Marek M. nie przyszedł na komisję. Został ukarany trzy razy

Warszawa

Komisja zajmowała się sprawą kamienic przy HożejTVN24
wideo 2/7

Blisko osiem godzin trwało posiedzenie komisji weryfikacyjnej w sprawie trzech nieruchomości przy Hożej. Zeznawali lokatorzy i urzędnicy ratusza. Znany handlarz roszczeniami i właściciel omawianych kamienic nie przyszedł, za co otrzymał trzy grzywny o łącznej wysokości dziewięciu tysięcy złotych.

Podczas każdego posiedzenia komisji weryfikacyjnej na liście wezwanych świadków jest taka osoba (bądź osoby), na której zeznania oczekuje się z największą ciekawością. W przypadku kamienic przy Hożej była to mecenas Izabela Korneluk - radczyni śródmiejskiego Zakładu Gospodarki Nieruchomościami.

Korneluk od wielu lat procesuje się z Markiem M. Nie chciała bowiem pozwolić na to, aby miasto wypłaciło mu pięć milionów złotych odszkodowania za tzw. bezumowne korzystanie z kamienicy przy Hożej w sytuacji, kiedy roszczenia do niej wykupił od starszej pani za 50 złotych. Uważała, że taka umowa jest niesprawiedliwa i wadliwa prawnie, dlatego dążyła do jej unieważnienia. Jej stanowisko potwierdził Sąd Najwyższy. Na czwartkowym posiedzeniu członkowie komisji wielokrotnie gratulowali jej "sukcesu, jaki osiągnęła i konsekwencji w dążeniu do niego".

Podczas przesłuchania Korneluk przyznała, że Marek M. składał na nią skargi, dzwonił do niej i przychodził do jej gabinetu. - Moja sekretarka powiedziała, że raz był przypadek, że otwierają się drzwi do sekretariatu, wsadza głowę M. i pytał czy "Iza jest". Mnie akurat nie było wtedy w pracy - wspominała. O samym Marku M. powiedziała zaś, że "jest człowiekiem bardzo obrotnym i podstępnym".

Marek M. nie stawił się na przesłuchanie (reprezentował go pełnomocnik). Został za to ukarany trzema grzywnami, ponieważ komisja zajmowała się w czwartek trzema adresami: Hoża 25, 25a i 23/25. Kara wyniosła więc łącznie dziewięć tysięcy złotych (po trzy tysiące złotych każda).

Na posiedzenie przyszli za to wezwani lokatorzy: Jolanta Mizerska z Hożej 25 i Kamil Długosz z Hożej 25a (obecnie już tam nie mieszka). Oboje opowiadali o tym, jak zmieniło się ich życie po pojawieniu się nowego właściciela. Skarżyli się m.in. na zabarykadowane drzwi, brak prądu na klatce schodowej czy (w przypadku Długosza) sześciokrotne podwyżki czynszów.

Długo trwało również przesłuchanie pracującego w ratuszu Krzysztofa Ratowskiego, który podpisywał jedną z decyzji zwrotowych w sprawie Hożej. Członkowie komisji zarzucali mu m.in. niedokładnie zbadanie sprawy przed podpisaniem zwrotu. Świadek próbował się bronić.

CAŁE POSIEDZENIE KOMISJI RELACJONOWALIŚMY NA NASZYM PORTALU:

17.50 Przewodniczący Patryk Jaki zamknął posiedzenie w sprawie nieruchomości przy Hożej.

17.45 Na koniec krótkie oświadczenie wydała mecenas Zofia Gajewska, pełnomocniczka miasta. Poinformowała, że Marek M. stosował naciski również wobec samej prezydent Hanny Gronkiewicz-Waltz. - "Została pani ukarana za swoich urzędników. Postanowieniem Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego wyznaczono grzywnę na bezczynność prezydenta w wysokości 2,5 tysiąca złotych. Uważam, że w takiej decyzji szybko uzyskam pozytywną decyzję. Projekt jest od dawna przygotowany. (…)" - cytowała fragmenty pisma Marka M. do Gronkiewicz-Waltz mecenas Gajewska. Dokument, jak doprecyzowała, pochodził z 2007 roku.

Mecenas Gajewska o skargach M
TVN24

Grzywny dla Marka M.

17.40 Marek M. został ukarany trzema grzywnami po trzy tysiące złotych każda za niestawiennictwo na posiedzeniu komisji.

17.35 - Na dzisiejsze posiedzenie nie stawiły się dwie osoby wezwane do osobistego stawiennictwa. Pierwszy to Jacek W. [wezwany jako świadek - red.] i drugi wezwany do osobistego stawiennictwa Marek M. [jako strona - red.] - poinformował przewodniczący komisji Patryk Jaki.

- Pan Marek M. został zawiadomiony, ale podjął decyzję, że się nie stawi. Reprezentuję go i tyle mogę wyjaśnić - przyznał jego pełnomocnik. Starał się też przekonać komisję, że materiał dowodowy "jest na tyle bogaty", że przesłuchanie M. i tak nic by do niego nie wniosło.

Jakiego takie argumenty nie przekonywały. Zdecydował się natomiast odstąpić od ukarania Jacka W., który w czwartek rano usłyszał zarzuty w sprawie Hożej 25 (o czym informowaliśmy na początku relacji).

Related content

17.25 Członkowie zaczęli zadawać pytania przedstawicielom stron, czyli urzędnikom i pełnomocnikom warszawskiego ratusza. Jako pierwszy głos zabrał poseł Prawa i Sprawiedliwości Łukasz Kondratko. Chciał wiedzieć, czy po wypowiedzeniu umowy o pracę mecenas Izabeli Korneluk (o czym była mowa podczas posiedzenia) na jej miejsce została zatrudniana inna osoba. - Nie - odpowiedział Piotr Rodkiewicz z Biura Spraw Dekretowych w ratuszu. - Pani Korneluk współpracowała z miastem na zasadzie umowy zlecenie - dodał.

Dalej Kondratko pytał mecenas Zofię Gajewską (pełnomocniczkę miasta), czy w przeszłości była pełnomocnikiem w innych sprawach związanych z warszawską reprywatyzacją. Mecenas zapewniła, że "bezpośrednio nie". Dodała jednak, że pracuje w dużej kancelarii i być może ktoś z jej pracowników takie sprawy prowadził. Zadeklarowała, że sprawdzi tę kwestię i odpowie na piśmie.

Poseł Robert Kropiwnicki z Platformy Obywatelskiej pytał z kolei między innymi o współpracę ratusza ze wspomnianym Jackiem W. (urzędnikiem, który zajmował się sprawą Hożej, a w czwartek rano usłyszał zarzuty). Chciał wiedzieć, jakie będą konsekwencje tej sprawy. - Obecnie pan Jacek W. przebywa na zwolnieniu lekarskim, więc nie mogę zastosować wobec niego żadnych konsekwencji, ale kiedy to zwolnienie się skończy, z pewnością nie dopuszczę go do czynności w Biurze Spraw Dekretowych w ratuszu - poinformował Rodkiewicz.

Zakończyło się przesłuchiwanie przedstawicieli miasta.

17.20 Po przesłuchaniu Krzysztofa Ratawskiego, poseł PiS Paweł Lisiecki wystąpił z wnioskiem, aby komisja zrezygnowała z przesłuchiwania ostatniego świadka Bolesława Tejkowskiego. - Materiał dowodowy jest już i tak bardzo obszerny - argumentował. Komisja (w głosowaniu) przychyliła się do jego decyzji.

Related content

"Czuliśmy na plecach oddech byłych właścicieli"

16.20 Trwa przesłuchanie Krzysztofa Ratowskiego, urzędnika miasta.

- Czy kiedykolwiek spotkał się pan z mieszańcami poszkodowanymi wskutek aktywności Marka M., którzy wskazywali nieprawidłowości dotyczące jego działań? - pytał świadka Sebastian Kaleta, członek komisji z ramienia Prawa i Sprawiedliwości.

Ratowski przyznał, że to "nie należało do jego kompetencji", ale też dodał, że uczestniczył w spotkaniach ze stowarzyszeniami lokatorskimi. - Dotyczyło ono jakiejś kamienicy na Pradze Północ. Oni [członkowie tego stowarzyszenia - red.] wskazywali, że należy jakąś sprawę dokładnie sprawdzić (…). O wszelkich sygnałach, wątpliwościach informowaliśmy przełożonych - zapewnił.

Poseł Kropiwnicki pytał z kolei świadka, czy w urzędzie obowiązywały jakieś zastrzeżenia co do tego, ile spraw powinno być rozpatrywanych i ile wydawanych decyzji. - Było takie wskazanie, że pracownicy powinni wydawać decyzje zwrotowe na podstawie zgromadzonego materiału. Ale nie było konkretnych liczb - odpowiedział Ratowski.

Kropiwnicki pytał też, kto przedkładał decyzje, kiedy prezydentem miasta był Lech Kaczyński. - Do 2004 roku był to dyrektor biura. Po 2004 roku w przypadku działek czy domów jednorodzinnych nadal dyrektor biura. Natomiast te decyzje, gdzie był czynnik społeczny [mieszkali lokatorzy - red.] prezydent Kaczyński wydawał osobiście - odpowiedział świadek.

Paweł Rabiej (członek komisji z Nowoczesnej) rozpoczął przesłuchiwanie od przytoczenia słów świadka z artykułu "Gazety Wyborczej" z 2004 roku. - Powiedział pan wtedy, że bez pewnych kruczków prawnych reprywatyzacja nie ruszyłaby z miejsca. To znaczy, że już wtedy miał świadek świadomość, że elastyczne stosowanie prawa może przynosić dużą elastyczność zwrotową - stwierdził Rabiej.

- Nie pamiętam tego wywiadu. Na pewno był ze mną? - zdziwił się Ratowski. Kiedy polityk Nowoczesnej potwierdził, świadek przyznał: - Kruczki prawne to było określenie publicystyczne. Słowem tym nazwałem pewne instytucje prawne, które dla zwykłych obywateli nie są do końca jasne - tłumaczył się.

Rabiej na koniec dopytywał też o tempo wydawania decyzji zwrotowych - chciał wiedzieć, czy pod tym względem był w ratuszu (od przełożonych) jakiś nacisk. - Był nacisk na pracę. W urzędzie kierownictwo jest po to, by stymulować pracowników do pracy. Pilnowaliśmy, aby w sytuacji, kiedy materiał dowodowy był zebrany, czy to do decyzji pozytywnej, czy odwoławczej, taką decyzję wydawać - odpowiedział urzędnik.

Co ważne, Ratowski na każdym etapie przesłuchania przypominał, że kiedy wydawał decyzję w sprawie Hożej, był kierownikiem innego (sąsiedniego działu). Zajmował się nieruchomościami dekretowymi, które należały do Skarbu Państwa (a nie miasta). Dokument dotyczący Hożej podpisał "w zastępstwie koleżanki".

Zakończyło się przesłuchiwanie świadka.

14.50 Rozpoczęło się przesłuchanie czwartego świadka - Krzysztofa Ratowskiego, urzędnika warszawskiego ratusza.

- Czy pan pracuje w urzędzie miasta? – zapytał na wstępie przewodniczący Patryk Jaki. - Formalnie jeszcze tak, jestem w okresie wypowiedzenia do 30 listopada - odpowiedział świadek. Jak dodał, pełnił między innymi funkcję kierownika działu nieruchomości dekretowych Skarbu Państwa. - W zakresie reprywatyzacji nadzorowałem postępowania prowadzone przez wydział spraw dekretowych z zakresu administracji rządowej - powiedział.

Dopytywany przez Jakiego, co ustalał wraz z innymi urzędnikami zajmując się reprywatyzacją danej nieruchomości (czym się zajmował), świadek wyliczał między innymi: ustalenie kręgu spadkobierców, sprawdzanie aktów notarialnych, stron nieruchomościową - czyli prawa osoby do konkretnej nieruchomości, pełnomocnictw czy złożenia w terminie sześciu miesięcy wniosku dekretowego.

- A badaliście państwo przesłankę posiadania? - dopytywał Jaki. - Kwestię posiadania postrzegaliśmy nie poprzez przebywanie na danej nieruchomości, ale wolę bycia właścicielem danej nieruchomości - odpowiedział Ratowski.

Dalej Jaki pytał o kolejne szczegóły, między innymi o to, jak sprawdzano krąg spadkobierców konkretnie w sprawie Hożej, na jakiej podstawie urzędnik zdecydował się podpisać decyzję i czy cena, za jaką oddano roszczenia (500 zł) nie budziła w ratuszu wątpliwości. - Budziła, ale nie na tyle, żeby przed notariuszem to podważać. Uznawaliśmy, że było to jakieś rozliczenie w ramach rodzin. Nie czuliśmy się władni, aby ingerować w cenę nieruchomości - odpowiedział świadek.

Na inne pytania nie odpowiedział precyzyjnie. - Nie pamiętam szczegółów postępowania (…). Sprawę prowadził referent. Dokumentacja pozwalała, moim zdaniem, na podpisanie decyzji - stwierdził.

Dopytywany z kolei o Marka M., Ratowski przyznał, że był on "częstym interesantem w urzędzie m.st. Warszawy". - Była to osoba posiadająca dużo różnych udziałów, zasypywała urząd różnymi monitami. Z czasem pojawiały się informacje prasowe, które wskazywały, że w kontakcie z lokatorami dochodzi do konfliktów - mówił.

Nawiązując do tego Jaki zapytał świadka, czy miał świadomość trudnej sytuacji mieszkańców, którzy w wyniku reprywatyzacji tracili dach nad głową. Ratowski przyznał, że taka świadomość była. - To nie jest tak, że my [urzędnicy - red.] nie widzieliśmy krzywdy ludzkiej w postaci cierpienia - powiedział. Przyznał jednak, że urzędnicy z jego wydziału byli przekonani, że sprawami mieszkańców zajmowało się Biuro Spraw Lokalowych i wydziały lokalowe w poszczególnych dzielnicach. Podkreślał, że to nie leżało w kompetencjach jego wydziału.

Przekonywał też, że pracownicy ratusza nie mogli zwlekać z rozstrzyganiem spraw. - Czuliśmy na plecach oddech byłych właścicieli, a urzędnicy działali przecież pod pręgierzem ustawy o odpowiedzialności urzędniczej - stwierdził.

Przy tej okazji przewodniczący komisji przypomniał, że "za czasów prezydenta Lecha Kaczyńskiego liczba wydawanych decyzji znacząco spadła". - Ja pracowałem w czasach prezydenta Kaczyńskiego. Faktycznie, prezydent podejmował działania, żeby to było jak najdokładniej sprawdzane, a wydawanie decyzji znacznie spowolniło, ale wtedy nie było jeszcze ustawy o odpowiedzialności urzędniczej, która weszła w życie później - skomentował to świadek.

Po Patryku Jakim przesłuchiwanie świadka rozpoczął poseł Prawa i Sprawiedliwości Jan Mosiński. - Czy pan Marek M. był częstym gościem w urzędzie? - zapytał na wstępie. - Marek M. już od 2003 roku był częstym interesantem. Mając ileś spraw w toku występował do nas, głównie osobiście, składał różne dokumenty pisane ręcznie - odpowiedział.

Jak dodał, Marek M. często skarżył się na opieszałość urzędników przy wydawaniu jego decyzji. Kiedy mijał jakiś termin ustawowy, a decyzji nie było - od razu interweniował w tej sprawie.

- Po artykułach prasowych byliśmy wyczuleni na sprawy Marka M. Przychodziła do nas pewna refleksja i ona na pewno nie skutkowała przyspieszaniem wydawania decyzji, wprost przeciwnie - podkreślił Ratowski.

Dopytywany przez Mosińskiego, czy zdaniem świadka, w ratuszu mogła działać grupa przestępcza - świadek zaprzeczył.

Kolejni członkowie komisji również pytali Ratawskiego o działania Marka M. wobec urzędników, między innymi o to, czy czuli się przez niego nękani. Według Ratawskiego, Marek M. nie tyle nękał pracowników ratusza, co po prostu rościł swoich praw. - Pisał skargi, wnioski i zapytania, a to jest dopuszczalne w KPA [kodeks postępowania administracyjnego - red.] - powiedział. Świadek wielokrotnie podkreślał też, że urzędnicy musieli "trzymać się terminów", bo tego wymagało od nich prawo.

- Co jest ważniejsze, szybkość czy to, żeby decyzja na koniec dnia była prawidłowa - zapytał świadka Sebastian Kaleta. - Wstrzymywanie decyzji na pewnym etapie oznaczałoby, że urzędnik ma wątpliwości do podjętych wcześniej przez siebie działań - odparł urzędnik.

Related content

"Otrzymaliśmy sześciokrotnie większy czynsz"

14.35 Rozpoczęło się przesłuchanie kolejnego, trzeciego już świadka - Kamila Długosza, który wraz z rodziną mieszkał w kamienicy przy Hożej 25a. - Moja babcia mieszkała tam od dziecka. Moi rodzice też i ja również, to się zmieniło w 2008 roku. Otrzymaliśmy pismo o wypowiedzeniu najmu od pana Marka M. - powiedział na wstępie.

Przewodniczący Jaki pytał świadka, jak zmieniło się życie jego rodziny po reprywatyzacji budynku. - Przede wszystkim dostaliśmy informację, że musimy płacić czynsz sześciokrotnie większy niż do tej pory. To było w granicach 3 tysięcy złotych, a wcześniej płaciliśmy około 500 zł - wyjaśniał.

Dopytywany poinformował, że mieszkanie miało około 80 metrów. Doprecyzował też, że czynsz wpłacali w takiej kwocie, jaka była ustalona przez urząd miasta (500 zł - za co z czasem narosły wysokie długi), ale na konto administracji wskazanej przez Marka M.

Pytany przez Jakiego o niedogodności spowodowane obecnością nowego właściciela, wskazał między innymi brak prądu na klatkach schodowych. - Lokatorzy chodzili po ciemku z komórką, która oświetlała drogę - przypomniał. Energii - jak dodał - nie było od 2009 do momentu kiedy się wyprowadzili, czyli do 2013 roku. Wspominał też o tym, że "klatka schodowa cały czas była brudna". - Leżały tam śmieci, przebywały osoby bezdomne. Czy było to specjalne działanie, nie chcę oceniać - mówił.

Obecnie na Hożej 25a nikt z dawnych lokatorów już nie mieszka.

Długosz i jego rodzina - jak poinformował - dostali od miasta nowy lokal w Śródmieściu (był nieco mniejszy, liczył niecałe 60 metrów kwadratowych).

Nie oznaczało to jednak końca problemów z Markiem M. - Dostaliśmy pismo o wypłatę odszkodowania dla pana Marka M. Była to kwota w okolicach 100 tysięcy złotych. Z odsetkami, było ponad 120 tysięcy. Sprawa została zgłoszona przez Marka M. do sądu. Sąd przyznał mu rację, później skończyło się to sprawą komorniczą. Ale Marek M. potem wyszedł z propozycją ugody, którą zawarliśmy - wyjaśnił komisji.

Jak doprecyzował później, kwota na ugodzie wynosiła 25 tysięcy złotych. - Muszę przyznać, że jestem wdzięczny za to porozumienie, bo inaczej musielibyśmy spłacić kwotę orzeczoną przez sąd - dodał Długosz.

Zakończyło się przesłuchanie świadka.

Related content

14.30 Z półgodzinnym opóźnieniem przewodniczący komisji Patryk Jaki wznowił posiedzenie (po przerwie).

13.20 Zakończyło się przesłuchanie Izabeli Korneluk. Ogłoszono 35 minut przerwy.

Korneluk o Marku M: obrotny i podstępny

12.15 Trwa przesłuchanie Izabeli Korneluk, radczyni prawnej z Zakładu Gospodarowania Nieruchomościami w Śródmieściu. Sebastian Kaleta (członek komisji z ramienia Prawa i Sprawiedliwości) pytał świadka, czy w swojej karierze była przesłuchiwana przez CBA albo policję. - Z CBA raz był jeden pan. Byłam też dwa-trzy razy przesłuchiwana przez policję. Byli u mnie w pracy, ja byłam też wzywana do nich - odpowiedziała Korneluk.

Radczyni - pytana przez Kaletę - przypomniała też, że Marek M. składał na nią skargi m.in. do Okręgowej Izby Radców Prawnych. - Przekonywał, że na skutek moich bezprawnych, jego zdaniem, działań poniósł straty finansowe - przypomniała świadek.

Jak dodała, Marek M. również dzwonił do niej i wywierał na nią naciski. - Raz powiedział mi wprost, żebym zmieniła opinię, którą wydałam. Ja mu powiedziałam wprost, że opinię wydałam zgodnie z prawem i nie zamierzam jej zmieniać - opisywała dalej Korneluk.

