Przygotuj się na:

ZIMA NA DROGACH

To właśnie teraz, gdy temperatura rano spada poniżej 7 stopni Celsjusza, a kolejki do warsztatów są krótkie, powinniśmy umówić się na sezonową zmianę opon.

Chmielna 70 na komisji. Były urzędnik podważa wersję Gronkiewicz-Waltz

Warszawa

Komisja weryfikacyjna obradowała nad Chmielną 70TVN24
wideo 2/4

Aż cztery osoby reprezentowały ratusz na czwartkowej komisji weryfikacyjnej, lecz prezydent Warszawy i tak dostała kolejną grzywnę w wysokości trzech tysięcy złotych. Marzena K., zwana "najbogatszą urzędniczką w Polsce" odmówiła składania zeznań, w przeciwieństwie do Krzysztofa Śledziewskiego, który odpowiadał na pytania przez blisko pięć godzin.

Krytyczne słowa czołowych polityków Platformy Obywatelskiej o tym, że brak przedstawicieli ratusza na komisji weryfikacyjnej to błąd, przyniosły efekt. Na czwartkowe posiedzenie dotyczące reprywatyzacji działki przy dawnej Chmielnej 70 prezydent Warszawy wysłała aż czterech reprezentantów.

Byli to dwaj dyrektorzy: Piotr Rodkiewicz (z Biura Spraw Dekretowych) i Marek Mikos (były szef miejskiego Biura Architektury) oraz dwoje adwokatów: Zofia Majewska i Bartosz Przeciechowski. Osobiście Hanna Gronkiewicz-Waltz się nie stawiła, o czym poinformowała podczas specjalnie zwołanej konferencji kwadrans przed startem posiedzenia.

Zabrakło miejsca

Tak duża reprezentacja ratusza była sporym zaskoczeniem dla samej komisji weryfikacyjnej, o czym świadczył fakt, że przy wyznaczonym dla stron (bo ratusz był wezwany jako strona) stoliku… zabrakło miejsca. - Nie poinformowali nas państwo, że będziecie tak licznie - przyznał przewodniczący Patryk Jaki. Zamieszanie organizacyjne szybko jednak zagaszono poprzez dostawienie krzeseł.

Pełnomocnicy ratusza już w pierwszych minutach przystąpili do obrony swojej szefowej. Tłumaczyli, że gdy tylko dowiedziała się o wątpliwościach wokół Chmielnej 70, "podjęła szereg konkretnych działań". Wymienili m.in. dyscyplinarne zwolnienie urzędników za zwrot działki, rozwiązanie Biura Gospodarki Nieruchomościami czy zabezpieczenie nieruchomości w księdze wieczystej, aby nikt nie mógł jej odsprzedać.

Tłumaczenia nie zrobiły jednak wrażenia na członkach komisji. Przewodniczący Jaki pytał konsekwentnie, czy Hanna Gronkiewicz-Waltz sama ma zamiar przyjść na przesłuchanie. - Komisja ma pytania do niej, a nie jej urzędników - stwierdził.

- Prezydent nie kieruje miastem jednoosobowo. Ponad 300 urzędników ma upoważnienie do wydawania decyzji, codziennie wydaje się ich w urzędzie ponad tysiąc. Dlatego w ocenie prezydenta dzisiaj przed komisją stawili się ci urzędnicy, którzy mają najlepszą wiedzę w tej sprawie - odpowiedziała przewodniczącemu mecenas Gajewska.

Zatajona płyta z ministerstwa

Po burzliwej dyskusji między pełnomocnikami a przewodniczącym na sali pojawił się Krzysztof Śledziewski. To dobrze znany komisji weryfikacyjnej (zeznawał już w sprawie reprywatyzacji Twardej) były urzędnik Biura Gospodarki Nieruchomościami.

Dlaczego ponownie został wezwany? Śledziewski w sprawie Chmielnej jest jedną z kluczowych postaci. Był jej referentem - odpowiadał za gromadzenie akt i przygotowywał projekt decyzji zwrotowej.

Z jego wielogodzinnego przesłuchania kluczowy jest następujący wniosek: nie tylko Śledziewski miał wiedzieć o słynnej płycie (Gronkiewicz-Waltz nazywała ją "dyskietką") z Ministerstwa Finansów, na której była informacja, że przedwojennemu właścicielowi Chmielnej 70 wypłacono odszkodowanie za nacjonalizację nieruchomości. Wiadomość w tej sprawie - jak przekonywał - trafiła do kilkudziesięciu innych urzędników BGN.

To ważne stwierdzenie, bo do tej pory Hanna Gronkiewicz-Waltz przekonywała, że tylko on miał wiedzę na ten temat. Na konferencji w sierpniu prezydent informowała, że "zataił" ten fakt, dlatego zwolniła go z ratusza.

"To była powszechna wiedza"

Świadek przyznał wprawdzie, że w lutym lub marcu 2011 roku do ratusza wpłynęło adresowane do niego pismo z ministerstwa z załączoną płytą CD i listą osób, które na mocy umów międzynarodowych z Francją, Danią i Holandią miały otrzymać odszkodowania. Ale z drugiej strony przekonywał, że "wiedza o tym piśmie była powszechna".

- Po kilku dniach Gertruda J-F. [naczelnik w BGN - red.] drogą mailową zawartość tej płyty przekazała bodajże kilkudziesięciu innym pracownikom BGN - wyjaśnił. I tym samym zaprzeczył dotychczasowym tłumaczeniom władz Warszawy, jakoby tylko Śledziewski o tych danych wiedział.

Jak mówił dalej, naczelnik poleciła mu umieścić dane z ministerstwa w segregatorze z różnymi dokumentami indemnizacyjnym. Co też - jak twierdził - uczynił.

Co ważne, członek komisji z ramienia PiS Sebastian Kaleta poinformował, że o sprawę maila naczelnik Gertrudy J-F pytał Prokuraturę Regionalną we Wrocławiu. - Ta potwierdziła, że maile z ministerstwa [z wykazem beneficjentów indeminizacji - red.] otrzymali również inni pracownicy BGN, a nie tylko pan Śledziewski - powiedział Kaleta.

Jakub R. polecił wydać decyzję

Były urzędnik BGN przyznał, że po otrzymaniu listy z resortu finansów kwestia działki na Chmielnej "utknęła". Nikt się nią nie interesował do 2012 roku. Dopiero wtedy Jakub R. (były wiceszef BGN, który dziś siedzi w areszcie z zarzutami) kazał mu doprowadzić sprawę do rozstrzygnięcia. - Dostałem polecenie przygotowania decyzji o pozytywnym rozstrzygnięciu - powiedział Śledziewski.

Świadek wielokrotnie przekonywał też, że "miał wątpliwości co do obywatelstwa Holgera Martina", o których miał mówić swoim przełożonym, m.in. kierownikowi Mariuszowi P. Dopytywany przez pełnomocników ratusza, dlaczego nie złożył takiego zawiadomienia pisemnie albo nie próbował umówić się w tej sprawie z prezydent Warszawy tłumaczył, że - tu cytat - "nie było praktyki, aby pisemnie zgłaszać takie wnioski".

Ratusz: zataił dane z płyty

Pełnomocnicy ratusza zgodzili się z tym, że mail od Gertrudy J-F. trafił do kilkudziesięciu urzędników BGN, ale i tak konsekwentnie przekonywali, że "Śledziewski zataił dane z płyty". Jak? Sprawę po publikacji tekstu precyzował nam Bartosz Milczarczyk, rzecznik ratusza.

- Każdy z pracowników BGN miał sprawdzić informacje z płyty pod kątem prowadzonych przez siebie spraw. Śledziewski tego nie zrobił, w aktach Chmielnej nie pojawiła się wzmianka o Holgerze Martinie i stąd to "zatajenie", o którym w sierpniu ubiegłego roku mówiła pani prezydent - powiedział. - Ponadto dane z płyty pojawiały się przy innych nieruchomościach, więc to pokazuje, że inni urzędnicy dopełnili obowiązków i uwzględnili te informacje - dodał rzecznik.

Milczarczyk podkreślił też, że Śledziewski nie wspomniał o Duńczyku przygotowując dwa ważne dokumenty. Po pierwsze, projekt decyzji zwrotowej w sprawie Chmielnej. Po drugie, specjalną notatkę, którą opracowywał wspólnie z Marcinem Bajko i Jerzym Mrygoniem na sesję rady miasta (w maju 2016 roku), kiedy władze miasta tłumaczyły się ze zwrotu działki.

Śledziewski był o to pytany na przesłuchaniu i nie umiał precyzyjnie odpowiedzieć.

Warto zaznaczyć też, że Śledziewski - odpowiadając na pytania pełnomocników ratusza - nie jest już tak szczegółowy, jak w przypadku poprzednich pytających (członków komisji). Często mówi, że nie pamięta: nie pamięta czy sporządził metrykę w sprawie Chmielnej (na podstawie danych z Ministerstwa Finansów), ani czy dokumentacja była kompletna.

"Położyłbym się jak Rejtan"

Zeznania byłego urzędnika pełne były barwnych porównań. Wielokrotnie przekonywał, że w jego ocenie w 2012 roku decyzja o zwrocie Chmielnej 70 była prawidłowa. - Ale teraz i mówię to z pełną odpowiedzialnością, bym się pod nią nie podpisał. Położyłbym się jak Rejtan, ale przy obecnym zasobie wiedzy bym się pod nim nie podpisał - podkreślał.

