|

Dawid był zdrowy, teraz liczą na cud. 24 minuty, które zmieniły wszystko

Ośmioletni Dawid trafił do kliniki Budzik
Ośmioletni Dawid trafił do kliniki Budzik
Źródło zdj. gł.: archiwum prywatne
Wieczorem ośmioletni Dawid jadł z mamą frytki po treningu piłki nożnej. Kilka godzin później jego bracia prowadzili reanimację chłopca, czekając na karetkę. Od pierwszego połączenia z numerem alarmowym do pojawienia się ratowników medycznych minęły 24 minuty. Dziś Dawid jest w klinice Budzik, a sprawę bada prokuratura. Artykuł dostępny w subskrypcji

- Dawid był na treningu piłki nożnej. Potem pojechaliśmy na małe zakupy. W domu zrobiliśmy frytki, na które Dawid miał ochotę. Wieczorem poszedł spać - opowiada Joanna Sochacka, matka Dawida.

Nic nie zapowiadało, że następnego dnia, w środę 18 lutego o świcie, życie rodziny z warszawskiej Białołęki zupełnie się zmieni.

- Około godziny piątej obudziłam się, usłyszałam jakby charczenie. Dawid był wtedy u mnie w łóżku. To nie było nic nadzwyczajnego, bo często do mnie przychodził w nocy. W pierwszej chwili pomyślałam, że ma zły sen. Chciałam go lekko przebudzić. Dotknęłam go, a on był wiotki. Bardzo się przestraszyłam i krzyknęłam - opisuje kobieta.

Jej trzej starsi synowie zerwali się z łóżek. Jeden wyprowadził przerażoną matkę z pokoju, a dwóch udzielało bratu pierwszej pomocy.

Joanna Sochacka pamięta, że najstarszy, 21-letni, syn, zadzwonił pod 112. Przez kilka minut rozmawiał z dyspozytorką, wykonywał masaż serca.

- Pani na linii powiedziała, żeby oczekiwać na karetkę. A gdyby się coś działo, to żeby zadzwonili jeszcze raz. Po kilku minutach znowu serce Dawida przestawało bić - relacjonuje mama ośmiolatka.

Bracia wykonali kolejny telefon. Tym razem - jak mówi pani Joanna - rozmowa z dyspozytorką trwała dłużej, około 14 minut. Jeszcze raz, od początku, musieli tłumaczyć, co się stało. Pozostali na linii aż do przyjazdu karetki.

Dawid ma osiem lat, przed lutowym porankiem był zdrowym chłopcem
Dawid ma osiem lat, przed lutowym porankiem był zdrowym chłopcem
Źródło zdjęcia: archiwum prywatne

24 minuty

- Załoga karetki, która przyjechała, zreanimowała Dawida. Odzyskali go zupełnie. Nie zabrali go od razu szpitala, ale zadzwonili po kolejną karetkę. Ta druga przyjechała szybko. Pojechaliśmy dwoma karetkami do szpitala. W jednej jechał Dawid, w drugiej ja - opowiada mama chłopca.

Od początku pierwszej rozmowy z dyspozytornią do przybycia ratowników minęły 24 minuty. W środku tygodnia, o godzinie piątej rano.

Na potwierdzenie publikujemy zrzuty ekranu z telefonu pani Joanny. Wynika z nich, że pierwsze połączenie na numer 112 zostało wykonane o godzinie 5.00. Trwało sześć minut.

Pozostało 79% artykułu
Z tego artykułu dowiesz się:
Jakie były decydujące momenty interwencji służb ratunkowych w przypadku Dawida?
Czy procedury dyspozytorów zostały właściwie zastosowane podczas zgłoszenia?
Jakie konsekwencje niesie opóźnienie przyjazdu karetki dla pacjenta?
Co z postępowaniem prokuratury i Rzecznika Praw Pacjenta w tej sprawie?
Jak teraz wygląda codzienność rodziny ośmiolatka?
Czytaj także: