W środę 26 sierpnia tybetański powiat Gyirong i nepalski dystrykt Rasuwa nawiedziły powódź błyskawiczna i osuwiska. Dokładnie tydzień później nepalskie służby informowały o odnalezieniu zwłok 1114 ofiar powodzi błyskawicznej, która 26 sierpnia nawiedziła himalajski region przy granicy z Tybetem. Po stronie chińskiej bilans jest niezmieniony i wynosi 16 ofiar. Według najnowszego bilansu po obu stronach granicy poszukiwanych jest około 4,5 tysiąca ludzi.
"Oni myśleli, że są bezpieczni"
W wiosce Syabru Besi, blisko granicy z Tybetem, tuż za szkołą, rzeka Bhote Koshi skręca w prawo. W środę 26 września na wysokim brzegu, gdzie zbudowano elektrownię wodną, zebrała się grupa pracowników i inżynierów. Ich oczy i telefony z kamerami skierowane były w górę rzeki, skąd szła fala powodziowa.
- Oni myśleli, że są bezpieczni - mówił w rozmowie z Polską Agencją Prasową Prem KC, inżynier pracujący przy elektrowni w Syabru Besi. - Od dna rzeki było tam 100 metrów wysokości. Sprawdziliśmy wysokość na mapach technicznych - dodał. Fala powodziowa zmyła wszystkich. - To było jak tsunami, nawet ludzie pracujący od dekad przy budowie elektrowni wodnych i znający teren, lokalne warunki, nie spodziewali się takiej fali - podkreślił Prem, nie kryjąc wzburzenia.
Według CNN z historycznego punktu widzenia pierwsze 48-72 godziny po katastrofie są kluczowe, by dotrzeć do osób, które mogły zostać pogrzebane żywcem. Po upływie tego czasu szanse na przeżycie gwałtownie maleją, ponieważ ocalały może nie mieć dostępu do wody pitnej. W nocy z piątku na sobotę wiele osób spało przed szpitalem w Katmandu, mając nadzieję, że po przebudzeniu dowiedzą się czegoś o zaginionych bliskich.
Powódź w Nepalu. "Niewiarygodny hałas"
W sobotę CNN przytoczyła historię włoskiego fotografa Stefano Lotumolo, który w momencie zejścia osuwiska i lawiny błotnej podróżował autobusem po pograniczu Tybetu i Nepalu. Jak opowiadał, pasażerowie mieli co najwyżej minutę by uciec z pojazdu i przedostać na wyżej położony teren. On sam schronił się w małej chatce wraz z około 50 innymi osobami aż do następnego ranka, kiedy to przyleciały helikoptery wojskowe.
- Hałas był niewiarygodny - powiedział Lotumolo. - Wszędzie rozbrzmiewał potężny dźwięk śmierci - dodał.
Dramatyczna sytuacja na miejscu
Jak opisywał w piątek dziennik "The Kathmandu Post", zwłoki ofiar wyławiane są z rzek dziesiątki kilometrów od miejsca katastrofy, między innymi w dystryktach Chitwan i Nawalparasi. Doszczętnemu zniszczeniu uległy drogi, przeprawy mostowe i okoliczne osady, a to powoduje ogromne problemy logistyczne.
Szpitale i kostnice w wielu dystryktach są przepełnione. W Chitwanie, gdzie wyłowiono dotąd 186 ciał, placówki medyczne dysponują miejscami dla około 50 zmarłych. Władze adaptują na tymczasowe kostnice nieużywane budynki i sale gminne, wykorzystując suchy lód do konserwacji zwłok. Sytuacja wygląda podobnie w Pokharze. Ciała są transportowane między dystryktami.
Wielkim wyzwaniem staje się identyfikacja ofiar, do której wykorzystuje się zdjęcia, odciski palców i testy DNA. Rodziny zaginionych przybywają do przepełnionych ośrodków w poszukiwaniu informacji o swoich bliskich.
Oberwanie się czoła lodowca
Do katastrofy doszło rano na granicy Tybetu z Nepalem. Początkowo twierdzono, że niszczycielską powódź wywołało trzęsienie ziemi. Analiza zdjęć satelitarnych Planet Labs wskazuje jednak, że tragedię bezpośrednio poprzedziło oberwanie się potężnego masywu lodowego. - Potwierdzono, że znaczna część czoła lodowca zawaliła się. W trakcie obrywu porwała ze sobą ogromne ilości skał i osadów - ocenił profesor Gupta z Uniwersytetu Sikkim, ekspert ds. geologii inżynieryjnej.
Amerykańska służba geologiczna USGS podała, że osuwisko wywołało wstrząs sejsmiczny o magnitudzie 5,2 oraz doprowadziło do gwałtownych powodzi błyskawicznych niosących gruz, które spłynęły dolinami po obydwu stronach granicy.
Potężna fala powodziowa doprowadziła do ogromnych zniszczeń. Wśród najbardziej dotkniętych regionów znalazły się tybetański powiat Gyirong oraz nepalski dystrykt Rasuwa. Żywioł zrównał tam z ziemią całe wioski. Skalę katastrofy widać na nagraniach wykonanych przez świadków. Nepalskie ministerstwo zasobów wodnych poinformowało, że woda zniszczyła hydroelektrownie, drogi i mosty, przez co w regionie doszło do przerw w dostawach prądu.
Osady "zmiecione z powierzchni ziemi"
W Nepalu z powodu żywiołu ucierpiały szczególnie obszary Syapru Besi i Timure w dystrykcie Rasuwa, zamieszkanym przez około 50 tysięcy osób. Władze wezwały mieszkańców okolic rzeki Bhote Koshi, by ewakuowali się na wyżej położone tereny.
- Osady położone nad rzeką zostały całkowicie zmiecione z powierzchni ziemi. Pięciu moich krewnych zaginęło - powiedział jeden z lokalnych ratowników.
- Członkowie mojej rodziny zostali porwani przez wodę na moich oczach - mówiła w rozmowie z BBC Kalpana Malla z nepalskiego dystryktu Nuwakot. Opowiadała, że nurt porwał jej ojca, matkę, siostrę oraz dzieci siostry. - Nie mieli szans na ucieczkę przed powodzią. Nie było żadnych szans. Woda zabrała wszystko. Ja i mój syn wdrapaliśmy się na dach domu i przeżyliśmy, choć nie potrafię wyjaśnić jak.
- To była potężna fala błota pędząca prosto na nas. W miarę jak się zbliżała, pięła się coraz wyżej. Gdy zobaczyłem, że wdziera się do naszego domu, próbowałem chwycić żonę za rękę i wyprowadzić ją na taras. Ale porwało ją błoto - powiedział Reutersowi Keshav Prasad Baral, 68-letni ocalały. - Cztery czy pięć godzin później przyleciał po mnie śmigłowiec. Moja żona wciąż jest gdzieś pod warstwą błota. Już jej nie ma - dodał.