Korona dopadła Legię. Mistrz pokonany

Warszawa

Znalazł się mocny na Legię, która kroczyła ostatnio od zwycięstwa do zwycięstwa. To ambitny zespół Korony, który pokonał w Kielcach mistrzów Polski po emocjonującym meczu 3:2.

Legia przyjechała w glorii lidera. Prowadzenie w tabeli objęła w poprzedniej kolejce, gdy pokonała u siebie piłkarzy Górnika, którzy dotąd przewodzili ligowej stawce. Zmiana trenera pomogła. Romeo Jozak uporządkował grę mistrzów, przyszło pięć kolejnych zwycięstw. Szóstego nie było, zwycięską passę przerwała Korona.

Legia miała jakość, ale gospodarze nadrabiali niekończącymi się pokładami ambicji. Mistrzowie szybko, bo w drugiej minucie, objęli prowadzenie. Popisową akcję zaczął Guilherme, za chwilę dośrodkował Kasper Hamalainen i Jarosław Niezgoda zrobił to, co do niego należało.

Gospodarzy to nie podłamało. Więcej - oni za wszelką cenę chcieli odrobić straty. Byli blisko, ale na ich drodze stawał Arkadiusz Malarz, który jakimś cudem bronił strzały Adnana Kovacevicia czy wtedy, gdy niefortunnie interweniował obrońca Legii Inaki Astiz.

Malarz już nie pomógł

Korona dopięła swego pod koniec pierwszej połowy. Malarz już wtedy nie pomógł. W trzy minuty wstrząsnęła Legią, w obu przypadkach bardzo podobnie - wycofanie piłki spod linii końcowej na dziesiąty metr i strzał. Najpierw trafił Włoch Elia Soriano, za chwilę Ken Kallaste. W tym drugim przypadku było dużo wątpliwości, ale nawet powtórki nie rozstrzygnęły, czy Soriano był na spalonym. W każdym razie sędzia gola uznał.

Gdyby ktoś chciał zareklamować polską ligę, to powinien pokazać ten mecz. Cios za cios, akcja za akcję. Naprawdę działo się w Kielcach.

Decydujący cios

Legia za chwilę straciła mózg i płuca w jednym, czyli Guilherme, bo ten musiał opuścić boisko z powodu kontuzji. Ale mistrzowie jeszcze się podnieśli. Podanie od Cristiana Pasquato, który zastąpił Brazylijczyka, wykończył Kasper Hamalainen. Było 2:2.

Za chwilę i Fin musiał zejść z boiska, kolejny legionista, który nie wytrzymał starcia z charakternymi kielczanami. Mistrzowie prowadzili grę, ale to do Korony należało ostatnie słowo. Konkretnie do Jacka Kiełba, który wszedł na boisko w drugiej połowie.

twis/sport.tvn24.pl