Chcą wyrzucić na bruk matkę z piątką dzieci

Warszawa

Dawid Krysztofiński/tvnwarszawa.plAnna Romanowska

W sypiącej się kamienicy, w lokalu z trudem nadającym się do życia gnieździ się osiem osób, w tym piątka dzieci i kobieta w ciąży. We wtorek mieli zostać eksmitowani. W ostatniej chwili urzędnicy "przypomnieli sobie", że wyrok nie obejmuje dzieci.

- W środę rano będą eksmitować romską rodzinę - maile z prośbą o pomoc krążyły przez cały poniedziałek. Trafiły też do warszawskich redakcji. We wtorek rano na walącej się, drewnianej klatce schodowej kamienicy przy Chłopickiego 34 zrobiło się tłoczno. Wśród obrońców lokatorów był m.in. Piotr Ikonowicz i posłowie Ruchu Palikota. W nerwowej atmosferze gorączkowo spoglądali na zegarki: o 11 ma się pojawić komornik.

Z mieszkania na pierwszym piętrze ma wyrzucić panią Annę, jej rodziców i dwójkę dzieci. Trójka najmłodszych schroniła się u przyjaciół rodziny. Panicznie boją się myśli, że trafią do sierocińca.

8 osób na 25 metrach

"Mieszkanie" to duże słowo. Pani Anna z rodziną gnieździ się w małej klitce. Drzwi - dziurawe jak szwajcarski ser - można otworzyć mocniejszym szarpnięciem. Pani Anna zaprasza do środka. Lokal - oficjalnie należący do miasta - składa się z dwóch pomieszczeń. Pierwsze pełni równocześnie funkcję kuchni, łazienki i pokoju dla dzieci. Obok zlewu stoi muszla klozetowa, a na przeciwko ustawione jest biurko, przy którym dzieci odrabiają lekcje.

Drugi pokój to "sypialnia": trzy stare łóżka, na których śpi osiem osób. Do tego szafa i kilka półek. Jest jeszcze żyrandol, ale nie działa, bo nie ma żarówek. - Nie mam pieniędzy - rozkłada ręce pani Anna. - Za takie warunki, mimo że lokal zajmujemy na dziko, powinniśmy płacić 911 złotych miesięcznie. My wszyscy na miesiąc mamy w sumie zaledwie 700 złotych na przeżycie - mówi ze łzami w oczach.

Piotr Ikonowicz, Kancelaria Sprawiedliwości Społecznej
Dawid Krysztofiński/tvnwarszawa.pl
Robert Kempa, wiceburmistrz Pragi Południe
Dawid Krysztofiński/tvnwarszawa.pl

Odroczenie, tylko na ile?

Do Warszawy przeprowadziła się z synem w 2004 roku. Poznała mężczyznę, zamieszkali razem, ale sprawy się nie układały. - Musiałam się wyprowadzić, ale nie miałam gdzie iść, więc zajęłam ten lokal. Stał pusty - wyjaśnia.

Do Anny dołączyli jej rodzice z dwójką dzieci starszej córki. Teraz na 25 metrach mieszka z rodzicami i piątką dzieci (najstarsze 13 lat, najmłodsze 3 lata). Szóste jest w drodze, a poród szykuje się tuż świętach. - Próbowałam uzyskać umowę najmu na ten lokal. Próbowałam też uzyskać inny lokal socjalny, ale bezskutecznie. W 2006 roku sąd wydał wyrok, w którym uznał, że nie mam prawa tu mieszkać - wspomina Anna Romanowska.

Lokal się nie znalazł, za to z walącej się klitki urzędnicy próbowali eksmitować panią Annę już trzy razy. W drodze na Chłopickiego dzwoniliśmy do południowopraskiego Zakładu Gospodarowania Nieruchomościami. Tuż przed godziną 11 jego rzeczniczka, Ewelina Buczyńska oddzwania. - Na nasz wniosek eksmisja została odroczona - informuje krótko.

Posłowie Ruchu Palikota
Dawid Krysztofiński/tvnwarszawa.pl

Dopozwą dzieci, nie wykluczają pomocy

To ulga, ale na krótko. Pani Anna wciąż boi się o przyszłość dzieci. ZGN odroczył eksmisję tylko dlatego, że w pozwie, który zakończył się wyrokiem, wymieniona była tylko dwójka dzieci. W między czasie przybyła trójka, której eksmitować nie można. - Byli posłowie i media, więc nagle miasto sobie przypomniało, że trzeba dopozwać dzieci, których nie obejmuje wyrok. Nagle władza sobie przypomniała, że trzeba sprawdzić czy dzieciom nie przysługuje prawo do lokalu socjalnego - złości się Piotr Ikonowicz.

Dzielnica potwierdza, że to nie koniec sprawy: - Dział windykacji ZGN skieruje do sądu sprawę o tak zwane dopozwanie trójki małych dzieci, których nie obejmował wyrok eksmisyjny - zapowiada wiceburmistrz Pragi Południe Robert Kempa.

Co będzie później? Sąd może zasądzić zapewnienie przez dzielnicę lokalu socjalnego, ale może też stwierdzić, że rodzina jest w stanie samodzielnie zapewnić sobie mieszkanie. - Wtedy dla nas sprawa jest jasna. Ale nie wykluczam, że nawet jeżeli wyrok będzie dla rodziny niekorzystny, postaramy się zająć ich dalszym losem - zapewnia Kempa. I dodaje, że dopóki wyrok nie obejmie dzieci, rodzina nie zostanie usunięta z mieszkania.

Bartłomiej Frymus