Chcieli pomóc staruszkowi, usłyszeli: "dobry uczynek może wyjść bokiem"

Warszawa

TVN24Ukradli saszetkę z pieniędzmi

85-letni mężczyzna błąkał się po Pradze Północ. Para, która na niego trafiła wezwała policję prosząc o pomoc w odnalezieniu jego bliskich. Od zirytowanych funkcjonariuszy mieli usłyszeć, że "dobry uczynek może im wyjść bokiem". Mężczyzna był pacjentem szpitala praskiego.

Do zdarzenia doszło w piątek, około godz. 20.00. Jego uczestniczka, Magdalena Janczewka opisała je dokładnie na Facebooku.

Starszy pan, 85-letni Leszek P. zaczepił ją i jej narzeczonego na ulicy Kłopotowskiego. Poprosił o podwiezienie do domu. Mimo późnej pory miał na sobie jedynie sweter. Tłumaczył, że wyszedł z domu, kiedy było jeszcze ciepło.

Poruszał się z dużym trudem, był wyraźnie zagubiony i zdezorientowany. Para zgodziła się pomóc staruszkowi. "Jest miły, kulturalny, czysty, bardzo przeprasza, że nas fatyguje i co chwile dziękuje, że trafił na takich porządnych ludzi" – czytamy w relacji pani Magdaleny.

Poszukiwania bliskich

Mężczyzna podał adres zamieszkania. Okazało się, że mieszka przy ulicy Kijowskiej. Kiedy dowieziono go na miejsce, okazało się, że lokalizacja się zgadza. Sąsiedzi poznali pana Leszka. Domofonu w jego mieszkaniu ani telefonu stacjonarnego nikt jednak nie odbierał.

"Sąsiadka informuje nas, że żona Pana Leszka jest całkiem sprawna i pewnie jest u córki. Niestety Pan Leszek w ogóle nie może sobie przypomnieć, że ma córkę, potem mówi o jakiś wnukach na Okęciu. Czujemy się bezradni, Jedyne co przychodzi nam do głowy to zadzwonić po policję" – wspomina Janczewska.

W międzyczasie starszy pan przypomniał sobie o drugiej lokalizacji, pod którą można szukać jego bliskich. "Cieszę się jak dziecko, że jest drugi trop i będę miała co przekazać policjantom, na których czekamy pełni optymizmu" – dodaje.

Policjanci oburzeni "marnowaniem czasu"

Ale optymizm szybko opadł. Jak relacjonuje bohaterka historii, policjanci byli niepocieszeni, że wezwano ich do takiej sprawy, a wręcz oburzeni, że młodzi ludzie "marnują ich czas".

"Łysy policjant zbywa nas i mówi, że Pan Leszek to dorosła osoba i sama za siebie odpowiada i że mamy go zostawić na klatce. Jesteśmy zaszokowani. (…)Wspominam, że udało nam się uzyskać od Pana Leszka inny adres i może warto to sprawdzić. Policjant powiedział, że oni nie są od tego i nie będzie teraz woził radiowozem Pana Leszka po całej Warszawie przez 12 godzin. I są dwie opcje: albo go tu zostawią, albo zawożą do schroniska do bezdomnych" – relacjonuje pani Monika.

Kobieta podkreśla też, że policjant mówił podniesionym głosem, a po zwróceniu mu uwagi usłyszała, że "ma taki ton".

"Policjanci zaczęli spisywać co Pan Leszek miał na sobie i dali nam znać, że nasz dobry uczynek wyjdzie nam jeszcze bokiem, bo Pan Leszek następnego dnia powie, że go okradliśmy i nas jeszcze oskarży. Byliśmy zaszokowani takim cynizmem" - opisuje kobieta.

Mężczyzna trafił do szpitala

W końcu funkcjonariusze zabrali staruszka i zaprowadzili go do mieszkania przy Kijowskiej (w którym nikogo nie było). Młoda para czekała przed blokiem na rozwój wydarzeń. Kobieta zadzwoniła też do wydziału prasowego policji, aby opisać całą sytuację.

Zgłoszenie pomogło. Funkcjonariusze poinformowali, że 85-letni Leszek jest pacjentem Szpitala Praskiego. Chorym na cukrzycę i poszukiwanym przez placówkę.

Około godziny 22.00 wezwano pogotowie i zawieziono pacjenta do szpitala.

Policja wszczęła kontrolę

Rzecznik prasowy stołecznej policji Mariusz Mrozek przyznaje, że zna sprawę. – W piątek zainteresowana osoba złożyła skargę. Decyzją zastępcy komendanta stołecznego policji została od razu przekazana do wydziału kontroli, który podjął w tej sprawie czynności wyjaśniające – wyjaśnia w rozmowie z tvnwarszawa.pl Mrozek.

Wydział Kontroli ma miesiąc na przeprowadzenie odpowiedniego postępowania.

Czytaj także: Podawał się za prokuratora, wyłudził od staruszka 30 tys. zł

kw/b

Areszt za oszustwo
ksp