Kazik: nie chodzę na marsze KOD-u

Warszawa

Mateusz Szmelter, tvnwarszawa.plKazik o ostatnim koncercie KNŻ

Ukazanie się koncertowego albumu zespołu Kazik na Żywo "Ostatni koncert w mieście", to jeden z ostatnich akcentów działalności tego warszawsko-poznańskiego zespołu. O KNŻ a także o jego refleksjach na temat sytuacji w Polsce rozmawiamy z Kazikiem Staszewskim.

KNŻ zagra jeszcze jeden koncert na Cieszanów Rock Festiwal - 19 sierpnia. Potem formacja ma na zawsze zejść ze sceny kończąc swoją 25-letnią historię.

KNŻ było projektem, w którym z rapującym Kazikiem Staszewskim zderzyła się surowa energia rocka: ostre riffy gitar i mocna sekcja rytmiczna. Choć w składzie byli wytrawni instrumentaliści, to zawsze grali prosto, bez solówek i zbędnych ozdobników. Bo najważniejszy był przekaz.

Po pierwszej płycie "Na żywo, ale w studio" ustalił się skład formacji: Kazik Staszewski - wokal, Adam "Burza" Burzyński - gitara, Michał "Kwiatek" Kwiatkowski - bass, Tomasz Goehs - perkusja i Robert "Litza" Friedrich - gitara. Stworzyli ponadczasowe piosenki "Artyści", "Tata dilera" czy "Plamy na słońcu".

Rozpadali się już dwa razy: w 2004 i 2015 roku - wtedy postanowili pożegnać się z fanami trasą koncertową "Ostatni koncert w mieście". Wszystko wskazywało na to, że zespół przeszedł do historii polskiego rocka.

Jednak Kazik dał się namówić na kolejny koncert w Cieszanowie, bo w ciągu trzech dni wystąpi z trzema różnymi formacjami: Kult, KNŻ oraz Kazik Staszewski i Kwartet ProForma. Najnowszym projektem, z którym nagra płytę "Tata Kazika 3".

Kazik Staszewski
Konrad Jaraszek

Alex Kłoś: Czy to ostatni koncert KNŻ, czy może raczej jedyny koncert KNŻ w 2016 roku?

Kazik Staszewski: Na dziś i na teraz mogę z pełnym przekonaniem powiedzieć, że jest to koncert ostatni, ale zarazem jedyny w 2016 roku. Ten koncert jest wydarzeniem, które troszeczkę narusza logikę jaką założyliśmy, ale dyrektor artystyczny Cieszanów Rock Festiwal Artur Tylmanowski był bardzo zdeterminowany, żeby dopiąć swego, więc się udało.

Wasza logika zakłada nieodwołalny koniec zespołu?

Tak. Decyzja została podjęta jeszcze przed edycją trasy "Ostatni koncert w mieście".

Co zadecydowało?

Nie za bardzo nam się układało jeśli chodzi o robienie nowego materiału.

Ale zaczęliście go przecież robić...

Ale można powiedzieć, że to były miłe złego początki. Wyjechaliśmy do Litzy do Puszczykowa i zrobiliśmy cztery numery. Moje odczucia były takie, że on werbalnie bardzo naciskał, żeby robić ten nowy materiał i działać, natomiast język ciała mówił zdecydowanie co innego. Był "wiecznie nieobecny" podczas nagrywania nowych numerów. W końcu poprosiłem go o szczerość i zapytałem: czy ma ochotę, żeby ten zespół istniał dalej?

Dlaczego o losach zespołu miał zadecydować Litza?

Przy drugiej reaktywacji przyjęliśmy ścisłe założenia, że skład jest niezmienny. Wyszliśmy z założenia, że jest to jakość złożona z pięciu osobowości i sztukowanie tego, to ostania rzecz jaką bym chciał zrobić. Litza odpowiedział, że nie ma ochoty dalej się bawić w KNŻ. Co ja, muszę przyznać, doskonale rozumiem. Nie mam do niego absolutnie żadnej pretensji, ponieważ Robert jest człowiekiem absolutnie nadaktywnym. Ja to jestem rozlazłym ciućmokiem przy nim. Ma tych zespołów całą masę oprócz KNŻ i było jasne, że to nie jest dla niego najważniejszy projekt. Rozumiem go po dwakroć, bo dla mnie KNŻ też nie jest najważniejszym zespołem.

