Czy można sobie wyobrazić, jak w ciągu kilku dni zamarzają trzy tysiące żołnierzy? W grudniu 1708 roku, gdy armia szwedzka maszerowała w kierunku miejscowości Hadziacz we wschodniej Ukrainie, przyszedł mróz tak drastyczny, że z nieba spadały zamarznięte ptaki. Z relacji naocznego świadka, Stanisława Poniatowskiego, ojca przyszłego króla Polski, wyłania się obraz zimy określanej później mianem Wielkiego Mrozu. W tamtym czasie tysiące żołnierzy armii Karola XII doznały tylu odmrożeń rąk i nóg, że lekarze polowi nie nadążali z amputacjami.
Rekonstrukcja warunków meteorologicznych, jakie wówczas panowały, sporządzona przez zespół profesora Jurga Luterbachera ze Światowej Organizacji Meteorologicznej, wykazała, że temperatura gwałtownie spadła poniżej -30 stopni. Nad Skandynawią i Rosją rozbudował się potężny wyż, który skierował mroźne arktyczne masy powietrza w głąb Europy, blokując łagodną zachodnią cyrkulację znad Atlantyku.
Kilka tygodni później, po przejściu nad zachodnią Europą frontu atmosferycznego w nocy z 5 na 6 stycznia 1709 roku, nastąpiło tak silne i nagłe uderzenie mrozu, że "ziemia, przesiąknięta wcześniej deszczami, zamarzła na głębokość trzech stóp (prawie jednego metra) w przeciągu zaledwie doby" - donosił francuski archiwista Armand Benet.
Poprzedzony gwałtownym spadkiem ciśnienia spływ arktycznego zimna trwał przez siedemnaście dni. Zima z przełomu 1708/09 roku uznawana jest dziś w Europie za najbardziej srogą w ciągu ostatnich 500 lat. Wtedy całkowicie zamarzły rzeki Sekwana, Ren i Wisła, a w Bałtyku lód był tak gruby, że można było przejść pieszo z Kopenhagi na Bornholm. Opady śniegu trwały kilka tygodni. Czy u samych podstaw tej zimy leżała wzmożona działalność wulkaniczna i wielka ilość pyłu wyrzucona do atmosfery, czy może było to Minimum Maundera (okres mniejszej ilości plam słonecznych) - pozostaje kwestią sporną.