Masz subskrypcję?
- Dawid był na treningu piłki nożnej. Potem pojechaliśmy na małe zakupy. W domu zrobiliśmy frytki, na które Dawid miał ochotę. Wieczorem poszedł spać - opowiada Joanna Sochacka, matka Dawida.
Nic nie zapowiadało, że następnego dnia, w środę 18 lutego o świcie, życie rodziny z warszawskiej Białołęki zupełnie się zmieni.
- Około godziny piątej obudziłam się, usłyszałam jakby charczenie. Dawid był wtedy u mnie w łóżku. To nie było nic nadzwyczajnego, bo często do mnie przychodził w nocy. W pierwszej chwili pomyślałam, że ma zły sen. Chciałam go lekko przebudzić. Dotknęłam go, a on był wiotki. Bardzo się przestraszyłam i krzyknęłam - opisuje kobieta.
Jej trzej starsi synowie zerwali się z łóżek. Jeden wyprowadził przerażoną matkę z pokoju, a dwóch udzielało bratu pierwszej pomocy.
Joanna Sochacka pamięta, że najstarszy, 21-letni, syn, zadzwonił pod 112. Przez kilka minut rozmawiał z dyspozytorką, wykonywał masaż serca.
- Pani na linii powiedziała, żeby oczekiwać na karetkę. A gdyby się coś działo, to żeby zadzwonili jeszcze raz. Po kilku minutach znowu serce Dawida przestawało bić - relacjonuje mama ośmiolatka.
Bracia wykonali kolejny telefon. Tym razem - jak mówi pani Joanna - rozmowa z dyspozytorką trwała dłużej, około 14 minut. Jeszcze raz, od początku, musieli tłumaczyć, co się stało. Pozostali na linii aż do przyjazdu karetki.
24 minuty
- Załoga karetki, która przyjechała, zreanimowała Dawida. Odzyskali go zupełnie. Nie zabrali go od razu szpitala, ale zadzwonili po kolejną karetkę. Ta druga przyjechała szybko. Pojechaliśmy dwoma karetkami do szpitala. W jednej jechał Dawid, w drugiej ja - opowiada mama chłopca.
Od początku pierwszej rozmowy z dyspozytornią do przybycia ratowników minęły 24 minuty. W środku tygodnia, o godzinie piątej rano.
Na potwierdzenie publikujemy zrzuty ekranu z telefonu pani Joanny. Wynika z nich, że pierwsze połączenie na numer 112 zostało wykonane o godzinie 5.00. Trwało sześć minut.