O samym Marku M. mówiła następująco: "jest człowiekiem bardzo obrotnym i podstępnym". - Moja sekretarka powiedziała, że raz był przypadek - mnie akurat nie było wtedy w pracy - otwierają się drzwi do sekretariatu, wsadza głowę M. i pytał czy "Iza jest" - wspominała świadek.

Poseł PiS Łukasz Kondratko pytał z kolei Korneluk o los lokatorów poszkodowanych reprywatyzacją - czy ZGN (w którym mecenas pracuje) wiedział o ich trudnej sytuacji i czy coś z tym robił. Radczyni potwierdziła, że mieli z mieszkańcami kontakt bezpośredni, więc siłą rzeczy ich skargi i zażalenia padały również do ich zakładu. - My mogliśmy sygnalizować pewne sprawy, zwracać na nie uwagę i to robiliśmy. Zgłaszaliśmy to do dzielnicy Śródmieście, ale nasza decyzyjność jako taka była bardzo słaba - mówiła.

- Ale też chcę podkreślić, że był taki czas, że cała prasa i media rozwodziły się nad tym, jak to dobrze, że nastał okres, w którym dawnym właścicielom zwraca się to, co do nich należy i wyrównuje krzywdy. (...) Tak było pod koniec lat 90. Dopiero teraz karta się odwróciła. Momentem przełomowym była chyba śmierć Jolanty Brzeskiej - skomentowała Korneluk.

Sama przyznała, że niektóre sprawy związane z reprywatyzacją, o których teraz słyszy, bardzo ją dziwią. Jak chociażby oddawanie nieruchomości na kuratora reprezentującego - jak się później okazało - osoby zmarłe. - Przecież w takich sytuacjach składa się wniosek o uznanie danej osoby za zmarłą. Jak można było na to nie wpaść - dziwiła się.

Bartłomiej Opaliński (członek komisji z ramienia Polskiego Stronnictwa Ludowego) dopytywał świadka między innymi o podejście miasta do odszkodowań za tzw. bezumowne korzystanie z lokali, których żądali właściciele odzyskujący nieruchomości. - Nie spotkałam urzędnika, który się przychylnie o tym wypowiadał. Nie dość, że dostawali budynki w naturze, to jeszcze chcieli tak wysokich odszkodowań. Toczyły się postępowania sądowe i miasto starało się walczyć, by te odszkodowania były jak najmniejsze - przekonywała. Wskazała jednak, że starań tych nie ułatwiało orzecznictwo sędziów, które nakazywało wypłaty odszkodowań.

Poseł Robert Kropiwnicki (członek komisji z Platformy Obywatelskiej) zaczął przesłuchiwanie świadka od słów uznania. - Serdecznie gratuluję pani tego wyroku. To jeden z większych sukcesów - przyznał.

Jeśli chodzi o pytania, chciał wiedzieć m.in., czy Aniela Krawczyk (właścicielka kamienicy przy Hożej, od której M. odkupił roszczenia) zeznawała na którejś z rozpraw w tej sprawie. Korneluk przyznała, że tak i nie ukrywała, że była jej zachowaniem zaskoczona.

- Pani Aniela miała ponad 90 lat, ale jej zeznania były bardzo spójne. Powiedziała, że "taka była jej wola i kaprys, że sprzedała to [roszczenia - red.] za 50 złotych". To nie ułatwiało sprawy, nie miałam tu żadnego zaczepienia, ale byłam zaskoczona trzeźwością jej umysłu - oświadczyła. - To samo teraz. W tym roku była przesłuchiwana w kolejnej sprawie. Sąd do niej pojechał, ale jej zeznania, sposób formułowania zdań… Pozazdrościć tylko - dodała.

Po członkach komisji pytania świadkowi zaczęły zadawać strony. Jako pierwszy mecenas Bartosz Przeciechowski (pełnomocnik ratusza). - Chciałbym zapytać pani jako pracującej w urzędzie miasta za czasów chyba wszystkich prezydentów Warszawy w wolnej Polsce, czy taka zasada, aby budynki zwracać bez lokatorów obowiązywała zawsze? - pytał. - Zawsze zwracano budynki z lokatorami. Bez [lokatorów - red.] dopiero teraz, od niedawna - odpowiedziała Korneluk.

Mecenas Zofia Gajewska zaś również pogratulowała Izabeli Korneluk za - jak powiedziała - upór, konsekwencję i sukces w tej sprawie.

Po adwokatach miasta pytania zaczął zadawać pełnomocnik Marka M. Chciał wiedzieć - po pierwsze - kiedy Korneluk dowiedziała się o umowie, na mocy której jego klient odkupił roszczenia od pani Krawczyk za 50 złotych. - Wtedy, kiedy Marek M zgłosił się po raz pierwszy o wydanie nieruchomości - odpowiedziała.

Dalej chciał wiedzieć, czy pani Krawczyk kiedykolwiek wyrażała żal do Marka M. za to, jaką kwotę od niego otrzymała. - Nie, ale też kilka razy powiedziała, że od M. nie otrzymała żadnych pieniędzy oprócz tych, które były w akcie notarialnym - wskazała dalej Korneluk.

