Przygotuj się na:

WEEKENDOWE UTRUDNIENIA

Nachodzący weekend będzie pracowity dla drogowców i wodociągowców. Ci pierwsi dokończą naprawę nawierzchni buspasa w alei Stanów Zjednoczonych, drudzy będą działać na Płockiej. Zmiany w organizacji ruchu spowoduje też białołęcki Bieg Wolności i Warszawskie Spotkanie Wigilijne na Pradze Północ.

"Blisko miłości, blisko aniołów"

Warszawa

ShutterstockWspominają Roberta Brylewskiego

- Dzielenie wspólnego łóżka, śniadania, marnej kasy - wspomina Tymon Tymański zapytany o Roberta Brylewskiego. - Pierwsza myśl, kiedy myślę o Robercie: był człowiekiem wesołym - dodaje Tomasz Budzyński. - Dla mnie, jak dla wielu znajomych muzyków z mojego pokolenia i nie tylko, Robert był mistrzem - przyznaje Andrzej Smolik. - Myślę, że jego śmierć jest klamrą, która zamknęła pewną epokę muzyki - kontynuuje Dariusz Malejonek. - Ludzie nie uświadamiają sobie, jaka to jest strata dla polskiej kultury, dla muzyki. Zostało jego dziedzictwo i tym się trzeba cieszyć - mówi Muniek Staszczyk.

Robert Brylewski urodził się 25 maja 1961 roku w śląskim Koszęcinie, ale bardzo wcześnie przyjechał stamtąd do Warszawy. Wokalista, gitarzysta, producent muzyczny. Był współzałożycielem zespołów Brygada Kryzys, Izrael i Armia, ale również wielu innych projektów, jak Max i Kelner. Już za życia stał się legendą polskiej sceny muzycznej. Zmarł 3 czerwca 2018 roku po kilkutygodniowej śpiączce, w którą zapadł na skutek ciężkiego urazu. Jego pogrzeb odbył się 15 czerwca na warszawskich Powązkach.

Artystę, przyjaciela, idola wspominają: Tomasz Budzyński, Tymon Tymański, Darek Malejonek, Muniek Staszczyk, Andrzej Smolik, Tomasz Organek, Piotr Strojnowski, Michał Wiraszko i Piotr Banach.

"Pamiętam takie dni śmiechem przepełnione. Korytarze i podwórka zapachem napełnione. Nieukryte uczucia w ciemnościach oczu"

Tomasz Budzyński: Pierwsza myśl, kiedy myślę o Robercie: był człowiekiem wesołym. Miłym, sympatycznym, bardzo wesołym człowiekiem. Lubił robić kawały, ale ten jego humor był wyrafinowany. Przypominał trochę stylem humor Kabaretu Starszych Panów. Był kulturalny, pochodził z dobrego domu i takie też było jego poczucie humoru. To jest ta pierwsza rzecz, która przychodzi mi do głowy, kiedy o nim myślę.

Andrzej Smolik: Pamiętam, że miał bardzo duże poczucie humoru i bardzo lubił, kiedy grałem mu piosenkę z bajki "Żwirek i Muchomorek". On to nazywał "mashroom" i natychmiast dorabiał do tego beat. Nasze próby zawsze zaczynaliśmy od tego "Żwirka i Muchomorka", którego grałem na klawiszach, co było zawsze bardzo zabawne.

Tomasz Organek: Poznałem go jako człowieka raczej małomównego i skrytego, co wcale nie oznaczało, że Robert nie miał nic do powiedzenia. Kiedy zdarzały się chwile zmuszające do refleksji, potrafił powiedzieć dwa słowa, które definiowały całą sytuację. To było bardzo śmieszne i trafione w punkt - świadczyło o jego inteligencji.

Tymon Tymański: Miałem okazję komponować z Robim, pracować z nim w studiu, wygłupiać się do rozpuku, momentami nawet wspólnie pomieszkiwać. Brylu był cholernie inspirującym facetem i mimo swych oczywistych słabostek miał jakąś wyjątkową indiańsko-buddyjską mądrość, godność, głębię, humanizm, szacunek do wszystkich istot. Pamiętam wiele momentów, których nie da się opowiedzieć. Dzielenie wspólnego łóżka, śniadania, marnej kasy. Ciężkie pobudki w aucie po całonocnych koncertach czy imprezach.

"I chciałbym mieć zawsze ten obraz przy sobie - obraz tego świata bez fałszu i urojeń"

Tymon Tymański: Miałem z Robertem silny związek karmiczny. Towarzyszyło mi wrażenie, że skądś go znam, zanim go faktycznie spotkałem. Artystycznie byliśmy pokrewnymi duszami, przegadaliśmy kupę nocy i dni na temat Wszechświata, Boga, sztuki i ludzi. Dwa lata po naszym spotkaniu sprawy poszły jeszcze dalej. Zakochałem się w jednej z jego córek i tak oto stałem się jego niedoszłym zięciem, co na jakieś dwa lata skomplikowało naszą relację, ale później było już tylko lepiej.

Muniek Staszczyk: Robert był obecny właściwie w całym moim życiu dorosłym. Od kiedy zobaczyłem go po raz pierwszy w 1980 roku z Kryzysem na scenie Teatru Letniego w Sopocie i podjąłem decyzję, że sam też zakładam kapelę. Słuchałem angielskiego punka, nie wiedziałem, że w Polsce są takie zespoły, że w ogóle tak można. Wyszli w Sopocie na scenę i wyglądali kosmicznie jak na tamte czasy - w czerwonych koszulach i krzyczący "Nuda! Nuda! Nie ma po co wyjść na miasto!". Magura [Maciej Góralski - przyp. red.] i Brylewski byli pierwszymi ludźmi - może poza perkusistą The Rolling Stones - od których chciałem wziąć autograf. Kiedy ich o to zapytałem, powiedzieli: "Jesteśmy kapelą punkową, nie rozdajemy autografów. Sam załóż zespół". Pierwszy już wtedy miałem. Podziwiałem Roberta. Najpierw kochałem go miłością fana, a później miłością braterską. Przez 36 lat, które mieszkam w Warszawie, cały czas przewijał się przez moje życie - znikał, wracał, znowu się pojawiał.

Piotr Strojnowski: To były czasy Remontu - dołączyłem do tak zwanej załogi gdzieś na przełomie roku 1979-1980. Elitą tej załogi byli Tomek Lipiński, no i oczywiście Robert Brylewski - czasy punkowe. Z czasem zaczęliśmy słuchać też reggae i Robert założył zespół Izrael. Próby mieli w kanciapie w klubie Riviera-Remont przy sali kinowej pod pomieszczeniem, gdzie znajdował się projektor. Na próby przychodziliśmy całą załogą. Kapela robiła próbę, a my, popijając piwo i paląc jointy, słuchaliśmy. Gdy kończyła się próba, zaczynał się zwyczajowo jam i każdy mógł się dorwać do jakiegoś instrumentu lub mikrofonu. Ja czasem odważyłem się złapać za mikrofon.

Piotr Banach: Kiedy byłem młodym chłopakiem, Robert był moim idolem. Izrael, teksty o Babilonie, cała koncepcja rastamana, walki o wolność, miłość. Był dla mnie kimś prawie świętym, jak to z idolami bywa. Pamiętam, jak go poznałem na festiwalu reggae, gdzie na koniec graliśmy wszyscy na wspólnej scenie, to było dla mnie niezwykłe przeżycie. Był taki moment, kiedy siedzieliśmy na obiedzie - a wiadomo, że prawdziwy rastaman nie je mięsa, nie pije (chociaż pod stołem była zawsze jakaś kiełbasa i flaszka) i każdy dostał przydziałowe naleśniki. Przyglądałem się Robertowi, który szybko zjadł swoje, i widać było, że się nie najadł. Powiedziałem wtedy, że ja już nie chcę, więc może chciałby wziąć moje. Przyjął je, zjadł, odsunął się od stołu, beknął i oznajmił. "Ale się nawpier****łem!". Wtedy - poza idolem na piedestale - zobaczyłem go jako człowieka z krwi i kości.