Po wydaniu Twojej pierwszej solowej płyty zapytałem czy zamierzasz założyć zespół, z którym będziesz rapował. Odpowiedziałeś, że nie. Dlaczego zmieniłeś zdanie?

Panuje przekonanie, że wszystkie projekty, w których biorę udział, to są moje pomysły. Otóż nie, oprócz Kultu, żaden z zespołów nie jest moim pomysłem. Najczęściej podczepiam się pod coś, co brzmi dla mnie interesująco. Tak na przykład było z moją działalnością solową. To Jacek Kufirski się do mnie zgłosił i zaproponował, że może byśmy spróbowali jakieś demo zrobić.

Chodziło o rap. Muzykę, której nikt wtedy jeszcze w Polsce nie robił.

Coś na kształt rapu, bo jeszcze hip-hop się nie mówiło na to. Odpowiedziałem, że spróbujemy. I z tego wyszła pierwsza płyta "Spalam się". Tak samo było z KNŻ. Byłem w Ogrodzie Saskim z dziećmi i przyszedł Michał Kwiatkowski. Nie wiem, czy specjalnie, czy przypadkiem. Zapytał, czy jestem zainteresowany tym, żeby zrobić koncertowe, gitarowe wersje piosenek ze "Spalam się". Ja nie grałem tego materiału na koncertach, to co powiedział zabrzmiało interesująco, a poza tym, byłem świeżo po epokowym odkryciu. Do pewnego momentu byłem przekonany, że hip hop i rap można tworzyć tylko na bazie funky. Bo takie faktycznie było wcześniejsze podejście. No, ale nagle usłyszałem Beastie Boys i usłyszałem kawałek "Walk This Way" nagrany wspólnie przez RUN DMC i Aerosmith. To otworzyło mi oczy, że rap z rockiem jak najbardziej. Wkrótce też pojawił się numer "Bring the Noise" nagrany przez rapowe Public Enemy z thrash metalowym Antraxem i rockowo hip-hopowa ścieżka dźwiękowa do filmu "Judgment Night".

Popularny był rapowo metalowy Boudy Count z raperem Ice T.

Ja ich nie słuchałem. Natomiast najważniejsze było Rage Against The Machine. Bo rzeczy, o których powiedziałem przed chwilą miały incydentalny charakter, a oni zrobili z tego swoją formułę, swój znak rozpoznawczy. Też tak chciałem i dlatego pomysł Kwiatkowskiego trafił na dobry moment. Chciałem śpiewać, a może raczej skandować rzeczy, które w prostej linii wychodzą od hip hopu i robić to na tle żywej, istniejącej kapeli.

Wróćmy do Twojej pierwszej płyty, którą nagrałeś z Jackiem Kufirskim. Czy legendarne już "Spalam się" ma szansę na wznowienie?

Nie ma na to szansy. Wtedy nikt nie interesował się takimi rzeczami jak pytanie o zgodę na wykorzystanie czyjś dźwięków do sampli. Dziś jest to dużo bardziej uporządkowane. Ale wtedy każdy brał, co chciał. My takiej zgody chociażby od AC/DC nie otrzymaliśmy. Był nawet taki pomysł, żeby zagrać gitary, które będą takie same jak te wykorzystane do sampli, ale nie poszedłem za tym.

Dlaczego, przecież chodzi nie o całe riffy, a proste dźwięki?

Nie zgodziłem się na to, bo ta płyta, choć jest taka pomnikowa, to jednak śmiesznie brzmi w dzisiejszych czasach. Jest mocno nieporadna. Ale to właśnie ta nieporadność jest jej siłą. Ta płyta jest na maksa szczera, zarówno jeśli chodzi o stronę muzyczną, nad którą czuwali Jacek Kufirski, SzPEnio [Piotr Strembicki – red.] i świętej pamięci Wojtek Przybylski, jak i stronę tekstowo-wokalową. Nie ma co przy tym grzebać.

