Plac Zabaw może zostać na Agrykoli

Warszawa

fot. Lech Marcinczak/tvnwarszawa.plPlac Zabaw przy Myśliwieckiej 9

- Nie wyobrażam sobie prowadzenia tu innej działalności, niż kulturalna. Rozmowy z klubem trwają - mówi nowy właściciel nieruchomości przy Myśliwieckiej 9. W tle ciągnie się spór o sprzedaż szaletu. MPO twierdzi, że Plac Zabaw podnajmował go nielegalnie.

- Jestem już po pierwszych rozmowach z właścicielem Placu Zabaw. Jest chętny, by dalej wynajmować obiekt. Zaproponował cenę, którą może płacić i w tym tygodniu mamy zaplanowane kolejne spotkanie. Wszystko jest na dobrej drodze, by klub pozostał w dotychczasowym miejscu - przekonuje nowy właściciel szaletu.

Jego zdaniem, przy Myśliwieckiej nie ma szans na działalność inną niż kulturalna. - To miejsce jest już wypromowane, chętnie odwiedzane przez warszawiaków - podkreśla w rozmowie z tvnwarszawa.pl.

Nie chce podawać swojego nazwiska, bo twierdzi, że wokół całej sprawy narosło zbyt wiele kontrowersji.

Rozmowy potwierdza Michał Borkiewicz, właściciel Placu Zabaw: - To prawda. Złożyliśmy swoją ofertę, podaliśmy kwotę czynszu, jaką jesteśmy w stanie płacić i czekamy na kolejne spotkanie. Ma się ono odbyć w piątek.

Podnajmowali nielegalnie, nie płacili w terminie

W tle tych rozmów cały czas toczy się tymczasem spór o samą sprzedaż nieruchomości. Przypomnijmy: Miejskie Przedsiębiorstwo Oczyszczania wystawiło szalet na licytację 27 sierpnia. Osiągnął cenę 372 tysięcy złotych.

Michał Borkiewicz, właściciel klubu zaalarmował wtedy jego bywalców. Przekonywał, że o planach MPO dowiedział się na dzień przed licytacją. - Nie mieliśmy szans zgromadzić dokumentów, ani pieniędzy. Byłem wtedy na wakacjach za granicą - mówił na początku ubiegłego tygodnia.

Sprawa jest jednak bardziej skomplikowana. Borkiewicz nie wynajmował bowiem lokalu bezpośrednio od MPO, lecz podnajmował go od Andrzeja Chodkiewicza, właściciela klubu Time Cafe. Jak twierdzi dziś MPO - robił to nielegalnie.

- O istnieniu Pana Borkiewicza dowiedzieliśmy się z mediów, już po licytacji. Zresztą w umowie był wyraźny zapis, który zabraniał podnajmowania lokalu - podkreśla w rozmowie z tvnwarszawa.pl Sławomir Michalak, prezes MPO. I dodaje, że dopiero od tego roku Chodkiewicz miał zgodę na podnajem części lokalu.

To tłumaczy, dlaczego firma nie informowała właściciela klubu o licytacji - wszystkie informacje trafiały do Andrzeja Chodkiewicza. - Owszem, dzień przed licytacją nasi pracownicy dzwonili z przypomnieniem, ale informacje do pana Chodkiewicza dotarły dużo wcześniej, choćby przy okazji monitów dotyczących zaległych płatności - przekonuje Michalak.

Wiedzieli o planach sprzedaży

Co więcej, o tym że lokal jest na sprzedaż, zarówno Chodkiewicz, jak i Borkiewicz wiedzieli co najmniej od 2010 roku. Wtedy bowiem MPO po raz pierwszy wystawiło nieruchomość na sprzedaż.

W rozmowie z tvnwarszawa.pl Borkiewicz przyznaje teraz, że wiedział, ale wtedy nie był zainteresowany kupnem szaletu. Chodkiewicz twierdzi natomiast, że... startował w tamtym przetargu. I zarzuca: - MPO unieważniło go bez podania przyczyny.

MPO udostępniło nam protokoły z tamtego postępowania. Wynika z nich, że do przetargu... nikt się nie zgłosił.

Bartłomiej Frymus