Andrzej Smolik: Dla mnie - jak dla wielu znajomych muzyków z mojego pokolenia i nie tylko - Robert był mistrzem. Kimś, w kogo się zapatrzyliśmy, od kogo się uczyliśmy. Kimś, kto otwierał przed nami wiele muzycznych drzwi. Bardzo dobrze pamiętam dzień, w którym zdarzyło mi się być w Hybrydach na jam session w jego pracowni. Trafiłem tam kiedyś przypadkowo w nocy jako bardzo młody muzyk. Oczywiście, jak to bywa przy spotkaniach z taką muzyczną legendą, byłem przestraszony tym, że mamy razem zagrać - jak on mnie oceni, odbierze... Tymczasem było pięknie.

Okazał się osobą (a tylko najwięksi i najlepsi tak mają), która nikogo nie oceniała. Po prostu przyjmował człowieka jako partnera - chociażby w muzyce - takim, jakim był.

Dawał wszystko od siebie i oczekiwał, że druga strona również da wszystko. To naprawdę było wspaniałe doświadczenie. Mogłem się poczuć, jakby był mu równorzędny, podczas kiedy byłem jego absolutnym fanem. Później zaczęliśmy się ze sobą spotykać i grywać w różnych konstelacjach bardziej swobodnych.

Tomasz Organek: Kiedy się poznaliśmy, Robert - przy całej swojej legendzie - zdawał się być onieśmielony spotkaniem ze mną, czyli człowiekiem, który ledwie parę lat na spędził na scenie. Miał w sobie bardzo dużo pokory i to było dla mnie bardzo krępujące, bo mogło sprawiać wrażenie, jakbym ja był większą postacią od niego, co było oczywiście absurdem. Świadczyło to tylko o jego skromności i samoświadomości.

Michał Wiraszko: Roberta poznałem dość późno, bo zaledwie dwa lata temu - na planie filmu "Powracająca FALA". Bardzo szybko przełamał wszelkie bariery i w pełni otworzył się na zadawane pytania. Szybko też "ukradł" ten film swoimi, opowiadanymi z niesamowitym wdziękiem, historiami z życia – swojego, ale i bohaterów polskiej branży muzycznej.

Darek Malejonek: Dostałem od niego w życiu przyjaźń, a także doświadczenie tego, że wolność jest w nas i nikt nie jest nam jej w stanie odebrać, dopóki sami na to nie pozwolimy.

"Światło kryształowe, niewidzialna nić. Dzieci wiedzą, jak żyć"

Tomasz Budzyński: Grałem z Robertem w zespole Armia przez wiele lat. Bardzo dobrze nam się współpracowało, bo mieliśmy podobny gust muzyczny. W zasadzie pracowaliśmy bez żadnych starć czy kłótni. Bardzo podobnie myśleliśmy o sztuce, dlatego nasza współpraca była prosta i łatwa. Bardzo lubiłem z nim pracować.

Darek Malejonek: Miał w sobie takie coś, co sprawiało, że świetnie się z nim współpracowało. Był człowiekiem, który nie tylko kochał muzykę, ale było w tym jeszcze pewnego rodzaju sprzężenie zwrotne, które powodowało, że od razu łapał różne pomysły, że był świetnym (zresztą leworęcznym) gitarzystą. Miał unikalny styl, jak w tym słynnym motywie w utworze "Centrala" z pierwszej płyty Brygady Kryzys, która cała stała się kamieniem węgielnym dla polskiej muzyki alternatywnej.

Tymon Tymański: Uwielbiałem "Czarną płytę" Brygady, to jedna z moich pięciu polskich ulubionych płyt lat 80. Bardzo cenię też pierwszą i trzecią płytę Izraela. "1991" to zresztą płyta światowa, niedoceniona w Polsce, gdzie zawsze raczej hołubiło się popłuczyny zachodniego popu, jazzu, bluesa czy hip-hopu. "Legenda" Armii, płyty Falarka, Usersów i Szumu - było tego więcej. Robert był niespokojnym, niepokornym duchem, przez większość czasu chodziła mu po głowie muzyczna rewolucja. Jeśli nawet nie miał siły jej robić własnymi rękoma, jakimś cudem zawsze znajdował się na pierwszej linii ognia, w samej awangardzie artystycznych poczynań.

