W sobotni poranek strażnik pełniący dyżur w rezerwacie Mewia Łacha zauważył na plaży zwłoki walenia. Poza tym niepokojący widok zgłosili służbom uczestnicy rejsów turystycznych organizowanych w celu obserwacji fok. Zdaniem Jana Wilkanowskiego z Błękitnego Patrolu WWF, martwe zwierzę mogło dryfować w Bałtyku przez nawet kilka tygodni.
Zabrali zwłoki walenia z plaży
W środę pracownicy Urzędu Morskiego w Gdyni usunęli szczątki wieloryba z plaży. Jak poinformowała asystentka dyrektora Urzędu Morskiego w Gdyni Agnieszka Robakowska, akcja rozpoczęła się nad ranem.
- Wczorajszy (wtorkowy - red.) wiatr i silne falowanie przesunęły szczątki walenia na bardziej stabilny fragment wybrzeża, co umożliwiło wjazd sprzętu od strony lądu i rozpoczęcie operacji właśnie z tej strony - powiedziała. Dodała, że na teren rezerwatu wpuszczono wyłącznie osoby niezbędne do przeprowadzenia operacji.
Robakowska podkreśliła, że akcja wymagała szczególnej ostrożności, ponieważ ciało ssaka było w zaawansowanym rozkładzie. Dodatkowo teren rezerwatu jest objęty ścisłą ochroną przyrodniczą.
- Staraliśmy się, aby działania były jak najmniej uciążliwe dla przyrody - zaznaczyła. Po zakończeniu operacji szczątki wieloryba zabrała firma zajmującą się utylizacją padłych zwierząt.
Co to za zwierzę?
Z powodu zaawansowanego rozkładu zwłok eksperci do spraw ssaków morskich nie byli w stanie ustalić gatunku zwierzęcia. Aby to zrobić, w niedzielę Błękitny Patrol WWF pobrał z ciała próbki do badań DNA.
Według wstępnych hipotez przytoczonych przez Wilkanowskiego, martwy wieloryb może być przedstawicielem fiszbinowców - grupy waleni żywiących się planktonem i drobnymi rybami. Jak wyjaśnił członek Błękitnego Patrolu WWF, takie zwierzęta nie występują naturalnie w Bałtyku i trafiają tam jedynie sporadycznie, najczęściej przez Cieśniny Duńskie. Dodał, że jedynym gatunkiem waleni stale żyjącym w Bałtyku są morświny, przypominające delfiny.