Kiedy ukazał się ten album byłeś promowany jako Najlepszy Raper Wschodu.

Niestety Marek Kościkiewicz wymyślił takie hasło. Tylko on był zainteresowany wydaniem tej płyty. To dobrze świadczy o jego nosie. Inni odrzucali materiał mówiąc, że to jest słabe. On jedyny dostrzegł potencjał, ale przy okazji, niestety, też wymyślił te irytujące określenie.

Co było nie tak w tej ksywce?

Nie utożsamiam się z nią, bo choć były w tamtej muzyce mocne inspiracje rapem, zarówno muzyczne jak i wokalne, ale to nie był czysty rap. Są piosenki, które są rapowe, ale jest też trochę normalnych, śpiewanych.

Co było najfajniejsze w KNŻ?

Najfajniejsze były koncerty. Jestem absolutnie przekonany, że przez dłuższy czas byliśmy najlepszą koncertową propozycją w kraju. To się pokrywało z opiniami amerykanów. Graliśmy kilkakrotnie w Stanach. Dla Polonii, ale obsługa techniczna była miejscowa. Oni byli pod ogromnym wrażeniem tego, że taki stuff można robić przez dwie i pół godziny. Bo tyle to trwało z bisami. Rage Against The Machine grało na Torwarze godzinę dwadzieścia, tak samo Linkin Park czy Red Hot Chili Peppers. Tylko tyle i szlus, bo więcej się nie da. A myśmy dawali radę.

Kiedy zespół zaczął tworzyć swoją muzykę?

To zaczęło się po dojściu frakcji poznańskiej, czyli Tomka Goehsa i Litzy. Wtedy to zaczął być naprawdę pełnoprawnie brzmiący zespół. Kiedy graliśmy jeszcze tylko przeróbki moich piosenek, po tym jak zagraliśmy na Torwarze przed Rage Against The Machine zapytałem Wojtka Przybielskiego, który był dla mnie ogromnym profesjonalnym autorytetem, o to, czy jest jakieś w ogóle porównanie między nami i nimi? Zaśmiał się i powiedział: bez przesady, jakie porównanie? W rok potem, gdy grali już Tomek i Litza, to on nie pytany powiedział: wiesz, co? Teraz jakieś tam dalekie porównanie już jest (śmiech).

KNŻ miało dwie bardzo mocne osobowości sceniczne. Litza był kimś w rodzaju wicelidera?

Tak. Wielką zaletą tego zespołu było to, że nie tylko ja zwracałem na siebie uwagę. Litza był drugim filarem, nazwijmy to wiceszefem. Ale, co bardzo ważne, wewnątrz kapeli wyglądało to całkiem inaczej, bo nie był już takim wiceszefem. I to, na pewno, było jednym z powodów, z których żeśmy się jednak rozeszli, bo Robert jest zupełnie nienawykły do sytuacji, w której nie dzieli i nie rządzi w kapeli. Bo jeżeli chodzi o to, co się działo wewnątrz zespołu, to oczywiście Burza był osobą, która decydowała o jakości i wartości tego, co robiliśmy. Natomiast Burza na scenie nie jest, oczywiście, taką osobowością jak Litza. Jest absolutnie świetnym gitarzystą i w doskonały sposób się tego nauczył, ale Robert się urodził gitarzystą i charyzmatykiem zarazem.

Koncertowy album "Ostatni koncert w mieście" promuje singiel "Legenda ludowa". Dlaczego akurat ta piosenka?

Bo to bardzo fajna piosenka i nigdy nie była na singlu. No i to jest moja kompozycja! Wzorowałem się na zespole Killing Joke. Tak w ogóle to uważam, że kompletną bzdurą jest promowanie płyty koncertowej singlem, ale taka była decyzja firmy, więc z dwojga złego wybrałem ten numer.

Tekst "Legendy ludowej" wpisuje się w aktualną sytuację w Polsce.

Ten tekst był inspirowany starym filmem Waldemara Krzystka "Ostatni prom" i taką pierwszą falą emigracyjną, w tak zwanej wolnej Polsce. To jest historia dotycząca po części stanu wojennego (lecz naturalnie nie tylko), ale generalnie o niewesołej sytuacji, kiedy pewne rzeczy nam znikają i mamy możliwość różnych wyborów, z których jednym jest oddalenie się.

Kazik o polityce

Jakie to słowa ma dziś znaczenie?

Oddalmy się od siebie. I jest to pęknięcie, które przybiera coraz bardziej radykalne formy. Jestem mocno wątpiący, czy to się jeszcze za mojego życia uporządkuje. Ponieważ takie pęknięcia mają to do siebie, że na początku wyglądają może niegroźnie, a potem przybierają jakieś ekstremalne rozmiary i trwają, trwają, trwają… A co to tekstu mojej piosenki, to okazał się on być w pewnym sensie proroczy, bo mamy pęknięcie coraz szersze i analogiczne do pęknięcia w Hiszpanii, które się smrodzi od lat 20.

Korzenie naszego pęknięcia także sięgaj tamtych czasów.

Był podział na piłsudczyków i endecję. Przybierało to momentami radykalną formę, bo zamykali się do więzień, ale dla zwykłych ludzi nie było to zbyt odczuwalne. Teraz te podziały przebiegają przez rodziny, byłych przyjaciół. I to jest smutne. To, że generuje to konflikty na poziomie indywidualnym, bardzo bliskich interakcji.

Chodzisz na marsze KOD?

Nie chodzę. Dlatego, że przeważnie mam koncerty w soboty (śmiech). Nie pociągają mnie hasła. Wyczuwam tu pewnego rodzaju niekonsekwencje. Tuż przed ostatnimi wyborami do parlamentu udzieliłem wywiadu do "GW". Wywiad się nie ukazał, bo się chyba szybko zdezaktualizował. Zadano mi pytanie jak można tolerować przeciwnika politycznego, który nie zgadza się z demokratycznym mechanizmem i wyprowadza ludzi na ulicę. Chodziło o wyprowadzanie ludzi na ulicę przez PiS. Teraz mamy sytuację odwrotną i narracja zmieniła się o 180 stopni.

Jestem niechętny obecnej władzy, tak samo jak byłem niechętny poprzedniej i generalnie uważam, że przez ostatnie 27 lat nie było w Polsce partii, która myślała propaństwowo. To jest przez cały czas ten sam sposób sprawowania władzy, który prezes Kaczyński swego czasu określił jako: "teraz kurwa my!". Najpierw synekury, stanowiska, a jakieś myślenie na dalszy horyzont nie istnieje. Wszystko jest takie bardzo doraźne i czasem jedynie chwytane na potrzeby podlizania się ewentualnym wyborcom.

Wiele ludzi boi się tego, że wybuchnie wojna? A Ty?

Blisko jest wojny. I też trochę się obawiam. Rozmawiałem z człowiekiem, który pracował w MON. Powiedział, że Polska jest praktycznie bezbronna. Szanse mielibyśmy tylko z Litwą i Słowacją. Białoruś doszłaby do Odry w dwa dni. A poza tym wszędzie się robi niebezpiecznie. Jestem pełen obaw, że we Francji nie odbędą się mistrzostwa Europy w piłce nożnej. Na Ukrainie przez cały czas coś się tli, a to jest u wrót domu naszego.

Jak się czujesz po 36 latach grania rock’n’rolla?

Ja się czuję dobrze. To jest naprawdę wspaniale zajęcie. Andrzej Stasiuk kiedyś napisał, że każdy młody chłopak chce grać w kapeli rockowej. Więc czuję się dobrze, bo jest to spełnienie moich wszelkich emocji, pragnień. Nigdy nic innego nie chciałem robić. A do tego jeszcze mogę się z tego utrzymać. To jest, po prostu, komfort.

Masz aparaty słuchowe.

Niestety. Jedyny koszt jaki poniosłem, to utrata słuchu. Na tyle przeszkadzająca, że bez tych aparatów byśmy nie pogadali. Ala na koncerty nie muszę ich używać.

KNŻ to kipiące energia
Konrad Jaraszek

Rozmawiał Alex Kłoś