Andrzej Smolik: Przez lata byłem zasłuchany w Izraelu, w Armii. Potem - kiedy zacząłem mieszkać w Warszawie - byłem blisko zespołu Falarek, w którego próbach i koncertach często uczestniczyłem, chociaż nie byłem jego członkiem. To był zespół, który bardzo otworzył mi oczy. Robert był absolutnie kreatywnym gościem. Jak na tamte czasy, posiadał też technologię i wiedzę, ponieważ miał swoje studio przenośne: magnetofon wielośladowy, syntezatory, przedziwne efekty, których używał i dla mnie to było bardzo inspirujące. Wiele się od niego uczyłem i to w szybkim tempie.

Tomasz Budzyński: Był dla polskiej kultury niezwykle ważnym muzykiem.

Uważam, że był najzdolniejszym muzykiem naszego pokolenia. Mało kto, z tych urodzonych na początku lat 60., może się pochwalić takim dorobkiem artystycznym. Wystarczy wymienić tylko trzy płyty: "Czarna Brygada" Brygady Kryzys, "Legenda" Armii i "1991" Izraela.

To był wybitny artysta, niezwykle wrażliwy muzyk. Mogę powiedzieć o nim, że był wizjonerem - płyty, które wymieniłem były nowatorskie dla polskiej muzyki rockowej, a ich brzmienie jest zasługą właśnie Roberta Brylewskiego. Według mnie nikt nie prezentował tak ciekawej sztuki, jak on.

Darek Malejonek: Miał bardzo szerokie horyzonty muzyczne. Grał różne style: od punka, reggae, ale również muzykę eksperymentalną. Wymyślał bardzo rozmaite rzeczy. Był też bardzo dobrym producentem. Studio Złota Skała najpierw znajdowało się na Mazurach, gdzie przez jakiś czas mieszkaliśmy razem całą ekipą i tam powstały dwie bardzo ważne płyty: "Legenda" Armii, a także płyta "1991" Izraela, która była nagrana w Londynie, ale powstała tam. Kiedy studio zostało przeniesione do Warszawy na początku lat 90., Robert zapraszał tam dużo młodych niezależnych kapel, które inaczej nie miałyby szansy, aby w tamtych czasach nagrać płytę. Tam powstała pierwsza płyta Houka, który później stał się jednym z najważniejszych zespołów tamtej dekady.

Muniek Staszczyk: Kiedy zakładałem nowy skład T.Love razem z Jankiem Benedkiem, to chciałem, żeby Robert był producentem płyty "Pocisk Miłości". Czułem, że w tym będzie coś świeżego. Pamiętam, że przyjeżdżał do nas takim dużym vanem - wtedy to była niecodzienność - i tym rozklekotanym samochodem telepaliśmy się do Izabelina, do studia Złota Skała. Była jesień, spotykaliśmy się przy kinie Wisła i zawsze towarzyszyły temu śmieszne rozmowy, bo Robert był bardzo kreatywny w swoich opowieściach. Zrobiliśmy ten album i mówiłem mu, że będzie się nazywać właśnie "Pocisk Miłości", a on odpowiedział: "Lepiej będzie, jak ta płyta będzie się nazywać 'Pocisk', bo wiesz, to jest taki pocisk". Czuł miętę do takich militarnych skojarzeń. Kiedy przychodziłem do niego na ulicę Pańską, gdzie wtedy mieszkał i oddawał mi zgrania (nie było cyfry i komputerów, więc wersje do odsłuchu dostawało się na kasetach), to kaseta wcześniej podpisana "T.Love - Pocisk Miłości", zawsze miała przekreślone słowo "miłość".