Dopytywany przez pełnomocników, czy wszystkie obowiązki w sprawie Chmielnej wykonywał należycie - Śledziewski nie zaprzeczał. - Ale o to samo należy pytać wyżej. Ktoś jest głową w tym ratuszu. Ja byłem tylko, ciężko to określić, kawałkiem małego paluszka, małej skórki - powiedział.

Oprócz Śledziewskiego, na czwartkowe posiedzenie wezwano trzy osoby, które w 2012 roku odzyskały od miasta działkę na placu Defilad: Grzegorza Majewskiego, Janusza Piecyka i Marzenę K., byłą urzędniczkę Ministerstwa Sprawiedliwości. Ta ostatnia odmówiła jednak składania zeznań.

- Oświadczam, że ponieważ w sprawie, która jest przedmiotem dzisiejszej rozprawy, toczy się postępowanie karne, w którym jestem podejrzaną, to korzystam z prawa do odmowy składania zeznań - powiedziała.

"Okazja do zarobku"

Przesłuchanie Grzegorza Majewskiego dotyczyło głównie jego żony, pracującej w urzędzie miasta, o czym pisaliśmy na tvnwarszawa.pl. Dopytywany przez Patryka Jakiego, czy rozmawiali ze sobą o sprawach związanych z reprywatyzacją odpowiedział stanowczo: - Nigdy nie informowała mnie o procesach i sprawach toczących się w BGN. Jesteśmy tak wychowani, że z uwagi na charakter mojej pracy od dawien dawna nie rozmawiamy o tym.

Przed komisją przyznał też, że na zakup praw i roszczeń do części nieruchomości przy Chmielnej 70 namówił go mecenas Robert N. - Zainwestowałem w to 1,5 mln zł - powiedział i dodał - to była inwestycja, która była obarczona dość dużym ryzykiem.

Dlaczego? - Była to inwestycja w zakup 1458 metrów kwadratowych trawnika, a zgodnie z planem zagospodarowania przestrzennego, nieruchomość mogła mieć jakąkolwiek wartość wyłącznie, jeśli miałaby minimalną wielkość 2,5 tys. m kw – tłumaczył. Później to się udało, bo beneficjenci Chmielnej dołączyli do niej okoliczne działki. Mimo to, przyznał, że inwestycję traktował jako "okazję do zarobku". - Żeby zainwestować i zwrócić sobie z nadwyżką - mówił adwokat.

Warto też podkreślić, że zarówno Majewski jak i Janusz Piecyk (który zeznawał zaraz po nim) przekonywali, że wedle ich wiedzy Jan Holger Martin jest Polakiem, a nie Duńczykiem. - Urodził się w Polsce, tu wziął ślub. - Miałem postanowienie sądu rejonowego w Puławach, który wydawał decyzję spadkową. Nie było tam informacji, że Jan Holger jest obywatelem innego państwa [niż Polski – red.] - powiedział.

- Po artykułach "Gazety Wyborczej" skierowane były dwa pisma do Królestwa Danii. Jedno od ratusza, drugie od Nowaczyka. W obu Królestwo odpowiedziało, że nie są w stanie jednoznacznie ocenić, że Holger był obywatelem Danii – dodał też Piecyk.

Gronkiewicz-Waltz ukarana grzywną

Czwartkowe posiedzenie – podobnie jak poprzednie w sprawie Twardej – zakończyło się kłótnią o nieobecność Hanny Gronkiewicz-Waltz i ukaraniem jej grzywną w wysokości 3 tysięcy złotych. Uzasadniając wniosek w tej sprawie, przewodniczący Jaki wskazał, że "nie jest dopuszczalne przeprowadzenie dowodu z przesłuchania strony poprzez przesłuchanie jego pełnomocnika".

Protestował członek komisji z ramienia PO Robert Kropiwnicki. Jak mówił, wniosek o ukaranie Gronkiewicz-Waltz jest "niedopuszczalny". - Wyrażam zdecydowany sprzeciw - powiedział. Dodał, że to miasto ma być reprezentowane przed komisją i miasto jest reprezentowane przez osoby, które posiadają odpowiednie pełnomocnictwa i zostały dopuszczone do postępowania przed komisją w charakterze strony. Według Kropiwnickiego karanie w tej sprawie Gronkiewicz-Waltz można uzasadnić tylko "rozgrywką polityczną".

Jego argumenty nie pomogły. Za nałożeniem kary na prezydent głosowało sześciu na dziewięciu członków komisji.

Kolejne jawne posiedzenie zespołu Jakiego planowane jest na 25 lipca. Jego członkowie mają zająć się zwrotem działki przy dawnej Siennej 29 (dziś plac Defilad).

Karolina Wiśniewska