystko wróci do normy. Albo boją się, że wpłynie to na ich karierę zawodową. Tylko w ekstremalnych wypadkach personel medyczny ma szansę dostrzec, że dzieje się coś złego. - Widziałem, jak stres paraliżował zdrowych silnych żołnierzy, dostawali piany, drgawek, przestawali się odzywać i usta otwierali dopiero po powrocie na bazę. Od razu wracali do Polski - przyznaje Michał.

Jeżeli nie wydarzy się jednak nic nadzwyczajnego, po powrocie procedura wygląda tak samo, jak przed wyjazdem. - Psycholog macierzystej jednostki przeprowadza wywiad w oparciu o zestandaryzowany kwestionariusz. W zależności od zdarzeń, które były udziałem żołnierza, wyznacza terminy kolejnych spotkań w celu monitorowania ewentualnych objawów odroczonego PTSD. Po powrocie z misji żołnierz również jest poddawany badaniu psychologicznemu - informuje departament prasowy MON.

W resorcie pracuje obecnie 160 psychologów w jednostkach wojskowych i 123 w wojskowych pracowniach psychologicznych. Żołnierze i członkowie ich rodzin mają do dyspozycji różne formy pomocy od konsultacji i porady, poprzez diagnozę po terapię krótkoterminową, grupową, rodzinną.

Jedną z metod leczenia w klinice jest psychoterapia grupowa
Artur Węgrzynowicz/ tvnwarszawa.pl

Katarzyna Śmierciak k.smierciak@tvn.pl

Imię bohatera zostało zmienione.