29-latek z "lambo" w areszcie. Powodem groźba ucieczki

Warszawa

"Samochód miał trafić z Cannes do Londynu"TVN24
wideo 2/4

Sąd przychylił się do wniosku prokuratury o tymczasowy areszt dla 29-latka, którego policjanci namierzyli za kierownicą kradzionego lamborghini. Samochód, miał trafić z Dubaju do Anglii, ale zaginął we Francji. Warszawska policja namierzyła go na Połczyńskiej.

W środę rano zatrzymany mężczyzna został przesłuchany. Prokurator postawił mu zarzut przywłaszczenia cudzego mienia.

- Chodzi o samochód marki lamborghini aventador, stanowiący mienie o znacznej wartości. To czyn kwalifikowany z artykułu 284 paragraf drugi kodeksu karnego, w związku z artykułem 294 paragraf pierwszy kodeksu karnego - wyjaśnia Mirosława Chyr z Prokuratury Okręgowej w Warszawie.

Prokurator skierował też do sądu wniosek o tymczasowy areszt. Sąd przychylił się do wniosku. Swoją decyzję podyktował możliwością ucieczki zatrzymanego.

Zaginione lamborghini

Zawiadomienie o zaginięciu cennego samochodu złożone zostało dwutorowo: w Polsce i we Francji. Wiadomość o kradzieży mieli też funkcjonariusze z Anglii, gdzie samochód powinien był dotrzeć, ale nie dotarł.

Lamborghini miało trafić z Dubaju, przez Cannes, do Londynu. Ale po drodze zaginęło.

Odnalazło się na warszawskim Bemowie. Tu policjanci z wydziału do walki z przestępczością przeciwko mieniu na Ochocie odzyskali pojazd warty - jak twierdzi policja - 1,5 miliona złotych.

- Lamborghini zostało namierzone na ulicy Połczyńskiej. Za kierownicą samochodu siedział 29-letni obywatel Nepalu, który został zatrzymany. Funkcjonariusze zabezpieczyli samochód, który trafił na policyjny parking - przekazała komenda stołeczna.

Jak przyznają policjanci, to najdroższe auto, jakie udało im się do tej pory odzyskać.

Okoliczności, w jakich samochód trafił do Polski, na razie nie są znane. Ich wyjaśnieniem zajmują się policjanci z Ochoty oraz prokuratura.

Rzadki okaz

O sprawie pisaliśmy na tvnwarszawa.pl już w poniedziałek. - Jest to dość unikatowa wersja. Zdziwiłem się, kiedy zobaczyłem auto na lawecie. Chciałem zrobić zdjęcie, żeby się pochwalić wrzucając na spotterskie grupy. Prowadziłem, więc nie zdążyłem. Jednak chwilę później ten sam samochód zauważyłem przy hotelu Hilton, gdzie byłem umówiony na spotkanie. Postanowiłem go nagrać - opisywał Krzysztof Zdankowski z AutoTesty.com.pl.

Mężczyzna podszedł do auta, które właśnie zjeżdżało z lawety. Nagrał je z każdej strony. Jak twierdzi, osoba podająca się za właściciela pozwoliła mu nawet zajrzeć do środka, chciała otworzyć maskę.

- Wtedy nie miałem świadomości, że auto może być skradzione. Jednak kiedy wstawiłem film na kilka grup w mediach społecznościowych, pod jednym ze zdjęć pojawił się komentarz, że samochód jest kradziony. Odezwała się do mnie osoba, podająca się za właściciela, poprosiła o udostępnienie nagrania - opowiadał.

kk/r/mś