Niepełnosprawna w kajdankach. "To dla jej dobra"

Warszawa

Do niepełnosprawnej wezwano policję. fot. TVN Warszawa | | earthquake.usgs.gov, earthquake-report.com
Ania przechodzi rehabilitację w ośrodku na Leonarda | | PAP/EPA, Reuters
Do niepełnosprawnej wezwano policję. fot. TVN Warszawa | | earthquake.usgs.gov, earthquake-report.com
Ania przechodzi rehabilitację w ośrodku na Leonarda | | PAP/EPA, Reuters
Do niepełnosprawnej wezwano policję. fot. TVN Warszawa | | earthquake.usgs.gov, earthquake-report.com
Ania przechodzi rehabilitację w ośrodku na Leonarda | | PAP/EPA, Reuters

W podartych ubraniach i skutą kajdankami - w takim stanie policja wyprowadziła z ośrodka dla niepełnosprawnych Anię Łojszczyk, niewidomą z porażeniem mózgowym. Funkcjonariuszy wezwali do chorej ratownicy medyczni, którzy nie mogli sobie z nią poradzić. Wszystko działo się pod nieobecność matki, która jest prawnym opiekunem ubezwłasnowolnionej ze względu na stan zdrowia dziewczyny. Okazuje się, że akcja przebiegała zgodnie z prawem: -Ograniczają nas przepisy. Ustawa o ratownictwie medycznym jest źle napisana - skarżą się lekarze.

W ośrodku na ul. Leonarda na Woli przebywa kilkadziesiąt osób, które nie są w stanie funkcjonować samodzielnie - niewidomych, z porażeniem mózgowym, padaczką. Placówkę stworzyli sami rodzice. Młodzież i osoby dorosłe mają tam zapewnioną w ciągu dnia specjalistyczną terapię i rehabilitację.

W środę policja zakuła w kajdanki i wyprowadziła do karetki jedną z podopiecznych placówki, 25-letnią Annę Łojszczyk - niewidomą, z porażeniem mózgowym, niedowładem kończyn i padaczką. Oficjalna wersja: bo zagrażała sama sobie i trzeba ją było zabrać do szpitala.

Ślady po kajdankach

O sytuacji poinformowała tvnwarszawa.pl matka dziewczyny. Przyjechała do ośrodka zawiadomiona przez pielęgniarkę, że Ania jest pobudzona i autoagresywna. Poprosiła, żeby poczekać na nią z wezwaniem pogotowia. Gdy dotarła na miejsce, zobaczyła córkę na zimnie (w środę było załamanie pogody) w podartych ubraniach, prowadzoną przez policjantów do karetki. Przeżyła szok.

- Powiedziałam im: -Ania nie jest rzeczą, ona czuje i myśli - opowiada z płaczem Jolanta Łojszczyk. Pokazała ratownikom akt ubezwłasnowolnienia i zabrała dziecko do domu.

- Ania jest teraz spokojna, ale ma ręce posinaczone od kajdanek - mówi matka. Nie może uwierzyć w to, co się stało. - Miała zmieniane leki, mogły na nią źle zadziałać, trzeba było wezwać psychiatrę, podać leki uspokajające, a potraktowali Anię jak bandytę.

Pani Łojszyczk nie wie, co robić dalej. Ośrodek jest jedyną szansę na terapię ciężko upośledzonej córki.

"Kajdanek nie było widać"

W ośrodku na Leonarda nikt nie jest do końca pewien, czy wszystko odbyło się zgodnie z prawem. - Może kaftan byłby bardziej humanitarny. Mamy je w ośrodku - zastanawia się terapeutka, która nie chce podać nazwiska. - Kajdanek prawie nie było widać, a panowie zachowywali się naprawdę bardzo kulturalnie. Mówili do Ani "pani Aniu"... - tłumaczy pielęgniarka.

Pracownicy wyjaśniają, że sytuacja była groźna, bo Ania rzucała się, gryzła i cały czas próbowała bić głową o ściany. Z matką najpierw nie mogli się skontaktować, a później długo czekali, aż dojedzie od z Bielan (opiekowała się tam chorą babką dziewczyny), więc wezwali pogotowie.

Jak udało nam się ustalić, to pracownicy pogotowia zadzwonili na policję.

Dyrekcja domaga się od ratowników wyjaśnień. - Skierujemy oficjalne pismo do pogotowia - mówi szef ośrodka, Igor Malec.

Prezes stowarzyszenia Tęcza Tadeusz Cieplik powołał też w ośrodku komisję wyjaśniającą. Dwie osoby, wyznaczone przez zarząd rozmawiają ze świadkami. - Jeśli okaże się, że w czymś uchybiliśmy, będą wyciągane konsekwencje - mówi nam anonimowo jeden z członków komisji. - Jesteśmy w szoku.

Na miejscu nikt jednak nie zareagował. - Ale następnym razem już zapytałabym, po co te kajdanki... - mówi jedna z pracownic.

"Staramy się delikatnie"

Dr Marek Niemirski, rzecznik pogotowia był koordynatorem środowej akcji. Tłumaczy, że policja została wezwana, bo ratownicy chcieli doprowadzić chorą do karetki i zawieźć na oddział psychiatryczny.

- Chora znajdowała się w sytuacji zagrożenia życia - mówi. Jak tłumaczy, zgodnie z prawem ratownik medyczny nie może chorego wsadzić do karetki, gdy ten stawia opór. Przymusu bezpośredniego może użyć za to funkcjonariusz.

- Staramy się działać delikatnie - rozkłada ręce.

Pogotowie: Nie ma dobrych przepisów

Około 8 proc. karetek z wojewódzkiej stacji pogotowia wyjeżdża codziennie do osób z zaburzeniami psychicznymi. Jak przyznaje sam Niemirski - wyjeżdżają nieprzygotowane do takich sytuacji.

- To jeden z największych błędów ustawy o ratownictwie medycznym - mówi Niemierski. - W karetce może wyjechać chirurg, kardiolog, ale nie psychiatra.

Ratownicy spędzają nieraz na miejscu interwencji po kilka godzin. Środowa akcja na Leonarda trwała godzinę.

- Cała ta interwencja, decyzją komendanta policji na Woli będzie przedmiotem wyjaśnień - tłumaczy TVN wraszawa Marcin Szyndler, rzecznik stołecznej Policji.

Jak rzeczy

Przez media właśnie przetacza się dyskusja o traktowaniu chorych. W czwartek TVN ujawniła nagrania z ośrodka dla niepełnosprawnych dzieci w Studzienicznej. Na filmie widać, jak jedna z sióstr z placówki bije po twarzy i szarpie za włosy swojego podopiecznego. Sprawą zajęła się prokuratura. Komentatorzy zwracali uwagę, że chorzy byli traktowani w placówce jak rzeczy. Przykład interwencji z Leonarda pokazuje, że nawet prawo, które stanowi o pomocy, dopuszcza takie traktowanie.

Milena Zawiślińska