"Jestem przeciwnikiem jedynek. To też porażka nauczyciela"

Warszawa

TVN24Szkoła bez prac domowych

- Praca domowa powinna być dostosowana do indywidualnych potrzeb ucznia, nie może być jednakowa dla każdego - twierdzi dyrektor SP 323 na Ursynowie. Od kilku lat zaleca nauczycielom, żeby za jej nieodrobienie nie stawiali jedynek albo całkowicie z niej zrezygnowali. Jednych rodziców to zachwyciło, innych zmartwiło.

Zamiast czerwonego długopisu - zielony. Zamiast wytykania błędów, wskazywanie tego, co dobre. Samoocena, ale i ocenianie kolegów. I najważniejsze - brak prac domowych. O nietypowej podstawówce na Hirszfelda, która jako pierwsza z publicznych placówek w Warszawie wprowadziła ideę "Budzącej się szkoły", pisaliśmy na tvnwarszawa.pl już dwa lata temu. Jednak jeszcze przed wakacjami warszawskie media - powołując się na kuratorium oświaty - podawały, że dyrektor placówki wycofuje się z projektu, ponieważ okazał się klapą.

Czy do szkoły wrócą stare zasady? I na czym tak naprawdę polegał projekt? O tym rozmawiamy z Wiolettą Krzyżanowską, dyrektor Szkoły Podstawowej nr 323 na Ursynowie.

Klaudia Ziółkowska: O pani szkole mówi się jako o tej, w której zrezygnowano z prac domowych.

Wioletta Krzyżanowska: To prawda, choć należy się przy tej okazji kilka słów wyjaśnienia.

Wdrażając innowację w szkole, podjęliśmy wspólnie z nauczycielami cały szereg kompleksowych działań, których celem było odejście od tradycyjnego modelu nauczania dziecka. Dla mnie najważniejsze było i jest dostrzeganie w całym systemie jego najistotniejszego elementu, jakim jest dziecko. To, że uczeń czasem nie odrobi pracy domowej, bardzo często nie wynika z tego, że mu się nie chce. Tylko dlatego, że na przykład w domu nie ma odpowiednich warunków, że mama i tata się pokłócili albo po prostu miał za dużo do zrobienia i nie zdążył ze wszystkim. Chciałam, żebyśmy spojrzeli na dziecko z jego strony.

Wiotetta Krzyżanowska
archiwum prywatne

W pilotażu rzeczywiście na dwa miesiące zupełnie zrezygnowaliśmy z prac domowych, ale to wzbudziło wśród niektórych rodziców niepokój.

Dlaczego?

Niektórzy rodzice stwierdzili, że bez zadawanych prac domowych, nie są w stanie kontrolować postępów w nauczaniu swojego dziecka. Wtedy wprowadziliśmy element umowy miedzy nauczycielem a rodzicami. Zaproponowaliśmy, żeby rodzice uzgodnili z nauczycielem, w jakim zakresie prace domowe będą zadawane.

W ciągu dwóch lat proces zmian edukacyjnych ewaluował. Wprowadziliśmy tak zwane tygodniówki. Nauczyciel zadawał opracowany przez niego zestaw zadań, a uczniowie mieli czas, żeby w dogodnym dla siebie terminie tygodniówki zrobić. Praca w domu zaczęła wyglądać zdecydowanie inaczej. Ponadto zrezygnowaliśmy z obowiązku, że każdy musi je wykonać. Nie stawialiśmy jedynek za brak pracy domowej.

Zadaniem nauczyciela było zachęcać do nauki i do wykonania pracy domowej. Zaplanować i przeprowadzić ciekawy projekt, do którego uczniowie przygotują materiały informacyjne.

Jak wyglądają wspomniane przez panią "tygodniówki"?

Praca domowa powinna być dostosowana do indywidualnych potrzeb ucznia, nie może być jednakowa. Są dzieci, które nie są w stanie nauczyć się np. tabliczki mnożenia. Nauczyciel powinien to zrozumieć.

Nie chcieliśmy, żeby proces odrabiania prac domowych przebiegał w atmosferze awantury w domu. "Bo jest godzina 22, a ty jeszcze nie masz tego, czy tamtego zrobionego". Wolałabym, żeby rodzice z dziećmi decydowali, co robią dziś, a co jutro. To również wymaga zmiany w myśleniu rodziców.

W szkole na Ursynowie zrezygnowali z prac domowych
TVN24

W Skandynawii szkoły bez prac domowych są standardem.

Odwoływaliśmy się do fińskiej szkoły, gdzie prace domowe są zadawane, ale w innej formie. To zadanie, które dzieci potrafią samodzielnie wykonać w domu. Krótkie, na 10-15 minut, nie opasłe, wielogodzinne siedzenie nad lekcjami, jak często bywa u nas.

