Choć ludzie cały czas latają w kosmos - w ubiegłym roku był tam między innymi Polak, Sławosz Uznański-Wiśniewski - to wysłanie człowieka w okolice Księżyca jest przedsięwzięciem zupełnie innej skali. Różnice w sobotnim programie "Wstajesz i Weekend" na antenie TVN24 unaocznił Jerzy Rafalski z Centrum Popularyzacji Kosmosu w Planetarium w Toruniu.
- To była odległość tylko 400 kilometrów od powierzchni Ziemi. Teraz wysyłamy 1000 razy dalej, a więc 400 tysięcy kilometrów. (...) Sławosz wracał z prędkością 28 tysięcy kilometrów na godzinę, oni (załoga misji Artemis II - red.) - 40 tysięcy kilometrów na godzinę. Wpadli z taką prędkością w ziemską atmosferę - powiedział astronom.
Członkowie misji Artemis byli w kosmosie "zaledwie" 10 dni, a więc wielokrotnie krócej niż chociażby załoganci Międzynarodowej Stacji Kosmicznej (ISS). Mimo to lot wyraźnie wpłynął na ich ciała.
- Uczą się na nowo swojego ciężaru. (...) Niby wydaje się to banalne, a jednak przypominamy sobie, że nasze ciało coś waży - wytłumaczył Rafalski. Dodał, że w przeciwieństwie do programu Apollo z lat 60. i 70. uczestnicy nie przechodzą już kwarantanny, bo wiemy więcej o kosmosie i wiemy, że astronauci nie przywieźli żadnej choroby. Po opuszczeniu kapsuł Orion zostali jednak wstępnie przebadani, a w kolejnych dniach będą poddawani kolejnym testom zdrowotnym.
Po co nam Księżyc
Rafalski wyjaśnił, że Artemis II była - swoją drogą udaną - próbą generalną przed ponownym lądowaniem na Księżycu. Tylko dlaczego musimy najpierw okrążać naszego naturalnego satelitę, skoro byliśmy na nim już dekady temu?
- Wiemy, że musimy wrócić na Księżyc i musimy to zrobić w sposób bardzo bezpieczny. Wtedy, w latach 70., lataliśmy trochę na hura, trochę niebezpiecznie, ale chodziło o to, żeby pokazać, że ta półkula zachodnia jest lepsza. Teraz musi być wszystko zapięte perfekcyjnie na ostatni guzik - wyjaśnił astronom.
Pracownik planetarium zaznaczył, że tym razem naszym celem nie jest samo postawienie nogi na Księżycu, bo to już zrobiliśmy. Teraz chcemy się tam zadomowić, realizować badania naukowe, a kto wie - może także zrewolucjonizować nasz sposób pozyskiwania energii.
- Gdzieś tam cały czas wszyscy mają z tyłu głowy Hel-3. To byłoby wspaniałe paliwo przyszłości, gdybyśmy tylko nauczyli się wydobywać tamtejszy pierwiastek z piasku księżycowego, pakować i wysyłać na Ziemię. Jeszcze tego nie potrafimy, ale człowiek musi się tego nauczyć - wyjaśnił Rafalski.
Gdzie zbudować księżycową bazę
Jeśli chodzi o bazę na Księżycu, to według Rafalskiego kluczowym zadaniem stojącym przed NASA jest opracowanie skutecznego sposobu pozyskiwania wody.
- Woda musi być na miejscu. Jeśli wysyłamy ludzi, nie możemy brać wody ze sobą, bo woda jest za ciężka, a wynoszenie czegokolwiek w kosmos kosztuje bardzo dużo - wyjaśnił astronom.
Z racji tego, że na Księżycu nie ma atmosfery, nie pada tam śnieg ani deszcz. Rafalski zauważył jednak, że na powierzchni naszego naturalnego satelity znajduje się lód, który przybywa od strony kosmosu, głównie za sprawą komet. Po widocznej stronie Księżyca woda, za sprawą ciepła słońca, natychmiast wyparowuje. Zdaniem eksperta możemy jednak ominąć ten problem, budując bazę w okolicy kraterów.
- Gdzie jest zimno? Tam, gdzie nigdy nie ma słońca, na dnie kraterów. (...) Wcześniej wysyłano sondy kosmiczne, one sobie krążyły wokół Księżyca, badały i biegun północny, i biegun południowy i szukały, gdzie są ślady H2O, a konkretnie wodoru. Jeśli znaleźliśmy ślady H2O, to oznacza, że w tamtejszym piasku mamy wodę. Mapowaliśmy dokładnie powierzchnię i wiemy, ile jest tej wody i gdzie ewentualnie budować bazy. Gdzieś tam na kraterze, na koronie krateru, gdzie na górze będzie jeszcze trochę słońca i będziemy łapali energię, a na dole, w kraterze, będzie woda - podsumował Rafalski.