Michał Wiraszko: Robert tworzył w ciężkich, choć może paradoksalnie dla artystów łatwiejszych o wypowiedź, czasach. Nigdy w tym, co robił, nie był nieznośnie dosłowny czy bezpośredni i chyba to daje mu pewną ponadczasowość i nieśmiertelność. Może nie superuniwersalna w odbiorze, to jego muzyka i słowo są uniwersalne w przekazie. Był zresztą artystą totalnym, tak go postrzegam. Nigdy nie stał w miejscu, bycie w twórczym ruchu zdawało się być dla niego równie naturalne, co oddychanie. Zaświadczy o tym mnogość ról, dzieł i projektów, w które się angażował od Kryzysu po 52UM.

Tomasz Organek: Był bardzo osobliwym artystą. Nie miał nie wiadomo jakiego warsztatu, jako wokalista czy gitarzysta. Trzymał się stylistyki punkowej i była w tym pewna niedoskonałość, ale było w tym coś prawdziwego i to jest najważniejsze. Bardzo często warsztat nie jest gwarantem tego, że wartości artystyczne są na wysokim poziomie, a muzyka i twórczość Roberta to jest przede wszystkim przekaz. Potrafił przedstawić idee wolnościowe we własny osobliwy sposób, który momentami był chaotyczny i abstrakcyjny, szczególnie w ostatnich latach pracy. Ale to było bardzo mocne i silnie oddziaływało na słuchacza i na ludzi, którzy z nim pracowali, a miałem okazję tego doświadczyć.

Tymon Tymański: Nigdy nie byłem fanem Brygady ani Izraela. To kwestia silnego indywidualizmu, ale ja po prostu nigdy przed nikim nie padałem na kolana. Natomiast bardzo szanowałem moich starszych braci w ekspresji: Grześka Ciechowskiego, Lecha Janerkę, Tomka Lipińskiego, Roberta Brylewskiego, Ziemka Kosmowskiego, Krzyśka Grabowskiego, Darka Duszę czy Andrzeja Dziubka. Z nich wszystkich to jednak Brylu okazał się najbardziej kontaktowy, ludzki, kosmicznie inspirujący, choć bardzo cenię sobie swoistą przyjaźń z Lechem Janerką, kolejnym wspaniałym kosmitą.

Darek Malejonek: Pamiętam nasz pierwszy duży wspólnych koncert, który odbył się w Jarocinie w1984 roku. Pod sceną był las ludzi trzymających w rękach magnetofony kasetowe, którymi nagrywali. Wszyscy chłonęli muzykę, bo była dawką wolności, z dużym ładunkiem duchowym. Potem, już w latach 90., spotykaliśmy różnych ludzi, którzy mówili, że ta muzyka dawała im wtedy poczucie wyzwolenia, nawet w takich warunkach, w jakich wtedy żyliśmy. Poczucie, że można założyć kapelę, że można się kochać wbrew systemowi i ogólnej szarości.

Tomasz Organek: Najbardziej zapamiętałem historię naszego koncertu w Stoczni Gdańskiej, który upamiętniał pomordowanych robotników [koncert "Zapal światło dla wolności" odbył się w grudniu 2016 roku - przyp. red.]. Kiedy Robert zaprosił mnie do udziału w tym wydarzeniu i dowiedziałem się, że będzie transmitowany przez TVP, to mieliśmy poważne rozmowy o tym, czy wziąć w tym udział. Zastanawiałem się, czy ten przekaz nie zostanie w jakiś sposób zmanipulowany i podłączony pod coś, pod czym nie chcielibyśmy się podpisywać. Miałem już takie doświadczenia wcześniej, kiedy - z prywatnych pobudek - wziąłem udział w koncercie, który został skomentowany i zaprezentowany w sposób, który jest sprzeczny z tym, co myślę i czuję.

Robert powiedział mi wtedy, że on żadnej władzy się nie boi i skoro mamy szansę uczcić tych zamordowanych, to powinniśmy to zrobić, ale po swojemu.

Wpadł na pomysł, aby pod grube zimowe ubrania założyć koszulki z podobiznami Lecha Wałęsy, Henryki Krzywonos i kilku jeszcze bohaterów Solidarności, przemilczanych przez obecną władzę. To była cała akcja z tworzeniem tych koszulek, które dotarły do nas na ostatnią chwilę i były przemycane w taki sposób, aby nikt ich nie widział, bo być może do tego występu by nie doszło. Wywołaliśmy duże zdziwienie u szefa telewizji, który stał pod sceną i dobrze się bawił, dopóki nas nie zobaczył. Osiągnęliśmy zamierzony efekt i widziałem, że Robert poczuł satysfakcję, ale nie w kategoriach agresji - on się dobrze poczuł i wiedział, że dobrze wykonał swój plan. Bardzo dobrze pamiętam ten dzień i mnóstwo śmiechu, który nam towarzyszył podczas tej akcji.

"Ludzie dorośli, spętani układami, mało pamiętają. Myśli podążają inaczej. Myśli poplątane, skotłowane we mgle"

Tomasz Budzyński: Byliśmy artystami niezależnymi, nas media nie lansowały. Tak, jak nie było nas w mediach za komuny, tak nie ma nas też teraz. A nasza muzyka nie była dla pokolenia, ona jest uniwersalna, bo to, co chcieliśmy przekazać ludziom, to są wartości uniwersalne. To, co Robert Brylewski przekazywał chociażby w zespole Izrael, to są miłość, nadzieja, dobro - podstawowe wartości, których człowiek potrzebuje. I taki był przekaz Roberta w jego sztuce.

Muniek Staszczyk: Pamiętam, jak trzy lata temu, razem z kolegami z T.Love kupiliśmy mu gitarę. Cały zespół go kochał i doszły nas słuchy, że nie ma gitary. Robert się nie żalił, to ktoś z jego znajomych powiedział, że do czego to doszło, żeby facet jego typu nie miał po prostu normalnego, fajnego pudła, na którym mógłby komponować. Zadzwoniłem do chłopaków i Bodka [Bogdan Celiński, manager T.Love - przyp. red.] i powiedziałem, żebyśmy to pudło kupili. Nazim [Paweł Nazimek, basista T.Love - przyp. red.] lub Majcher [Maciej Majchrzak, gitarzysta T.Love - przyp. red.] wybrali instrument i zrobiliśmy mu niespodziankę. Umówiliśmy się z nim w knajpie. Był zmieszany, ale tego nie okazywał.

Tymon Tymański: Robert był jednym z tych wrażliwców, którzy czuli, że nie wypada im dopraszać się o kasę, doprecyzowywać finansowych umów. Nie miał też szczęścia do menadżerów. Dopiero pod koniec jego życia zjawiła się rzeczowa i opiekuńcza menadżerka Ewa Galin, ale był zbyt schorowany na intensywne życie koncertowe, zostało mu mało czasu. Na pewno jego wrażliwość nie była przystosowana do realiów wczesnego, krwiożerczego kapitalizmu, w jakich przyszło nam kreować te nasze, pożal się Boże, "wspaniałe kariery". Stosunkowo mały, płytki rynek muzyczny, proste gusta większości, brak mecenatu sztuki i swego rodzaju "zamocowania" sytuacji artysty, niejasność jego prawnego i społecznego statusu - tego problemu nie mają np. ludzie po ASP czy szkole muzycznej - to wszystko zadecydowało o jego trudnej sytuacji życiowej. Z drugiej strony Robert był prawdziwym artystą, a tacy zawsze mają przechlapane.

Michał Wiraszko: Nigdy nie starał się i nie zdyskontował przynależnego mu artystycznego sukcesu, co może napawać smutkiem w wymiarze życiowym, ale w wymiarze artystycznym stawia go wśród najszczerszych ze szczerych.