To zupełnie inny model nauczania. W Finlandii odchodzi się od rywalizacji, na rzecz nauczania problemowego. Dzieci piszą jeden egzamin w wieku 16 lat. Tam społeczeństwo ma wielkie zaufanie do szkoły, do nauczyciela.

Dodatkowo w fińskiej szkole jest ogromny nacisk na to, żeby od samego początku uczyć dzieci odpowiedzialności za siebie samego. Sporadyczne jest, że rodzice odwożą dzieci do szkoły. Tam dzieci same dojeżdżają do szkoły, na stołówce nakładają sobie same pełen obiad. U nas zazwyczaj dziecko dostaje wszystko przygotowane na talerzu.

W takim razie jakie innowacje wprowadzone są w pani szkole, żeby nie było " jak wszędzie"? Słyszałam o metodzie zielonego ołówka, na czym polega?

Małym nakładem pracy, ale z kolei dużą zmianą myślenia, metoda "zielonego ołówka" pozwoli nam spojrzeć na dziecko inaczej. Nauczyciel zaznacza na zielono to, co uczeń zrobił dobrze. Błędy pojawiające się w pracy nie były zaznaczone.

To skąd uczeń wiedział, co zrobił źle, nad czym musi popracować?

Zadaniem nauczyciela było napisanie informacji zwrotnej. To pokazywało mocne strony dziecka i ewentualne braki do poprawienia. Zdaję sobie sprawę, że to wymaga zaangażowania od nauczycieli, ale według mnie, jeżeli ktoś chce uczyć dzieci, to na tym między innymi polega trudna sztuka nauczania.

Czyli ważna jest informacja zwrotna?

Informacja zwrotna jest niezbędna. Uczeń musi dostać konstruktywną informację od nauczyciela zarówno na sprawdzianie jak i w codziennej pracy. Pisemnie lub ustnie. Dzięki temu uczeń ma świadomość, czego się nauczył, a nad czym, i w jaki sposób, ma jeszcze popracować. Sama ocena w formie cyfry nie wystarczy, musi być komentarz, pochwała lub zachęta.

Uczniowie dostawali też od nauczycieli tak zwane "światełka". Na czym to polegało?

Na ławce przy każdym uczniu leżały trzy kartoniki w kolorach zielonym, żółtym i czerwonym. Nauczyciel dawał do wykonania jakieś zadanie. Jeśli dziecko pokazywało kartonik w kolorze zielonym, sygnalizowało w ten sposób, że wszystko rozumie. Żółty oznaczał, że potrzebuje pomocy, a czerwony: mam duży kłopot, nie rozumiem.

Nie było problemu z tym, żeby uczniowie przyznali się, że nie zrozumieli czegoś. Nie wstydzili się przed kolegami?

Nie, jedynie w szóstych i siódmych klasach zrezygnowaliśmy z tego rozwiązania. Dla starszych uczniów światełka były zbyt dziecinne.

A jak wygląda pytanie uczniów na lekcjach. Słyszałam, że nauczyciele losują dzieci do odpowiedzi?

Nauczyciele posiadają patyczki, takie do badania gardła. Na nich wypisują imiona i nazwiska dzieci. Uczniowie są losowani do odpowiedzi za pomocą patyczków. Dlaczego? Po to by, każdy uczeń skupiał się na lekcji, żeby wiedział, że może być zapytany. Żeby nie zawsze pytać tylko tych, którzy wyrywają się do odpowiedzi. Wszyscy są wówczas sprawiedliwie traktowani.

Co kryje się pod nazwą NACOBEZU?

Podczas zajęć lub przygotowując się do realizacji zadania bądź sprawdzianu nauczyciele przedstawiają uczniom tzw. kryteria sukcesu - NACOBEZU czyli na co będą zwracać uwagę przy ocenianiu. Są to bardzo konkretne informacje, o tym co uczeń powinien wykonać, aby dostać najwyższą ocenę. Z tym też wiąże się kolejny wprowadzony przez nas element - ocena koleżeńska.

Czyli?

Uczniowie oceniali pracę swoich kolegów, stosując się do wcześniej podanego NACOBEZU przez nauczyciela.

W tym roku kuratorium przeprowadziło kontrolę pani placówki. Większość uczniów na pytania o ocenianie kolegów odpowiedziała, że nie lubi tego robić.

To trudne narzędzie. Nie w każdej klasie zostało wprowadzone odpowiednio, ale to nie znaczy, że należy z niego rezygnować.

Chodzi o to, żeby móc rozmawiać z drugim człowiekiem nawet wtedy, kiedy różnimy się co do poglądów. Uczeń powinien nauczyć się w sposób spokojny, zgodnie z podanymi wcześniej kryteriami powiedzieć: to zrobiłeś dobrze, a tu jeszcze popracuj. To kształtuje w ludziach umiejętność dialogu.