- A czy pani ma wiedzę, jaką kwotę faktycznie łącznie pani Aniela otrzymała od Marka M. za nabycie udziałów i roszczeń? - dociekał. - Nie mam wiedzy, bo nie wiem jakie i kiedy otrzymywała pieniądze. Ale wiem, że zawarła z M. dwie umowy i z tych dwóch umów była kwota 1,7 milionów. Oprócz tej kwoty otrzymała 50 złotych - tłumaczyła świadek.

W odpowiedzi pełnomocnik M. oświadczył komisji (opierając się na zeznaniach syna pani Anieli), że dawna właścicielka kamienicy otrzymała od M. dwa miliony złotych.

Related content

11.30 Rozpoczęło się przesłuchanie Izabelli Korneluk - prawniczki pracującej w śródmiejskim Zakładzie Gospodarki nieruchomościami.

Świadek rozpoczęła od złożenia tzw. własnego, "luźnego" oświadczenia. - Prowadziłam sprawę sądową pana Marka M, który wytoczył proces miastu i żądał wypłaty odszkodowania za bezumowne korzystanie z lokali przy Hożej 25. Pan M. kupił roszczenia do tej nieruchomości za 50 złotych, a żądał ponad 5 milionów złotych odszkodowania. Kiedy zapoznałam się z dokumentami uznałam, że taka umowa jest nacechowana wadą nieważności. Zawiadomiliśmy prokuraturę, CBA - tłumaczyła Korneluk

- Prokuratura umorzyła śledztwo, ale złożyliśmy zażalenie. Sąd je oddalił. Uznano, że ówczesny burmistrz Wojciech Bartelski, który je podpisał nie był do tego uprawniony - dodała. Jak przypomniała dalej, ruszył proces (z powództwa M.). - Co ciekawe, pan M. został zwolniony z kosztów sądowych jako osoba uboga - zauważyła.

Według Korneluk, Marek M. przed sądem miał powiedzieć, że nie ma dużego majątku, a wszystkie kamienice jakie ma - przekazał matce. Dopytywany o to, dlaczego, przyznał, że "matkę ma się tylko jedną" - opowiadała dalej prawniczka.

Przypomniała, że miasto przed sądem przegrało z M. i musiało zapłacić mu odszkodowanie, choć mniejsze niż pierwotnie oczekiwał (ostatecznie więc miało zapłacić 1,91 milionów złotych, a nie 5 milionów). - Ja dążyłam do umorzenia umowy [nabycia roszczeń - red.] - mówiła Korneluk. Złożyła apelację.

Sąd poprosił o opinię Sąd Najwyższy, ten jednak - jak wskazała świadek - odmówił jej wydania.

- Sprawa wróciła do Sądu Apelacyjnego, ten ją oddalił. Wniosłam więc kasację. Tam sprawę wygrałam. Sąd uchylił wyrok Sądu Apelacyjnego. Stwierdził, że umowa jest nieważna, bo narusza podstawowe zasady współżycia społecznego. W uzasadnieniu sądu podniesiono też, że (...) ta umowa godzi w poczucie zwykłej przyzwoitości każdego człowieka - podsumowała Korneluk.

Jak dodała, Marek M. nie chciał dać za wygraną i wszczął postępowanie egzekucyjne wobec urzędu miasta. - [Po wyroku - red. ] Myśmy wezwali pana M. na spotkanie, aby ustalić, kiedy on zwróci te pieniądze. Gdy zobaczył mnie, to powiedział, że w mojej obecności nie będzie negocjował. I wyszedł. Nie doszło do żadnego porozumienia - mówiła dalej.

Po tym sprawa została ponownie zgłoszona do sądu (tym razem przez miasto, aby Marek M. spłacił pieniądze miastu). To postępowanie toczy się do dziś.

Jak mówiła dalej Korneluk, Marek M. stara się udowodnić przed sądem, że chce zadośćuczynić dawnej właścicielce kamienicy - pani Anieli Krawczyk i przekazał jej część pieniędzy. - Podczas procesu, do tej pory, nikt tego nie potwierdził - stwierdziła świadek.

Dopytywana przez Patryka Jakiego, Korneluk powiedziała, że pracuje w śródmiejskim ZGN-ie od 1992 roku. Podkreśliła, że miała pełnomocnictwa prezydenta Warszawy.

Jaki dopytywał też, z jakimi urzędnikami prawniczka współpracowała w tej sprawie. - Samo złożenie kasacji wymagało zgody moich przełożonych - Małgorzaty Mazur, która była szefową wtedy ZGN-u i burmistrza Śródmieścia Wojciecha Bartelskiego. Uważali, że te zwroty mają zbyt duży rozmiar, że należy walczyć o nie do krwi ostatniej - wskazała Korneluk.

Członek komisji z ramienia Nowoczesnej Paweł Rabiej dopytywał o reguły panujące w ZGN-ie, dotyczące prowadzenia spraw związanych z reprywatyzacją. Korneluk powiedziała, że szczegółowych zasad w tej sprawie nie było. - I dobrze. To jest oczywiste że radca prawny powinien bronić interesu mocodawcy, zgodnie ze swoją najwyższą wiedzą. W przypadku takich reguł, radca mógłby się czuć uwiązany - m��wiła.

Po pytaniach Rabieja głos ponownie wrócił do Patryka Jakiego. - Czy otrzymała pani kiedykolwiek wypowiedzenie z pracy? - zapytał, czym nawiązał do doniesień medialnych o zwolnieniu Korneluk z urzędu po złożeniu skargi do Sądu Najwyższego.

