"Ludzie zakrwawieni jak befsztyki". Powstańcy wspominają wybuch "czołgu-pułapki"

Warszawa

Tak wyglądał pojazd mina Sd.Kfz.301 | wikipedia
Wrak pojazdu miny na ulicy Kilińskiego | wikipedia
Miejsce pamięci przy ul. Kilińskiego | wikipedia
Wrak pojazdu miny na ulicy Kilińskiego | wikipedia
Tak wyglądał pojazd mina Sd.Kfz.301 | wikipedia
Wrak pojazdu miny na ulicy Kilińskiego | wikipedia
Miejsce pamięci przy ul. Kilińskiego | wikipedia
Wrak pojazdu miny na ulicy Kilińskiego | wikipedia
Tak wyglądał pojazd mina Sd.Kfz.301 | wikipedia
Wrak pojazdu miny na ulicy Kilińskiego | wikipedia

O maszynie przez lata mówiło się "czołg-pułapka", ale historycy mają wątpliwości, czy rzeczywiście nią była. Nie ulega jednak kwestii, że wybuch na Starym Mieście był jednym z najtragiczniejszych wydarzeń Powstania Warszawskiego. Euforię powstańców po zdobyciu niemieckiej tankietki przerwał straszliwy huk. Zginęło kilkaset osób. Dziś mija dokładnie 70 lat od tamtych tragicznych wydarzeń.

Kapral Witold Piasecki "Wiktor" z batalionu "Gustaw" od rana obserwował ruchy po stronie niemieckiej.

- Przed dziewiątą wyruszyły dwa czołgi typu Panzer-IV, najpierw zaczęły strzelać w kierunku Świętojańskiej, natomiast potem skręciły trochę i oddały strzał w kierunku Podwala, bronionego przez kompanię harcerską. Czołgi jechały w tym kierunku, szykując się do ataku i nasi żołnierze zrobili to, co było najlepsze w takich sytuacjach – kontratak - wspominał powstaniec w wywiadzie dla Archiwum Historii Mówionej.

Obawiali się podstępu

Powstańcy, kryjący się po gruzowiskach, wysunęli się przed barykadę, żeby obrzucić czołgi butelkami zapalającymi. Maszyny zatrzymały się. Nagle wyjechał zza nich niewielki pojazd opancerzony. Tankietka dostała butelkami i stanęła w ogniu. Ku zdziwieniu powstańców, pozostałe czołgi cofnęły się, nie kontynuując ataku. Tankietka została przed barykadą, wyskoczyło z niej i uciekło dwóch Niemców. Polacy ugasili pojazd piaskiem.

- To jest podejrzane, bardzo mi się to nie podoba, będziesz musiał to zbadać pod osłoną nocy – z takim poleceniem zwrócił się do "Wiktora" dowódca batalionu "Gustaw". Piasecki sam nie miał pewności, czy wycofanie się Niemców nie jest podstępem.

- Niemcy byli słynni z wszelkiego rodzaju kombinowanych zapalników czasowych, wstrząsowych, bardzo różnych, nie mówię już o radiowym, tym bardziej, że tam było radio. Oględziny wewnętrzne nie pokazały, że jest jakiś materiał wybuchowy, ale pod tym radiem mogło się coś kryć – wspominał po latach.

Chwilowa euforia...

Zanim zapadła noc, pojazd przejęła inna grupa powstańców, powołując się na rzekome rozkazy dowódców. Uruchomili maszynę i szybko otoczył ją wiwatujący tłum.

Sanitariuszka Maria Ziaja "Arjana" stała na Podwalu od strony ulicy Wąski Dunaj. Zapamiętała, że na "czołgu" jechało pięciu chłopców, a przed nimi biegł inny z polską flaga w ręku i krzyczał: "Zwycięstwo! Zwycięstwo!".

Wieść o zdobyczy bardzo szybko się rozeszła po okolicy. Dotarła też do kwatery na rogu Długiej i Podwala. - W pewnym momencie wpadł kolega i wykrzyczał, że nasi zdobyli czołg – wspominał Bogumił Dąbrowski "War" z batalionu "Łukasiński".

Na Podwale wrócił również kapral Piasecki, który miał w nocy sprawdzać pojazd. – Zobaczyłem "górkę" ludzi, nad którą powiewał sztandar, ta "górka" się przesuwała. To był właśnie czołg. Słyszę: "Czołg, czołg zdobyty!". Na tym czołgu, przy sztandarze, czarne zawadiackie berety kompanii motorowej "Młot". Okazuje się, że to zadanie, które mogło być najważniejszym zadaniem mojej służby, widocznie wykonał ktoś inny i czołg jedzie już na bazę - opowiadał powstaniec.

CZYTAJ TEŻ: MUZYCZNIE WSPOMNIENIE KRWAWEGO EPIZODU.

...przed wielką tragedią

Piasecki przeszedł kilka metrów od maszyny i ogarnęło go dziwne przeczucie. - Ta piękna pogoda, ta absolutna cisza ze strony niemieckiej i entuzjazm tłumu, gęstego tłumu, w którym oczywiście przeważała ludność cywilna, ale było trochę również rozbudzonych ze snu żołnierzy, którzy wypoczywali po rannej służbie. Czułem nieprawdopodobne zagrożenie – wspominał.

"Wiktor" ruszył w kierunku swojej kwatery przy Kilińskiego 3. Kiedy mijał bramę, poczuł silny podmuch, który odrzucił go w głąb podwórka. Kiedy zdołał się podnieść usłyszał krzyk "Czołg wybuchł!".

- Wybuch spowodował popękanie szyb w oknach, które się powbijały jak szpilki w oczy i w twarz. Zupełnie jak igły były opiłki tego szkła. Ci ludzie szli, ręce rozczapierzone, nic nie widzieli, zakrwawieni jak befsztyki – opowiadała po latach sanitariuszka Maria Jaskólska "Źródłowska".

Kto dał rozkaz?

Pojazd okazał się transporterem ładunków. We wnętrzu było 500 kilogramów materiałów wybuchowych. Bilans eksplozji był tragiczny - zginęło ponad 300 osób, powstańców i cywili.

- Nie zastosowano żadnych zabezpieczeń i podjęta została decyzja. Nikt nie wie do dzisiejszego dnia, kto dał polecenie czy rozkaz, żeby czołg odprowadzić w głąb Starego Miasta – mówił kapral Maciej Nasierowski "Brzoza".

Wybuch przez lata interpretowany był jako symbol niemieckiej bezwzględności, podstępnej i niehonorowej walki.

– Tymczasem sprawa wygląda bardziej prozaicznie - twierdzi dr Janusza Marszalec, wicedyrektor Muzeum II Wojny Światowej i przekonuje, że tragedia była wynikiem błędu powstańców, a czołg nie był zastawioną z premedytacją pułapką. - Do dzisiaj tak naprawdę nie wiadomo, kto podjął decyzję o wpuszczeniu czołgu za barykadę, powodując jedno z najtragiczniejszych w skutkach wydarzeń, do których doszło w Powstaniu Warszawskim - podsumowuje historyk.

Korzystałem z Archiwum Historii Mówionej Muzeum Powstania Warszawskiego.

bf/b

Powstańcy wspominali w TVN24 walkę w okupowanej Warszawie
TVN 24