Drewniane serce i tłumik: co zostawiamy w autobusach?

Warszawa

fot | | "People", "Los Angeles Times", tvn4.pl
fot | | Reuters, US Army
fot | | TVN CNBC, cnbc.com
fot. Andrzej Rejnson/tvnwarszawa.pl | | Daily Mail, Guardian, tvn24.pl
fot | | "Boston Herald", tvn24.pl
fot | | "Us", "Los Angeles Times", Reuters
fot | | "People", "Los Angeles Times", tvn4.pl
fot | | Reuters, US Army
fot | | TVN CNBC, cnbc.com
fot. Andrzej Rejnson/tvnwarszawa.pl | | Daily Mail, Guardian, tvn24.pl
fot | | "Boston Herald", tvn24.pl
fot | | "Us", "Los Angeles Times", Reuters

Ulica Włościańska 52 - ogromny magazyn Miejskich Zakładów Autobusowych, a w środku małe pomieszczenie. Za zaplombowanymi drzwiami czekają na właścicieli przedmioty porzucone autobusach i tramwajach. Wśród nich aparaty, torebki, telefony komórkowe, ale też drewniane serce z wierszem miłosnym albo części samochodowe.

- To pewnie od jakiegoś samochodu. Pasażer zostawił go w autobusie i się po niego nie zgłosił - opowiada historię tłumika Grażyna Jaros, która opiekuje się biurem rzeczy znalezionych przy Włościańskiej. Niechciana, ogromna zguba leży tuż obok szafki, której każda przegródka jest zajęta przez inny przedmiot.

Zeszyt zamiast komputera

Do biura trafiają przede wszystkim rzeczy pozostawione w autobusach. Zdarzają się też te z tramwajów. Na Włościańskiej dostają własny numer i rubrykę w specjalnym zeszycie, gdzie są skatalogowane. W magazynie leży około 50 zgub. Część zostaje na dłużej, inne wracają do właścicieli.

- Jest sporo dokumentów: dowodów, paszportów. Ale odsyłamy je na podany adres - zaznacza Jaros. Jak mówi, szczególnie w zimie, ludzie zostawiają czapki czy rękawiczki, ale zazwyczaj nikt nie stara się ich odzyskać.

Bez identyfikacji ani rusz

Na półkach leżą też telefony komórkowe, które wypadły pasażerom podczas podróży.

- To są stare modele. Trudno ustalić do kogo należą, bo zazwyczaj są wyłączone. Mieliśmy sytuację, że we włączonym telefonie znaleźliśmy adres mamy chłopaka, który go zgubił i skontaktowaliśmy się z nią. Określiła, jaki to telefon i wszystko się zgadzało - wspomina Jaros.

Taka procedura jest konieczna - bez identyfikacji pracownicy biura nie oddadzą zguby.

- Zdarzyło się, że pewien pan przyszedł na dyspozytornię, zadzwonił do mnie i powiedział, że chce odebrać swoją rzecz i ją opisał. Mówię, że jej nie ma, a on na to: ja chcę zobaczyć - mówi Jaros. - Ale nie można tu ludzi wpuszczać, żeby sobie oglądali - dodaje.

Szkice powstającego muzeum

Zdarzają się też tacy, którzy dziękują za znalezienie zguby. Część ma za co dziękować, bo do biura trafiają ważne dokumenty, a pracownicy wszczynają wtedy poszukiwania właściciela.

- Jeden z pasażerów, Niemiec, zostawił szkice i informacje o budowie Muzeum Historii Żydów przy ul. Anielewicza. W dokumentach były wymienione firmy, które nadzorują prace. Kiedy do nich dzwoniłam, to odsyłali mnie od jednej do drugiej - relacjonuje Jaros. - W końcu ktoś przyjechał z muzeum. Miał ze sobą oryginał. Porównałam obie wersje i oddałam - dodaje.

Zguba od serca

Kierowcy znajdują też rzeczy, których wartości nie da się wycenić. W biurze zalega na przykład teczka plastyczna z rysunkami. Jest też stara walizka z elektroniką. Jeden z najnowszych "nabytków" biura to drewniane serce z wypisanym wierszem lub wyznaniem miłości w dwóch językach: angielskim i polskim. Trafiło do biura na początku listopada, opakowane w torbę. - Może dzięki temu artykułowi właściciel zobaczy zgubę i się po nią zgłosi - zastanawia się Grażyna Jaros.

Kontakt do biura rzeczy znalezionych można znaleźć na stronie MZA.

Andrzej Rejnsonroody