Świadek potwierdziła, że w 2015 roku otrzymała wypowiedzenie. - W wypowiedzeniu było napisane, że z powodu konieczności redukcji zatrudnienia, a ja byłam osobą najstarszą w zespole - przypomniała.

Dopytywana, czy miała odczucie, że to mogło być związane ze złożeniem skargi odpowiedziała, że nie.

- Wróciłam do pracy 1 stycznia 2016 roku, na zasadzie porozumienia stron. Bo w sprawie wypowiedzenia wniosłam pozew do sądu. W czasie procesu została zawarta ugoda, że wracam na dotychczasowe warunki pracy - wyjaśniła.

Related content

Drut kolczasty, zaryglowane drzwi

10.45 Trwa przesłuchanie świadka Jolanty Mizerskiej mieszkającej kamienicy przy Hożej 25.

- Widzieliśmy co się dzieje w Warszawie, w jakiej sytuacji są nasi sąsiedzi. Wszyscy nam mówili, że "was też to czeka" - mówiła lokatorka o nastrojach jeszcze przed zwrotem budynku.

W odpowiedzi na pytania posła PiS Jana Mosińskiego lokatorka powiedziała, że obecnie ma liczne problemy prawne z nowymi właścicielami. Jak podała, jej mieszkanie zostało wynajęte przez Marka M. innej osobie, która teraz przekonuje, że Mizerska "utrudnia jej dostęp do mieszkania i nęka psychicznie". - Pewnie będę miała sprawę w sądzie w tej sprawie - powiedziała.

Dalej opisywała niedogodności związane z obecnością nowych właścicieli. Oprócz wcześniej wspomnianych zaryglowanych drzwi, dodała zamontowany drut kolczasty i wyrzucone przed drzwiami śmieci. - Wzywałam sanepid w tej sprawie - przekonywała Mizerska.

Poseł Łukasz Kondratko (PiS), który jako kolejny zadawał pytania, zaczął od przytoczenia fragmentu pewnego dokumentu. - W skardze złożonej do Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego w Warszawie w 2013 roku, na stronie trzeciej jest napisane: "…krzyczał do mieszkańców: Najchętniej bym tą kamienicę podpalił i patrzył jak lokatorzy skaczą z okien i machają rękami jak skrzydełkami" - zakończył cytat Kondratko. Według niego, miała to być wypowiedź Marka M., a pod skargą widniał podpis zeznającej Jolanty Mizerskiej. - Słyszeliśmy to od lokatorów z budynku 25a. Od nich wiemy, że taka sytuacja miała miejsce - powiedziała.

- Czy zachowanie Marka M. w stosunku do lokatorów można uznać za nękanie? - zapytał z kolei Bartłomiej Opaliński, członek komisji z ramienia Polskiego Stronnictwa Ludowego. - Jeśli za nękanie można uznać zabudowanie drzwi czy pozostawianie śmieci, to tak - odpowiedziała.

- Zwracaliście się państwo do Rzecznika Praw Obywatelskich, urzędu miasta, Prezydenta RP, sanepidu. Nie było odzewu. Można więc powiedzieć, że organy III Rzeczpospolitej nie otrzymaliście żadnej pomocy - skomentował Opaliński.

Po członkach komisji głos przeszedł do stron. Jako pierwszy pytania zadawał Bartosz Przeciechowski, pełnomocnik urzędu miasta. - Na wstępnie chciałbym wyjaśnić jedną sprawę. Czy państwa budynek, czyli Hoża 25, został oddany panu Markowi M? - zagaił. - Nie - odpowiedziała krótko Mizerska. - Decyzja o zwrocie jest nieprawomocna - dodała.

Decyzja została wydana w 2012 roku. - W jaki sposób dotarliście państwo do informacji, że granice działki przedwojennej i oddanej się nie pokrywają? - pytał dalej. Mieszkanka przypomniała, że po wydaniu decyzji zwrotowej lokatorzy zaczęli szukać informacji na własną rękę. Znaleźli dokumenty i mapę, z których dowiedzieli się, że budynek Hoża 25 został wybudowany po wojnie i wykraczał poza działkę objętą dekretem Bieruta.

Wobec tego, reprywatyzacja Hożej 25 nie powinna mieć miejsca (w między innymi w tej sprawie Prokuratura Krajowa postawiła zarzuty, o czym pisaliśmy na początku relacji).

Przeciechowski dopytywał też o reakcję na skargi mieszkańców ze strony Ministerstwa Sprawiedliwości i ówczesnego jego szefa Jarosława Gowina. - Czy uczestniczył w postępowaniu SKO, angażował się? - dociekał. Mizerska stwierdziła, że nie, "nie było żadnej reakcji".

Zakończyło się przesłuchanie lokatorki Jolanty Mizerskiej.

10.10 Rozpoczęło się przesłuchanie pierwszego świadka - Jolanty Mizerskiej, mieszkanki kamienicy.

- Przed zwrotem kamienicy uspokajano nas, że nic złego się nie stanie, że mamy czekać. Tak czekaliśmy, aż dostaliśmy decyzję o przekazaniu kamienicy - mówiła mieszkanka. Przekonywała, że jako mieszkańcy odwoływali się do kilku instytucji, w tym do Samorządowego Kolegium Odwoławczego, sądu i prokuratury. Nie byli jednak stroną postępowania, więc ich pisma nie przynosiły żadnych efektów.

