Grali za głośno przedwojenne szlagiery? "Zakłócono mir rodzinny"

Warszawa

sxcGrali bez wzmacniaczy?

Proces ws. zakłócania porządku, za jaki policja uznała koncert przedwojennych szlagierów w ogródku jednej z restauracji przy Nowym Świecie w Warszawie, ruszył w poniedziałek przed stołecznym sądem. Obwinieni zawodowi muzycy nie przyznają się do winy.

Sprawa dotyczy zdarzeń z lata zeszłego roku, gdy w ogrodzie modnej restauracji na tyłach Nowego Światu kolejny koncert grał pięcioosobowy zespół ubranych w smokingi instrumentalistów z wokalistką, wykonujący znane tematy z przedwojennych polskich filmów.

Wydarzenie miało być promocją polskiej muzyki pod patronatem fundacji. Zespół złożony z trębacza, pianisty, kontrabasisty, perkusisty oraz flecisty, który grał też na saksofonie, od początku lipca do końca sierpnia 2013 r. grał co niedzielę między godz. 17 a 21. W trakcie występu, między jego 40-minutowymi częściami, były też 20-30 minutowe przerwy.

"Więcej hałasu robią autobusy"

28 lipca do ogrodu wkroczyła policja, wezwana na interwencję przez Jakuba P. (nie zgadza się na podawanie swego nazwiska) radcę prawnego, członka zarządu wspólnoty mieszkaniowej pobliskiego budynku. Policjanci spisali dane muzyków, ale nie zakazali im grania, bo - jak stwierdzili - więcej hałasu niż oni robią autobusy ruszające z pobliskiego przystanku.

Mimo to sprawa przeciwko dwóm z pięciu muzyków - saksofoniście i fleciście z Filharmonii Narodowej oraz kontrabasiście (z Centralnego Zespołu Artystycznego Wojska Polskiego), obwinionych o wykroczenie zakłócenia porządku publicznego, trafiło do Sądu Rejonowego Warszawa-Śródmieście.

Z zapisu na wokandzie wynikało, że w sprawie zastosowano kwalifikację prawną z Kodeksu wykroczeń, który w art. 51 stanowi: kto krzykiem, hałasem, alarmem lub innym wybrykiem zakłóca spokój, porządek publiczny, spoczynek nocny, albo wywołuje zgorszenie w miejscu publicznym, podlega karze aresztu, ograniczenia wolności albo grzywny.

- Tutaj chyba chodzi o inny wybryk. Ciekawe, że zarzucono go zawodowym muzykom, grającym łagodne, melodyjne dźwięki - powiedział PAP ich obrońca mec. Maciej Zaborowski. Zarazem przyznał on, że w dzisiejszych czasach temat hałasu w miejscach publicznych jest nieobojętny dla mieszkańców miast.

Grali bez wzmacniaczy?

Obwiniony Tomasz Bielski, 60-letni saksofonista i flecista, na co dzień pracujący w Filharmonii Narodowej, oświadczył w sądzie, że był zaskoczony zarzutem. Zapewnił, że zespół grał bez wzmacniaczy, a muzyka nie była głośna. - Graliśmy tak, że mogliśmy słyszeć rozmowy gości przy stolikach i szczęk ich sztućców - zapewnił. Dodał też, że nikt z gości ani obsługi restauracji nie informował ich, by ktokolwiek skarżył się na zbyt głośną muzykę.

- Graliśmy przedwojenne szlagiery, np. "Ach śpij, kochanie" albo "Dlaczego nie chcesz spać". Trębacz używał do trąbki tłumika. Perkusja grała cicho, a flet emituje głośność do 40 decybeli - tłumaczył muzyk.

Podobnie mówił drugi obwiniony, 57-letni kontrabasista Zbigniew Kucharski. - Jest nagranie naszego koncertu. Kontrabasu na nim nawet nie słychać. Niestety... - mówił. On również utrzymywał, że zespół grał bez nagłośnienia, a mikrofonu używała tylko wokalistka śpiewająca z nimi niektóre piosenki lub żeby zapowiedzieć kolejny utwór. Jak mówił, policja po interwencji nie zakazała im dalszego grania, nie zwracał się o to także menadżer restauracji. - Za to w oknie jednej z pobliskich kamienic ktoś wystawił swój głośnik i puszczał nam disco-polo. Było to uciążliwe nawet dla nas. Pomogła interwencja policji - dodał.

"Zakłócono mir"

Inaczej sprawę widział 37-letni Jakub P., który żądał interwencji w sprawie muzyków z restauracji. Jak mówił w poniedziałek w sądzie, "zakłócono jego mir domowy", bo muzyka w jego mieszkaniu usytuowanym na pierwszym piętrze była tak głośna, że nie mógł ani oglądać telewizji, ani czytać książki, ani też słuchać własnej muzyki. Jakub P. zaprzeczał jakimkolwiek politycznym konotacjom tej sprawy, jak jego zdaniem usiłują ją przedstawić obwinieni wskazując, że jest on synem znanej warszawskiej posłanki i że w związku z tym usiłuje się wymóc na nim zmianę zeznań, m.in. kierując maile do jego matki.

- Nie jestem pieniaczem, ja nie wpływałem na to, aby ta sprawa znalazła się w sądzie - zapewniał pokrzywdzony. Jak dodał, wprawdzie ze swych okien nie widział nawet restauracyjnego ogródka, ale akustyka w podwórzu jest taka, że słyszał w swym mieszkaniu słowa każdej śpiewanej piosenki. Był też przekonany, że muzycy używali wzmacniaczy. - A czy czuł pan dudnienie lub wstrząsy? - pytał obrońca obwinionych. - Bez przesady, to nie był koncert rockowy - brzmiała odpowiedź.

Spór o nocny hałas trwa w Warszawie już od dawna. Powstał nawet kodeks dobrych praktyk dotyczący funkcjonowania klubokawiarni.

Tak Grzegorz Lewandowski opisywał problem w 2012 roku:

Grzegorz Lewandowski
Tomasz Zieliński /tvnwarszawa.pl

PAP/lata