Na południu Kalifornii w rejonie miasta Simi Valley niedaleko Los Angeles od poniedziałku trwa walka z pożarem Sandy. Jak przekazał Andy VanSciver ze straży pożarnej hrabstwa Ventura, we wtorek żywioł szalał na południowym skrzydle, trawiąc rozległy obszar roślinności. Jak dodał, największe trudności w gaszeniu pożaru sprawia wiatr, a suche trawy podsycają płomienie. Strome zbocza dodatkowo sprzyjają ich rozprzestrzenianiu się.
Przed nimi kolejny dynamiczny dzień
Służby poinformowały o pewnych postępach, jednak wieczorem we wtorek w niektórych częściach miast Simi Valley i Bell Canyon oraz w innych rejonach nadal obowiązywały nakazy ewakuacji. W pewnym momencie objęto nimi nawet 28 tysięcy osób. We wtorek po południu liczba ta wynosiła około 17 tysięcy mieszkańców.
Według najnowszych informacji strażaków żywioł był opanowany w zaledwie pięciu procentach, a objęte nim było we wtorek prawie 690 hektarów obszaru. Walka z ogniem odbywa się z ziemi i z powietrza. Portal dziennika "Los Angeles Times" pisze o tym, że w środę służby czeka kolejny "dynamiczny dzień".
Pożar na "kalifornijskim Galapagos"
Strażacy walczą też z innym pożarem obejmującym obszar 6,8 tysiąca hektarów na wyspie Santa Rosa Island, jednej z wysp Parku Narodowego Channel Islands. Pożar zniszczył domek letniskowy i szopę na sprzęt oraz zmusił do ewakuacji kilkunastu pracowników Służby Parków Narodowych (NPS).
Według danych Kalifornijskiego Departamentu Leśnictwa i Ochrony Przeciwpożarowej (Cal Fire), żywioł we wtorek opanowany był w 26 procentach.
Rejon Wysp Santa Barbara charakteryzuje się ogromną różnorodnością biologiczną, dlatego niektórzy nazywają to miejsce "kalifornijskim Galapagos". Jak zauważa agencja informacyjna Associated Press, to popularne miejsce wśród miłośników biwakowania i wędrówek oraz siedlisko wielu rzadkich gatunków zwierząt.