Muniek Staszczyk: Zawsze go lubiłem, bo był dobrym człowiekiem. Otaczał się różnymi ludźmi, różne to były klimaty. Potrzebował dobrego managera i w ostatnich latach znalazł Ewę Galin, która zajęła się jego rzeczami. Zaczęła to wszystko przywracać do porządku, bo wiele spraw było zaniedbanych wcześniej. Robert na pewno nie był typem księgowego. W ostatnich latach częściej występował gościnnie, niż tworzył coś nowego. W listopadzie [2017 rok - przyp. red.] zaprosiłem go jako gościa na dwa koncerty ostatniej trasy T.Love. Był z nami w Krakowie i w Warszawie i - jak się okazało - to był jego ostatni koncert w życiu. 25 listopada w warszawskiej Stodole zagraliśmy razem "Ambicję" i "Karuzelę". Cieszył się, było miło.

Andrzej Smolik: Ostatni raz widzieliśmy się, kiedy moi dawni koledzy ze Szczecina zaprosili Roberta i mnie na koncert zespołu Relanium [2012 rok - przyp.red.]. Byliśmy ich gośćmi podczas jednorazowego występu. Do Szczecina jedzie się bardzo długo i spędziłem tych ileś godzin z Robertem w pociągu. Moje ostatnie wspomnienie jest takie, że przez całą drogę się śmialiśmy. Tryskał humorem w taki sposób, że nie da się tego opisać. To było siedem czy więcej godzin niekończącej się anegdoty i śmiechu. Nie wiem, skąd on brał na to energię.

Tymon Tymański: Jednym z ostatnich obrazków, jakie widzę w pamięci, była nasza akcja pod Pałacem Prezydenckim w lecie 2017. Była to liberalna impreza w temacie niezawisłości sądów, podczas której zapomniano o wolności słowa artysty. Kiedy zaśpiewałem swoje antypolskie paszkwile, młodzi organizatorzy wyłączyli mi mikrofon. Na koniec Robert miał zaśpiewać parę swoich piosenek, ale o nim zapomniano. Kiedy wreszcie zaczęły się gorączkowe pertraktacje pod sceną, był nieugięty. Zasugerowano, żeby zaśpiewał swoje piosenki sam, beze mnie. "Co to, cenzura czy odpowiedzialność zbiorowa?", zakpił, wokół ust błąkał mu się złośliwy uśmieszek. "Albo z Tymonem albo w ogóle. I gramy to, co chcemy", rzucił, a jego twarz zrobiła się harda i nieugięta. Taki był do końca, takim go zapamiętałem.

Tomasz Organek: To był odwieczny wojownik. Zanim go poznałem, widziałem jego antysystemowość, że walczy o wolności, nie tylko osobiste, ale również te związane z demokracją i to nie tylko w latach 80., ale również teraz. Miał w sobie walkę, ale kiedy go poznałem okazało się, że był człowiekiem walczącym w sposób pokojowy. Bliskie mu były idee pacyfistyczne i walka poprzez pokazywanie dobrej strony mocy. Był pod ogromnym wpływem Alvina Tofflera oraz jego koncepcji trzeciej fali, w której upatrywał rozwiązanie konfliktów i wielu światowych problemów. Okazał się człowiekiem bardzo ciepłym i pozbawionym agresji. To mi bardzo zaimponowało.

Andrzej Smolik: Z jednej strony miał w sobie taką skromność i otwartość na innych, a z drugiej - jakieś nieprzejednanie w niektórych kwestiach. Były rzeczy, przy których Robert - będąc pacyfistą i bardzo miłym człowiekiem - mówił "nie". I to znaczyło nie. Mówię tu o rzeczach, o które przez całe życie walczył.

"Blisko słońca, blisko miłości, blisko aniołów, niewinnej świadomości"

Michał Wiraszko: O całej sytuacji związanej z tragicznym zajściem dowiedziałem się w marcu. Byliśmy gotowi oficjalnie zbierać na ratowanie Roberta środki podczas festiwalu w Jarocinie. Stało się inaczej i w tej chwili myślimy, jak poświęcić mu jak największy wycinek tegorocznego festiwalu.

