Powódź w Nepalu. W tunelach wciąż mogą być żywi. Szukają ich kamerą termowizyjną

Nepalscy ratownicy przeszukują tunele pod elektrownią wodną z wykorzystaniem kamery termowizyjnej
Nepalscy ratownicy przeszukują tunele pod elektrownią wodną z wykorzystaniem kamery termowizyjnej
Źródło wideo: Manish Maharjan/Reuters
Źródło zdj. gł.: Manish Maharjan/Reuters
Dodaj do preferowanych źródeł w Google
Nepalscy ratownicy nie przestają szukać pracowników elektrowni wodnej, którzy mogą pozostawać uwięzieni w tunelach. Próbują ich zlokalizować między innymi za pomocą kamery termowizyjnej oraz kontrolowanych wybuchów. Bliscy zaginionych opowiadają o swoich nadziejach i frustracjach związanych z akcją poszukiwawczą.

W nepalskim dystrykcie Rasuwa i tybetańskim powiecie Gyirong wciąż trwa akcja ratunkowa po powodzi błyskawicznej i osuwiskach, do których doszło w środę. W miarę postępów w przeczesywaniu gruzów rośnie bilans ofiar - według najnowszych informacji nepalskiej Agencji ds. Ograniczania Ryzyka Klęsk Żywiołowych i Zarządzania (NDRRMA) zginęło ponad 1000 osób. Ofiary śmiertelne pojawiły się także po tybetańskiej stronie, w powiecie Gyirong.

Uwięzieni pracownicy elektrowni wodnej. Szukają ich kamerą termowizyjną

Zgodnie z najnowszym bilansem ponad 4400 osób wciąż uważanych jest za zaginione. Znaczną część z nich, około 900, stanowią pracownicy elektrowni wodnych. Zdaniem służb wielu z nich może pozostawać uwięzionych w tunelach pod kompleksem.

Aby ich zlokalizować, nepalscy ratownicy wykorzystują różne metody. W poniedziałek przeczesywali tunele przy użyciu drona z kamerą termowizyjną. Na wykonanym przez nią nagraniu widać strop i ściany zakrzywione przez masy wody niosące gruz i błoto. Niestety ratownikom nie udało się znaleźć żadnych ludzi.

- Byliśmy nieco rozczarowani, bo mieliśmy pewne nadzieje, że w pomieszczeniu elektrowni mogą znajdować się jacyś ludzie, ale poziom wody, błota i ziemi sięgał 80 czy 90 procent wysokości tunelu. Nasze nadzieje się rozwiały, jesteśmy naprawdę smutni i po prostu postanowiliśmy wrócić - powiedział agencji informacyjnej Reuters Manish Maharjan, operator drona.

Wysadzają wzgórza, by dostać się do zaginionych

W poniedziałek rano nepalskie służby próbowały odnaleźć zaginionych, przeprowadzając serię kontrolowanych eksplozji w zboczach wzgórz. W niedzielę taką akcję zapowiedziało biuro premiera, informując w komunikacie, że działania ratunkowe w elektrowni zostaną "zintensyfikowane", między innymi poprzez podjęcie "prac wybuchowych".

Służby prowadziły działania także za pomocą ciężkiego sprzętu. Z wykorzystaniem koparek wykopały otwór o głębokości około 10 metrów, by usunąć wodę, błoto i gruz. Zgodnie z informacjami przekazanymi przez NDRRMA w poprzednich dniach z tuneli udało się wyciągnąć setki osób - w piątek 191, a w sobotę kolejne 88.

Klatka kluczowa-668567
Nepalscy ratownicy próbują wyciągnąć pracowników elektrowni wodnej z zalanych tuneli
Źródło: Naveen Srivastava via X/Reuters

Liczą na to, że ich bliscy żyją. "To frustrująco powolna akcja"

Jednym z zaginionych pracowników elektrowni jest Jiblal Adhikari. Jego żona Sita Pandey wciąż ma nadzieję, że jej ukochany się odnajdzie. - Wciąż mam 50-procentową nadzieję, że żyje, bo w środku znajduje się system tlenowy - powiedziała nepalskiej gazecie "Kitapur". - Jednak z każdą mijającą godziną ta nadzieja słabnie - dodała.

Opóźnienia w akcji ratowniczej frustrują bliskich uwięzionych osób. W weekend ratownicy zaczęli pompować powietrze do tuneli, ale niektórzy twierdzą, że powinni to zrobić znacznie wcześniej.

- Im dłużej to trwa, tym bardziej gaśnie nasza nadzieja. Operacja musi przebiegać znacznie szybciej, ponieważ każda sekunda ma dla nas ogromne znaczenie. To frustrująco powolna akcja - powiedział "Kitapur" Jiban Khadka, którego krewny uznawany jest za zaginionego.

Bliscy opłakują zmarłych w powodzi i osuwiskach w Nepalu
Bliscy opłakują zmarłych w powodzi i osuwiskach w Nepalu
Źródło zdjęcia: PAP/EPA/NARENDRA SHRESTHA

Uniknęli najgorszego. "Gdybym puścił szczebel, spadłbym"

Niektórym pracownikom elektrowni udało się uniknąć porwania przez masy wody i śmieci. Jednym z nich jest Ram Chandra - w chwili, gdy uderzył żywioł, chwycił się jednego ze szczebli wbitych w strop tunelu, w którym pracował. Nadal musiał jednak pokonać kilkaset metrów do wyjścia. - Poziom wody rósł i trudno mi było poruszać nogami. Gdybym puścił szczebel, wpadłbym - przyznał w rozmowie z CNN.

Chandra znalazł się w niełatwym położeniu razem z pięcioma kolegami. Chwycił blachę, by mieć na czym stanąć. Następnie grupa podawała ją sobie z rąk do rąk, posuwając się centymetr po centymetrze i szczebel po szczeblu w kierunku wyjścia. Opuszczenie tunelu zajęło im sześć godzin. Zanim się wydostali, w pobliżu wyjścia znaleźli jeszcze jedną osobę.

Chowają ofiary w zbiorowych mogiłach

Podczas gdy wciąż trwa akcja poszukiwawcza, z uwagi na rosnące zagrożenie epidemiologiczne i przepełnienie lokalnych kostnic nepalskie władze rozpoczęły masowe pochówki nieznanych z nazwiska ofiar. Jak podał Reuters, ciała trafiają do zbiorowych grobów w lesie Devghat w dystrykcie Ćitwan, około 200 kilometrów od doliny Rasuwa.

Przed złożeniem zwłok w ziemi nepalskie służby, wspierane przez specjalistyczny zespół medycyny sądowej z Indii, pobierają próbki DNA i szczegółowo katalogują lokalizację każdego grobu. W ten sposób chcą ułatwić późniejszą identyfikację ciał przez członków rodziny, którzy przybywają do Ćitwan z całego Nepalu w poszukiwaniu swoich bliskich.

Źródło: BBC, CNN, Reuters, PAP
Czytaj także: