Do naszej redakcji zgłosiła się jedna z nauczycielek, która przez cały rok szkolny prowadziła z dziećmi zajęcia w przedszkolu przy ulicy Dionizosa na Białołęce. Niedawno informowaliśmy, że odnotowano w nim przypadki gruźlicy.
Sanepid podawał wówczas, że chorobę rozpoznano u pracownicy placówki (gruźlica prątkująca) oraz jednego dziecka (gruźlica nieprątkująca). U trojga kolejnych dzieci stwierdzono latentne zakażenie prątkiem gruźlicy. Jak zaznaczono, takie zakażenie nie oznacza aktywnej postaci choroby - osoby nie mają objawów i nie stanowią zagrożenia.
Dzieci skierowano na badania, kilkoro trafiło do Mazowieckiego Centrum Leczenia Chorób Płuc i Gruźlicy w Otwocku.
Kilkaset złotych za test
- W związku z wykryciem gruźlicy na terenie przedszkola zgłoszono mnie do sanepidu. Do dzisiaj nie otrzymałam żadnego pisma w tej sprawie. Kontaktuję się z innymi nauczycielkami przedszkola i one również nie dostały żadnej informacji. Z obawy o własne i mojej rodziny zdrowie, sama zgłosiłam się na badania. Za test zapłaciłam 323 złote. Sanepid zaleca powtórzenie tego testu za jakiś czas. Badane przedszkolaki mają ten test za darmo, dorośli niestety nie. Kto nam zwróci pieniądze za badania? - ubolewa nauczycielka, która chce pozostać anonimowa.
I żali się, że "nikogo to nie interesuje", choć powinno. - Niedokładnie przebadany personel grozi powtórzeniem epidemii w przyszłości - zauważa. Zaznacza, że nie każdego z personelu stać na pokrycie kosztów badań. Przypomina, że w zeszłym roku podobna sytuacja była w Krośnie Odrzańskim. - Tam władze zachowały się wzorowo i pokryły koszty badań dzieci i personelu - ocenia.
- Z lękiem patrzę na brak organizacji i opieki ze strony gminy i na opieszałość sanepidu. Chodzi o bezpieczeństwo dzieci i personelu. To jest bardzo poważna choroba. A rok szkolny zbliża się dużymi krokami - podsumowuje nasz rozmówczyni.
Sanepid analizuje, kto miał kontakt z chorym
O sprawę zapytaliśmy w urzędzie dzielnicy Białołęka. Jak wyjaśnia nam jego rzeczniczka Katarzyna Wiejowska, o tym, kto powinien zostać przebadany, decydują służby sanitarne, nie urzędnicy.
"Sanepid analizuje, które osoby miały kontakt z chorym, jak długo trwał kontakt i jakie było ryzyko zakażenia, a w dalszym kroku kieruje wskazane osoby na odpowiednie badania. Nie bada się automatycznie całej placówki. Najpierw obejmuje się diagnostyką osoby, które miały najbliższy i najdłuższy kontakt z chorym, a następnie, jeśli jest taka potrzeba, rozszerza się zakres badań" - wyjaśnia w nadesłanej do nas odpowiedzi.
Wiejowska zapewnia, że od momentu uzyskania informacji o zachorowaniu, dyrekcja placówki pozostaje w stałym kontakcie zarówno z radą rodziców, jak i właściwymi służbami sanitarnymi oraz z urzędem dzielnicy. Podkreśla też, że wszelkie działania są zgodne z obowiązującymi procedurami.
Analizują możliwość pokrycia kosztów
Rzeczniczka ocenia też, że porównanie sytuacji białołęckiego przedszkola do przypadku Krosna Odrzańskiego, "jest co najmniej nietrafione". "Dzielnica Białołęka nie jest odrębną gminą i nie dysponuje takim samym zakresem kompetencji, samodzielności ani sposobem prowadzenia gospodarki finansowej, jak jednostki samorządu terytorialnego posiadające status gminy" - wyjaśnia.
Urzędniczka podaje, że analizowane są prawne i finansowe możliwości dotyczące pokrycia kosztów badań. "Po zakończeniu tych ustaleń i uzyskaniu jednoznacznych rozstrzygnięć wszystkie zainteresowane osoby zostaną niezwłocznie poinformowane o dostępnych rozwiązaniach oraz zasadach ich realizacji" - zapewnia urzędniczka.
Kogo diagnozują na koszt państwa?
Z kolei zastępca Państwowego Powiatowego Inspektora Sanitarnego w Warszawie Artur Walkiewicz informuje, że dotąd nie rozpoznano gruźlicy prątkującej u żadnego z dzieci uczęszczających do tego przedszkola. A zgodnie z Ustawą o zapobieganiu oraz zwalczaniu zakażeń i chorób zakaźnych u ludzi wyłącznie kontakt z chorym prątkującym oznacza obowiązek poddania się badaniom na koszt NFZ.
"W związku z tym faktem osoby ze styczności z dziećmi nie posiadają wskazań do badań diagnostycznych" - stwierdził Walkiewicz. Zgodnie z ustaleniami, źródłem zakażeń był pracownik przedszkola, więc "tylko osoby z bezpośredniego kontaktu z tym chorym są obejmowane nadzorem epidemiologicznym." Jeśli chodzi o innych, to badania są "poza wykazem świadczeń gwarantowanych".
Dochodzenie sanepidu trwa.
Dzieci szczególnie narażone
Zastępca warszawskiego sanepidu informuje, że dzieci są szczególnie narażone na negatywne skutki zakażenia. "Stąd fakt objęcia ich pogłębioną diagnostyką. Gruźlica jest chorobą o długim okresie inkubacji, rozwija się powoli, a od wniknięcia patogenów do organizmu do rozwinięcia prątkowania mijają miesiące, a nawet lata. Dlatego sytuacja w ocenie tutejszego organu jest pod kontrolą i nie stanowi bezpośredniego zagrożenia epidemicznego" - podkreśla.