Równocześnie w sądzie toczyło się postępowanie z udziałem miasta. - Byliśmy uśpieni tym wszystkim, ale liczyliśmy na to, że skoro z urzędu informowano, że postępowanie trwa, to sprawa będzie miała swój finał - powiedziała.

Dopytywana przez Patryka Jakiego, poinformowała, że mieszka przy Hożej od 1996 roku.

Jak dodała, po reprywatyzacji budynku nie miała podniesionego czynszu.

- Było spotkanie. Pan, który miał to przejąć powiedział, że "sprawa została załatwiona, możecie iść do sądu, ale i tak nic nie zrobicie" - przypominała lokatorka. Dodała, że zapowiedział podwyżki o 100 procent, ale ostatecznie do nich nie doszło. - Raz usiłowali wejść do budynku, ale im się to nie udało. Próbowali uderzyć sąsiada. To był styczeń, bodajże 2013 rok. Na pewno został wśród tych osób rozpoznany pan M., był z jakąś inną osobą - mówiła.

Podkreślała też, że sąsiedzi z kamienicy pod numerem 25a nie mieli z nowymi właścicielami "łatwego życia". Mówiła o odłączaniu wody, burzeniu ścian. Dziś - jak dodała - nikt z dawnych mieszkańców tam już nie mieszka. - Ostatnia osoba została wyprowadzona w 2013 roku - stwierdziła.

Mizerska powiedziała też, że nachodzenie mieszkańców przez Marka M. było zgłaszane na policji. - Żadnej reakcji nie było - podkreśliła.

Jako kolejny pytania do świadka zaczął zadawać poseł Paweł Lisiecki. Dopytywał między innymi o dojazd do budynku przy Hożej 25. - Z tego co się orientuję, dochodziło do pewnych zatargów między wspólnotą a panem Markiem M. w tej sprawie. Mogłaby pani coś o tym opowiedzieć - prosił.

- Marek M. od razu postawił sobie bramę. Wyjście z naszego budynku było na jego część, zabił nam drzwi. Na wypadek pożaru nie moglibyśmy stamtąd wyjść. Robił, co chciał - opisywała mieszkanka. Jak dodała, M. odblokował przejście przed jedną z rozpraw sądowych. - Zniszczył nam też bramę i zabudował kominy - przypominała dalej Mizerska.

Related content

10.00 Przewodniczący komisji Patryk Jaki otworzył komisję w sprawie Hożej. To pierwsze posiedzenie, które odbywa się w nowym miejscu, czyli w Prokuraturze Krajowej przy Rakowieckiej, a nie jak do tej pory w Ministerstwie Sprawiedliwości. Komisja zajmuje się w czwartek trzema adresami (Hoża 25, 25a i 23/25), ale - jak powiedział na wstępie Jaki - podjęto decyzję o przeprowadzeniu jednego postępowania w tej sprawie.

Przewodniczący rozpoczął od sprawdzenia listy obecności. I tak w charakterze stron stawili się pełnomocnicy urzędu miasta Bartosz Przeciechowski i Zofia Gajewska. Jest też jedna ze spadkobierczyń dawnych właścicieli Barbara Karaś. Nie stawił się za to Marek M. - Jest jego adwokat - oświadczył Jaki.

Kamienica przy Hożej
Artur Węgrzynowicz, tvnwarszawa.pl

Marek M. nabył roszczenia do połowy Hożej 25a za 500 złotych od jednej ze spadkobierczyń dawnych właścicieli. W 2008 roku uzyskał od miasta prawa do tej nieruchomości, wraz z drugą 85-letnią spadkobierczynią, od której potem odkupił jej udział za 50 złotych. Otrzymał też pozytywną decyzję zwrotową w sprawie sąsiedniej kamienicy, pod numerem 50. Ta nie jest jednak prawomocna.

Nowe zarzuty dla byłych urzędników

Jakub R. jest jednym z byłych urzędników, którzy w czwartek usłyszeli nowe zarzuty - właśnie za zwrot Hożej. O sprawie poinformowała w czwartek rano Prokuratura Krajowa. Oprócz R. zarzuty usłyszeli również: Mariusz P., Gertruda F. i Jacek W. - byli urzędnicy Biura Gospodarki Nieruchomościami, radca prawny Jerzy M, który w przeszłości pełnił funkcję koordynatora samodzielnego wieloosobowego stanowiska pracy radców prawnych Biura Gospodarki Nieruchomościami, a także Jacek W. - również urzędnik i specjalista.

"Prokuratura zarzuca urzędnikom stołecznego ratusza niedopełnienie ciążących na nich obowiązków i dopuszczenie do wydania korzystnych dla określonych osób decyzji dotyczącej prestiżowej nieruchomości położonej w centrum Warszawy przy ulicy Hożej 25" - czytamy w komunikacie śledczych.

KOMISJA W SPRAWIE KAMIENICY PRZY NABIELAKA:

Główne zdjęcie: Marcin Obara / PAP

"Moja mama nie czuła się bezpiecznie we własnym domu""Fakty" TVN
wideo 2/8

Karolina Wiśniewska

ran/mś/pm