Pogoda
Dodaj lokalizację
Aktualna temp.: 2°C 6°C 2°C Przelotne opady śniegu
zwiń
Informacje
  • Spopieleni przez lawę, krwotok w wyniku ukąszenia dysfolida. Siły naturalne potrafią zabijać na przerażające sposoby

    14-02-2018 16:09 Makabryczne historie
    Piorun kulisty nad Bergamo we Włoszech Patrizia Lapatty Bersani/fb

    Natura potrafi być śmiertelnie niebezpieczna - nie podlega to żadnym wątpliwościom. Niektóre przypadki śmierci, do jakich doszło na skutek między innymi działania sił naturalnych, są wyjątkowo makabryczne.

    Śmierć w potoku lawy spływającej ze zboczy wulkanu to jeden z najbardziej widowiskowych, ale też niesłychanie bolesnych sposobów na pożegnanie się z tym światem. Najlepiej znany jest przykład Pompejów oraz Herkulanum, gdzie spływająca z Wezuwiusza lawa wdzierała się do budynków.

    Spływająca ze średnią prędkością 80 kilometrów na godzinę lawa transportuje ze sobą rozgrzane gazy oraz gruz, osiągając temperaturę do 1000 stopni Celsjusza.

    Cierpienie, w jakim konali ci, których zaskoczył wulkan, jesteśmy w stanie częściowo wyobrazić na podstawie szczątków mieszkańców Pompejów. Nawet spod skorupy lawy widać, że twarze mają wykrzywione z bólu.

    Większość osób zmarła z powodu szoku termicznego w chwilę po zajęciu się ogniem, jednak nie wszyscy mieli tyle szczęścia. Wśród ruin Herkulanum odnaleziono roztrzaskane czaszki tych, którym rozsadziło je ciśnienie i ekstremalnie wysoka temperatura.

    Podwodne piekło nurków

    5 listopada 1983 roku praca na Byford Dolphin, półzanurzalnej platformie wiertniczej znajdującej się na Morzu Północnym, trwała w najlepsze, gdy wydarzyła się tragedia. Część nurków została spuszczona pod wodę w specjalnym dzwonie nurkowym, dzięki któremu byli w stanie wytrzymać panujące pod wodą ciśnienie. Niestety dzwon okazał się śmiertelną pułapką. Najpewniej przedwcześnie obluzowano jego klamrę, przez co ten otworzył się i - pod wpływem ogromnej zmiany ciśnienia - rozpadł wraz z tymi, którzy znajdowali się w środku. W mgnieniu oka zmarło pięć osób - ich organy wewnętrzne poddały się ciśnieniu i rozpadły.

    Ciało we wrzącym źródle

    Choć superwulkan, który znajduje się pod Parkiem Narodowym Yellowstone, jest uśpiony, to znajdujące się na terenie samego parku gejzery oraz źródła geotermalne są wyjątkowo ożywione i niebezpieczne.

    Większość jest nie tylko niesłychanie gorąca, lecz także wysoce trująca. Taka mieszanka jest w stanie w ułamku sekundy obedrzeć człowieka ze skóry. Doświadczył tego 23-latek, który wpadł do zbiornika w listopadzie 2016 roku. Gdy szukający mężczyzny strażnicy odnaleźli resztki ciała, musieli przeczekać burzę. Gdy wrócili na miejsce tragedii, ciała już nie było - zostało roztopione. Eksperci oraz dziennikarze spekulowali później na łamach czasopism "Times" oraz "Guardian", czy mężczyznę zabił szok termiczny, czy oparzenia trzeciego stopnia, których natychmiast się nabawił, czy też zmarł w wyniku kontaktu z wyjątkowo toksycznymi związkami chemicznymi.

    Piorun w domu

    Śmierć w wyniku rażenia piorunem jest bardzo mało prawdopodobna i w samych Stanach Zjednoczonych, według danych Narodowej Służby Meteorologicznej, w 2017 roku tylko jeden na ponad milion przypadków zgonu został spowodowany uderzeniem pioruna.

    I nawet w ramach tej statystyki dochodzi do ewenementów. W 2017 roku doszło do przypadku, który czasopismo naukowe "Forensic Medicine and Pathology" określiło mianem "niezwykłego" - mężczyzna zginął rażony piorunem... we własnym domu. Pracował w pomieszczeniu, w którym znajdował się też metalowy słup. Gdy w budynek uderzyła błyskawica, piorun przemieścił się po słupie, po czym raził mężczyznę w jego własnych czterech ścianach. Impuls elektromagnetyczny był tak potężny, że zatrzymał akcję serca i praktycznie usmażył mężczyznę na miejscu.

    Lekarze, którzy wykonali autopsję, przyznali, że ciało było w 70 procentach zwęglone - "pokryte oparzeniami trzeciego stopnia".

    Ukąszenie przez dysfolida

    Dysfolidy to australijskie węże jadowite o wyjątkowo łagodnym usposobieniu. Niełatwo je sprowokować i bardzo rzadko atakują ludzi. Gdy jednak to następuje, trucizna błyskawicznie przedostaje się do organizmu.

    To właśnie przydarzyło się amerykańskiemu herpetologowi Karlowi P. Schmidtowi, który w 1957 roku został ukąszony przez okaz znajdujący się w Muzeum Historii Naturalnej w Chicago. Zmarł tego samego dnia w męczarniach - nie tyle w niewysłowionych, bo pozostawił po sobie dziennik, w którym opisywał objawy zatrucia jadem.

    Dziennik to zapis powolnej agonii: od nudności, przez krwawą plwocinę i drgawki, po wymiotowanie krwią, zawartością żołądka i wnętrznościami. Schmidt następnie zaczął krwawić z nosa i oczu, tracił czucie w kolejnych partiach ciała i zmarł w wyniku paraliżu dróg oddechowych.

    Jad dysfolidów jest o tyle wyjątkowy, że powoduje specyficzny rodzaj krwotoku - taki, w którym ciało traci zdolność do zasklepiania ran. Ofiara tego drobnego węża umiera w kałuży własnej krwi.

Byłeś świadkiem ciekawego wydarzenia?

Zostań Reporterem 24 - wyślij nam swój materiał przez Kontakt24 lub kontakt24@tvn.pl!

Blogi

Tomasz Wasilewski

alt

Zaraz po ciepłym weekendzie czeka nas szokująca zmiana temperatury....

Wojciech Raczyński

alt

Polska jest pod wpływem wyżu Nicole znad Rumunii. Napływa do nas ciepłe powietrz...

Arleta Unton-Pyziołek

alt

Nastała astronomiczna wiosna. Jednak patrząc na piątkową pogodę, zimowa aura nie...