Dramat Legii w doliczonym czasie. Liga Europy znowu nie dla nas

Warszawa

Legia Warszawa nie wystąpi w fazie grupowej Ligi Europy. W rewanżowym meczu czwartej, decydującej rundy kwalifikacji wicemistrzowie Polski przegrali z Rangers FC 0:1. Kluczowa dla losów rywalizacji bramka dla Szkotów padła w doliczonym czasie gry.

- Najlepszy z możliwych remisów - tak bezbramkowy wynik pierwszego meczu w Warszawie ocenił trener legionistów Aleksandar Vuković. Przed tygodniem wicemistrzowie Polski rozegrali niezłe spotkanie, ale szwankowała skuteczność.

W Szkocji zamierzali ją poprawić. - To starcie jest dla nas jak finał i właśnie tak chcemy zagrać. Po meczu chcemy powiedzieć, że daliśmy z siebie wszystko - mówił przed rewanżem "Vuko".

Trzeszczały kości

Początek starcia na Ibrox to spora nerwowość z obu stron, czego efektem było mnóstwo błędów i fauli. Żadna z drużyn nie potrafiła ich jednak zamienić na gola. W pierwszych dziesięciu minutach po stronie warszawskiej drużyny dwukrotnie próbował Sandro Kulenović, a w ekipie gospodarzy do sytuacji z łatwością dochodził Alfredo Morelos.

Zwłaszcza po szansie w 10. minucie Kolumbijczyk mógł mieć do siebie duże pretensje. Po wrzutce Ryana Jacka z prawej strony napastnik Rangersów główkował tuż obok bramki. Kibiców Legii mogła niepokoić łatwość, z jaką 23-latek dochodził do sytuacji strzeleckich.

Chociaż Szkoci szybciej opanowali błędy, najlepszą okazję w pierwszej części stworzyła sobie Legia. W 35. minucie Luquinhas uporał się z dwoma obrońcami, ale będąc w polu karnym, uderzył zbyt lekko, by zaskoczyć Allana McGregora. To powinien być gol!

Tuż przed przerwą do strzału doszedł inny piłkarz Legii, Cafu. Po wrzutce z rzutu rożnego Waleriana Gwilii, Brazylijczyk nieznacznie się pomylił. Chwilę później sędzia zakończył pierwszą, bezbramkową, ale dającą nadzieję połowę.

Wysyłali ostrzeżenia...

Drugą lepiej rozpoczęli Szkoci. Ich przewaga z każdą minutą była coraz bardziej widoczna. Widząc, co się dzieje na murawie, trener Legii w 56. minucie zdecydował się posłać do boju Jarosława Niezgodę. Napastnik Legii w niedzielę dwoma golami dał zwycięstwo w ligowym meczu w Łodzi z ŁKS-em. Nie jednak obok Kulenovicia, ale za Chorwata.

Chociaż 24-latek szybko chciał zaznaczyć swoją obecność, to jednak gospodarze wciąż byli stroną dominującą. Przewagę mogli udokumentować bramką. W 70. minucie mieli dwie znakomite okazje. Najpierw Radosław Majecki z trudem wybronił strzał Sheyi Ojo, a po chwili piłka po uderzeniu Morelosa o centymetry minęła słupek bramki Legii.

Co na to wicemistrzowie Polski? Przypadkowy strzał Niezgody i uderzenie Andre Martinsa, to wszystko na co było ich stać w tej części.

Gdy wydawało się, że będziemy świadkami dogrywki, w pierwszej doliczonej minucie z lewej strony centrował Jordan Jones, a głową uderzył Morelos. Kolumbijczyk, który zmarnował w dwumeczu wiele sytuacji, tym razem miał w polu karnym sporo miejsca. Majeckiego pokonał bez problemów i dał awans Rangersom. Był to na dodatek pierwszy gol stracony przez legionistów od początku eliminacji, czyli w sumie w ośmiu meczach. Na Ibrox euforia. W Warszawie smutek i żal.

Czytaj też na eurosport.pl >

Znowu trzeba czekać

Tym samym czwarty raz z rzędu polskiego klubu zabraknie w fazie grupowej Ligi Europy.

Poprzednio stołeczna drużyna rywalizowała w niej w edycji 2015/2016. Uplasowała się na ostatniej, czwartej pozycji w grupie i odpadła. W kolejnym sezonie grała w Lidze Mistrzów, a po zajęciu trzeciego miejsca została wyeliminowana, lecz kontynuowała międzynarodową przygodę w Lidze Europy - w 1/16 finału lepszy okazał się Ajax Amsterdam (0:0, 0:1).

Legia była ostatnią polską drużyną w tym sezonie w pucharowej rywalizacji w Europie. Cracovia odpadła już w pierwszej rundzie eliminacji LE, a Piast Gliwice i Lechia Gdańsk - w drugiej. Wcześniej gliwiczanie zostali wyeliminowani w pierwszej rundzie kwalifikacji Ligi Mistrzów.

Pierwszy mecz został rozegrany tydzień temu w Warszawie:

Przy Łazienkowskiej nie padła żadna bramka

lukl/pm