Prokuratura: zakażona włośnicą dziczyzna nie trafiła do obrotu

Warszawa

archiwum TVN 24Zatrzymany zeznał, że mięso kupił od innej osoby (zdjęcie ilustracyjne)

- Mięso zarażone włośnicą nie zostało sprzedane, nie trafiło do obrotu - ustaliła prokuratura w Radomiu, która prowadzi śledztwo w sprawie skażonej dziczyzny. Śledczy informują, że 38-latek, który przyniósł mięso do badania, sam je zutylizował.

O zakażonym włośnicą mięsie z dzika poinformowała w piątek radomska policja. To ona podała, że dziczyzna została sprzedana i prawdopodobnie trafiła do restauracji w Warszawie i okolicach. Czarny scenariusz przewidywał, że do lokali mogło trafić nawet tysiąc kilogramów mięsa. W sobotę prokuratura zdementowała te informacje.

- Nie ma informacji potwierdzających wersję, która krążyła w mediach, że zarażone włośnicą mięso zostało sprzedane - poinformowała nas Małgorzata Chrabąszcz, rzeczniczka prasowa Prokuratury Okręgowej w Radomiu.

Policja sprawy nie komentuje, ale wydała specjalne oświadczenie. Radomscy policjanci i prokuratorzy prowadzą czynności mające na celu wyjaśnienie, co stało się z mięsem z dzików, co do którego zachodziło podejrzenie, iż może być zakażone włośnicą. Badane jest kilka wątków tej sprawy. Najmniej prawdopodobna jest jednak wersja, że skażone mięso trafiło do restauracji w Warszawie i okolicach - czytamy na stronie komendy.

"Zutylizował przez spalenie"

Przypomnijmy, zatrzymany mężczyzna przyniósł próbki mięsa z dziewięciu dzików do sanepidu i poprosił o przebadanie. Okazało się, że jedna z próbek jest skażona włośnicą. W takiej sytuacji należy dostarczyć do kontroli całe mięso przeznaczone do spożycia - tylko to pozwoliłoby całkowicie wykluczyć albo potwierdzić zakażenie. - Lekarz weterynarii próbował skontaktować się z mężczyzną, ale bezskutecznie. Zawiadomiono więc policję - przekazał nam w piątek Rafał Jeżak z radomskiej policji.

Radomianina zatrzymano, ale nie współpracował ze śledczymi. - Mężczyzna został zatrzymany w czwartek, a przesłuchanie miało miejsce w piątek. Uznał, że najlepiej będzie, jak nic nie powie, ale w końcu zaczął z nami współpracować. Zatrzymany ostatecznie złożył zeznania - przekazała nam prokurator Chrabąszcz.

Jak 38-latek tłumaczył swoje zachowanie? - Przyznał, że gdy dowiedział się o zakażeniu mięsa, przestraszył się i sam je zutylizował je przez spalenie - sprecyzowała Chrabąszcz i dodała, że część mięsa udało się ocalić. Jego próbki są teraz badane.

Wersja podana przez mężczyznę podczas przesłuchania jest weryfikowana przez policję. - Ustalane jest też źródło pochodzenia tego mięsa i jego faktyczna ilość. Przesłuchiwany stwierdził, iż nabył mięso od nieznajomego mężczyzny – dodała prokurator

Postępowanie trwa

38-latek zeznał też, że mięso od kogoś kupił. - Nie możemy ujawniać pełnych wyjaśnień zatrzymanego, ale postępowanie się nie kończy, będzie prowadzone w kierunku sprawdzenia źródła pochodzenia mięsa - podsumowała rzeczniczka.

Radomianin ma w tej chwili dwa zarzuty: sprowadzenia niebezpieczeństwa dla zdrowia i życia wielu osób poprzez wprowadzenie do obrotu mięsa pochodzącego z dzika i zarażonego chorobą włośnicy oraz posługiwania się sfałszowanym dokumentem, mającym potwierdzać, że próbki mięsa do badań weterynaryjnych zostały pobrane zgodnie z procedurą, przez uprawnioną osobę. W rzeczywistości - według prokuratury - mężczyzna sam pobrał te próbki.

O skutkach zjedzenie mięsa zarażonego włośnicą mówił rano główny lekarz weterynarii:

kś/b/PAP

Główny lekarz weterynarii gościem "Wstajesz i weekend"
| TVN 24