To ma też drugą stronę medalu. Osoba oceniana powinna tę krytykę przyjąć, powiedzieć: przyjmuję uwagi do wiadomości, popracuję nad nimi. To uczy konstruktywnej krytyki, a tego uczymy się przez całe życie. Trudno więc, żeby dzieci to od razu polubiły. Tym bardziej wtedy, kiedy uczą się tej umiejętności tylko w szkole, a nie również poza nią. Uważam, to za bardzo ważne i potrzebne.

Dzieci o zmianach w szkole
Mateusz Szmetler, tvnwarszawa.pl

Są elementy, z których pani w nowym roku szkolnym zrezygnuje?

Zrezygnujemy z obowiązkowego czasomierza, czyli wyznaczania czasu na wykonanie danego ćwiczenia.Okazuje się, że nie dla wszystkich dzieci jest to dobre rozwiązanie.

My innowację planowaliśmy na szkołę 6-letnią. Pamiętam swój ogromny entuzjazm, kiedy powiedziano, że nie będzie egzaminu po szkole podstawowej. Wreszcie mogliśmy uczyć dzieci dla samej sztuki uczenia i nauczania, skupić się na procesie dydaktycznym, a nie uczyć dzieci pod wynik na sprawdzianie, pod statystykę. To był dla nas powiew świeżego powietrza. Ale teraz dzieci w 8. klasie zmierzą się z egzaminem ósmoklasisty, więc wiele musimy dostosować do nowej rzeczywistości.

Co się zmieni w starszych klasach?

W starszych klasach nauczyciele będą zlecać prace domowe, ale bez stawiania jedynek za ich brak. Jako pedagog jestem zdecydowanym przeciwnikiem stawiania jedynek w ocenianiu bieżącym jak i rocznym, czyli pozostawianiem ucznia na drugi rok w tej samej klasie. Ocena niedostateczna dla ucznia jest również porażką nauczyciela.

Co z zajęciami praktycznymi?

Moim zdaniem każda sfera nauczania jest ważna, zarówno chór, zajęcia plastyczne czy wolontariat. Takie też mam doświadczenia ze swoimi dziećmi. Mojej córce mylą się daty poszczególnych wojen, natomiast synowi epoki literackie. Ich to w ogóle nie interesuje, a swoje pasje rozwijają na studiach wyższych. Córka studiuje grafikę na ASP i może opowiedzieć o każdej wystawie w Zachęcie, a syn chemię na studiach wojskowych. I o to chodzi w edukacji, żebyśmy wyłapywali mocne strony dzieci, a nie ciągnęli te słabe, bo tak wymaga system, w którym każdy przedmiot jest najważniejszy. Wtedy mocne strony dziecka zostają gdzieś w tyle, umykają w codziennej rzeczywistości.

Jest grupa rodziców, której proponowany przez panią model edukacji nie odpowiadał.

To grupka rodziców wprowadzona w błąd poprzez brak właściwych informacji na zebraniach. Zdecydowana większość rodziców popiera wprowadzone zmiany. Są chętni do współpracy, oferują pomoc w udoskonalaniu pracy szkoły.

Jakie mieli wątpliwości?

Wyjaśniając te wątpliwości okazało się, że ci rodzice nie mieli uwag do realizowanego projektu tylko personalnie do mnie.

Mi mówili, że mają obiekcję do rezygnacji z prac domowych.

W naszej szkole prace domowe były nieobowiązkowe. Zadaniem każdego nauczyciela było przedstawić uczniom ofertę pracy w domu. Ci rodzice, którzy chcieli, aby prace były obowiązkowe dla ich dzieci, taką decyzję mogli podjąć i umówić się z nauczycielem na ich zadawanie. Jedna z mam argumentowała, że jej dziecko kształci się muzycznie i dla niej ważne jest, że obowiązkowych prac domowych nie ma, a syn może poświęcić tyle czasu, ile potrzebuje na muzykowanie.

Przeciwnicy twierdzili też, że przez brak prac domowych dzieci opuszczają się w nauce.

My takich obserwacji nie mieliśmy. Po pierwsze średnia ocen w szkole jest cały czas na podobnym poziomie. Przeprowadzaliśmy również próbne sprawdziany, których wyniki były na poziomie wysokim albo powyżej średniego.

Nam w całym procesie chodzi o to, żeby dziecko samo wiedziało, że uczy się dla siebie, żeby wykształciło w sobie wewnętrzną motywację do nauki.

Może nie wszystkich takie podejście jeszcze przekonuje.

Czy przed wdrożeniem projektu przeprowadzała pani konsultacje z nauczycielami i rodzicami?

Oczywiście. Dwa lata temu innowację należało zgłosić do kuratorium i mieć pozytywną opinię rady szkoły. Nie było wówczas żadnych wątpliwości po stronie nauczycieli czy rodziców. Odbyło się wiele spotkań, narad, konsultacji, szkoleń. Wszystkie działania objęte innowacją są zgodne z zapisami prawa oświatowego.

W ubiegłym roku szkolnym było 1145 uczniów, to daje ok. 2200 rodziców. Wśród tak licznej zbiorowości będą osoby, które mogą kwestionować sposób pracy szkoły. Ja się z tym spotkałam i zmierzyłam. Ale pomimo tego do obecnych klas pierwszych w szkole rekrutacja była największa na Ursynowie.

Zło jest krzykliwe. Bardzo łatwo znaleźć kij, żeby kogoś uderzyć. Dobro nie krzyczy, nie hałasuje, jest ciche i pracowite.

Zmiany w szkole na Ursynowie
Mateusz Szmelter, tvnwarszawa.pl

Coś trzeba poprawić?

Myślę, że poprawimy komunikację. Nie zawsze dzieci przekazywały rodzicom, że mają ofertę zadania do wykonania w domu.

W jaki sposób?

Na pewno przez usprawnienie komunikacji z rodzicami poprzez dziennik elektroniczny. Ponadto w ubiegłym roku jak i w obecnym w związku z tworzeniem ośmioletniej szkoły podstawowej przyjmowałam do pracy ponad 40 nowych nauczycieli, którzy potrzebowali kilku miesięcy, aby zapoznać się ze sposobem funkcjonowania szkoły i jej metodami. Planuję kolejne pogłębione szkolenia z oceniania kształtującego.

Łatwo jest przekonać nauczycieli, żeby trochę inaczej spojrzeli na edukację?

Najprościej było z nauczycielami klas I - III. Ci nauczyciele byli otwarci na zmiany. Mieli bardzo dużo ciekawych pomysłów. Program realizowali z ogromnym zapałem. Trudniej było z nauczycielami klas starszych. Czasem nieakceptowalny przez niektórych nauczycieli był fakt, że nie można od wszystkich uczniów wymagać jednakowo, że należy dostosować wymagania edukacyjne do indywidualnych potrzeb dziecka. Przecież każde dziecko jest inne i potrzebuje innej troski.

Nauczyciele odchodzili?

W ubiegłym roku szkolnym odeszło około dziesięciu osób na 120 zatrudnionych nauczycieli. To jest normalny ruch kadrowy. Na ich miejsce zatrudniałam kolejne osoby. W tej chwili mam pojedyncze wakaty między innymi na stanowisko wychowawcy w świetlicy lub nauczyciela wspomagającego.

Czy były osoby, które stwierdziły, że to nie szkoła dla nich?

Żaden z nauczycieli tak nie powiedział.

Były prowadzone badania w Polsce, które wykazały, że około 30 procent z nauczycieli to pasjonaci, kolejne 30 procent to rzemieślnicy, ale około 30 procent to osoby, które w ogóle nie powinny znaleźć się w tym zawodzie. To dużo.

Każda zmiana może rodzić obawy. Ja jako dyrektor szkoły mogę dużo mówić o zmianach, ale za drzwiami sali to nauczyciel odpowiada za pracę z dziećmi. Wprowadzanie zmiany spoczywa na jego barkach.

Co nauczyciele powinni zmienić, nie tylko w Pani szkole?

W szkołach najczęściej stosowaną metodą jest forma wykładu. To trzeba zmienić i zrezygnować z lekcji jako teatru jednego aktora - nauczyciela. I tutaj wracamy do roli nauczyciela, który ma dowolność w wyborze metod i za ich dobór ponosi odpowiedzialność.

W Warszawie brakuje fizyków, chemików, matematyków. Widać ogromny deficyt w tych specjalnościach. Jeśli ktoś skończył informatykę, to rzadko decyduje się na pracę w szkole. Jest coraz większy problem z pozyskaniem nauczycieli, a co dopiero mówić o pozyskaniu nauczycieli z pasją.

Jaki jest Pani cel na nowy rok szkolny?

Liczę na to, że uda nam się wypracować taki model pracy szkoły, w którym nauczyciele, uczniowie oraz rodzice będą stanowili współpracującą zbiorowość na rzecz edukacji i wychowania dzieci.

Wiem, żenie jest łatwo być dyrektorem szkoły, a jeszcze trudniej takim, który próbuje wprowadzać zmiany. ​Ale trzeba mieć pasję i wyjątkową determinację, aby dążyć do realizacji wysoko postawionych celów.

rozmawiała Klaudia Ziółkowska