Muniek Staszczyk: W marcu dotarła do mnie ta straszna wiadomość. Byłem blisko do końca. W maju odwiedziłem go w szpitalu. Wyglądał jak Robert, ładnie nawet wyglądał, tylko po prostu spał - był w śpiączce. Różni jego przyjaciele, w tym ja, zrobiliśmy nagrania, które mogłyby go w jakiś sposób pobudzić, mówiliśmy do niego. Wiedzieliśmy, że może być różnie, ale nie myślałem, że taki będzie finał. Do mnie to jeszcze dociera, brakuje mi go, ale myślę, że dopiero to odczuję. To była absurdalna śmierć, która nie powinna się w ogóle zdarzyć.

Tomasz Organek: Dojrzał do takiego momentu, kiedy chciał po prostu pożyć ze swoją rodziną. Najbardziej przykre w tej historii jest to, że ten moment został mu zabrany i to boli.

Tymon Tymański: Jestem pewien, choć jest to oczywista ironia losu, że teraz jego twórczość rozbłyśnie na niebie naszych inspiracji pełną krasą. Dopiero teraz ludzie naprawdę docenią to, co zrobił... To prawda, że Robert nie umiał prosić o pomoc i sam sobie nie pomagał, często żyjąc i balansując na krawędzi, ale od tego kraju, od nas, należało mu się znacznie więcej.

Darek Malejonek: Młodzi ludzie powinni odkrywać tę muzykę. W ostatnich latach jego muzyka była mało grana w mediach. Teraz - po śmierci - pojawiły się w radiach piosenki Izraela, Brygady Kryzys czy Armii. A to jest niezwykła kopalnia. Te utwory dla naszej generacji były bardzo ważne, miałem szczęście, że razem z nim mogłem je tworzyć. Myślę, że jego śmierć jest klamrą, która zamknęła pewną epokę muzyki. Muzyki lat 80., która miała w sobie bunt, zaangażowanie, która niosła w sobie przekaz . Naprawdę czuję taki koniec. Dziś są inne czasy, wtedy mieliśmy jeden cel, którym była wolność i Robert był na pewno człowiekiem wolności. Był symbolem tamtego środowiska.

Muniek Staszczyk: Ludzie nie uświadamiają sobie, jaka to jest strata dla polskiej kultury, dla muzyki. Zostało jego dziedzictwo i tym się trzeba cieszyć. Dla mnie to śmierć bliskiego człowieka i to, co będę pamiętać, to same dobre rzeczy. Był duchem sprawczym całej mojej kariery. Nie byłoby mnie w tej chwili tu, gdzie jestem, gdyby nie on.

Piotr Strojnowski: Myślę, że gdyby nie Robert i tamte próby w kanciapie Riviera-Remont, toby nie powstał zespół Daab. Robert dla wielu był inspiracją i wzorem bezkompromisowości - prawdziwym artystą.

Michał Wiraszko: Robert zostawia nam swoją wrażliwość zaklętą w dorobku muzycznym, książkach i filmach. Korzystajmy z niej na co dzień, to wielka wartość i nauka dla nas samych i dla tych, którzy minęli się z nim w czasie.

Darek Malejonek: Odszedł dobry człowiek. Serdeczny przyjaciel, który zawsze miał czas dla innych. Umiał rozmawiać, był otwarty. Kochał muzykę, kochał życie. Był prawdziwym załogantem.

Tymon Tymański: Był wspaniałym artystą i przyjacielem, charyzmatycznym szamanem sceny i studia, wiecznie poszukującym innowatorem. Będziemy go zawsze kochać i o nim pamiętać, pozostanie w naszych sercach do końca naszych dni jako osobny świat, jako ktoś magiczny, niepowtarzalny i wyjątkowy.

Cytaty pochodzą z piosenki "Dzieci" zespołu Max i Kelner; tekst: Robert Brylewski.

Czytaj też na tvn24.pl

W PIĄTEK ODBYŁ SIĘ POGRZEB ROBERTA BRYLEWSKIEGO:

Pogrzeb Roberta BrylewskiegoMateusz Szmelter / tvnwarszawa.pl
wideo 2/3

Estera Prugar