Pożar, który wybuchł w gminie Los Gallardos w prowincji Almeria w Andaluzji w południowej Hiszpanii, przyczynił się do śmierci 12 osób. Służby twierdzą, że większość z nich to obcokrajowcy, którzy próbowali uciekać, zamiast słuchać komunikatów służb i się schronić. Tożsamość ofiar ustalą jednak dopiero badania genetyczne. Ogień strawił ponad 6000 hektarów roślinności, a służby wciąż walczą z żywiołem.
Pożar w Almerii. Nagle zaczął padać popiół
Swoje domy musiało opuścić ponad 1400 osób. Wielu z nich to mieszkańcy gminy Bedar, najbardziej doświadczonej przez ogień. Jak opisuje dziennik "El Mundo", po przejściu pożaru miejscowość Bedar jest całkowicie opuszczona, a w krajobrazie dominuje czerń spalonej roślinności.
Mieszkańcy, wśród których jest wielu obcokrajowców, opisali swoje przeżycia. Jednym z nich jest 74-letni Brytyjczyk Ken, który w czwartkowe popołudnie kąpał się w basenie z przyjacielem, gdy nagle zaczął padać popiół. Przybiegł do nich sąsiad i ostrzegł ich przed pożarem. Zabrali najważniejsze rzeczy i zaczęli uciekać w tym samym kierunku, co inni.
- Wszyscy byli w szoku, nie mogli uwierzyć, że wszystko stało się tak szybko. Patrzyliśmy na to z auta i już po minucie płomienie były bliżej nas. Nadciągały z każdej strony, wszędzie unosił się dym, to było jak w horrorze. W ciągu pół godziny wszystko płonęło - relacjonował Ken w rozmowie z hiszpańskim dziennikiem "El Mundo".
CZYTAJ TAKŻE: Musieli się ewakuować. Schronili się w domu pogrzebowym
Widziała tylko buchające płomienie
Podobne przeżycia miała 87-letnia Szkotka Nina Simpson, mieszkająca w El Campico de las Moletas nieopodal Bedar od 15 lat. - Mieszkam w domu na wzgórzu, z którego wszystko dobrze widać. Jedyne, co widziałam, to buchające w górę czerwone płomienie - opowiadała w rozmowie z agencją informacyjną Reuters.
Jak relacjonowała Simpson, w czwartek wiatr wiał w przeciwnym kierunku, ale w piątek jego kierunek się zmienił i płomienie zaczęły się zbliżać do jej domu. W pewnym momencie do jej drzwi zapukał funkcjonariusz służb, każąc się jej ewakuować. Kobieta zabrała swoje psy, najpotrzebniejsze rzeczy i została umieszczona w hotelu.
Zarówno Ken, jak i Nina byli sfrustrowani brakiem informacji o tym, co stało się z ich dobytkiem i czy będą mieli do czego wracać, gdy już zezwolą im na to służby. - Nie wiem, czy straciłam wszystko, ale najważniejsze, że nie straciłam życia - przyznała Simpson.