Tomasz K. odpowiadał za zbrodnię z 10 stycznia 2024 r. Według aktu oskarżenia mężczyzna zamordował swoją żonę, a następnie upozorował jej śmierć w wypadku na przejeździe kolejowym w Mezowie na Kaszubach.
Obrońca oskarżonego, adwokat Marcin Lipski, wniósł wcześniej o złagodzenie kary. Przekonywał m.in., że zbrodnia nie była zaplanowana, a Tomasz K. zabrał młotek jedynie po to, by zniszczyć auto żony.
Wnioski te kategorycznie odrzuciła prokurator Anna Grzech oraz pełnomocnik rodziny ofiary, adwokat Krzysztof Wiechowski. Oskarżyciele domagali się dla mężczyzny dożywotniego więzienia.
Zdaniem śledczych zabójstwo było precyzyjnie przygotowane. Tomasz K. miał wcześniej sprawdzać rozkład jazdy pociągów, zasłonić kamerę monitoringu, a po zadaniu ofierze 11 ciosów młotkiem, schować jej ciało do bagażnika i porzucić samochód na torach kolejowych. Według prokuratury, powoływanie się przez oskarżonego na amnezję to jedynie nieudolna próba manipulacji, co potwierdzili biegli lekarze.
Sąd Apelacyjny w Gdańsku uznał w poniedziałek, że mężczyzna działał z premedytacją i zasługuje na najwyższy wymiar kary - zmienił wyrok 26 lat więzienia na dożywocie. Nie znalazł okoliczności łagodzących, choć skazany częściowo przyznał się do zarzutów. Podsądnego nie było na sali rozpraw.
Obrona chciała łagodniejszej kary
- Przeprowadzona diagnostyka pozwoliła wykazać jednoznacznie, że stan psychiczny Tomasza K. pozwalał mu w chwili czynu na kontrolę własnego postępowania, odniesienia go do znanych mu i rozumianych przez niego norm społeczno-prawnych, przewidywanie konsekwencji własnego działania i powstrzymywanie się przed takim zachowaniem, o jakim mowa w zarzucie. Jeżeli zatem dopuścił się on popełnienia zarzucanego mu czynu, to z całą pewnością jego działania nie były wynikiem zaburzeń chorobowych - mówił podczas ogłaszania wyroku sędzia Leszek Mering.
Jak dodał przewodniczący składu sędziowskiego, skazany "ma trudność w rozpoznawaniu i rozumieniu emocji innych ludzi". - Oskarżony Tomasz K. jest osobą o zaburzonej uczuciowości wyższej, jest egoistą, dla którego życie ludzkie nie ma żadnej wartości. Oskarżony jest osobą wysoce zdemoralizowaną, która powinna być izolowana od społeczeństwa - ogłosił sędzia.
Rodzina zamordowanej kobiety powiedziała w rozmowie z reporterką TVN24, że po usłyszeniu wyroku dożywocia dla Tomasza K. poczuła ulgę. - Jola będzie miała już spokój i będziemy mogli starać się normalnie żyć - powiedziała siostra zmarłej.
Za najwyższą możliwą karą argumentował Krzysztof Wiechowski, pełnomocnik oskarżycieli posiłkowych. - Uważamy, że jest to wyrok adekwatny. Wprawdzie Jolanta nie żyje i jej życia nikt nie przywróci, natomiast ten wyrok jest sprawiedliwy - ocenił radca prawny.
Posadził zmarłą na miejscu kierowcy i pozostawił auto na torach
W grudniu ubiegłego roku Sąd Okręgowy w Gdańsku uznał Tomasza K. za winnego zabójstwa, sprowadzenia katastrofy w ruchu lądowym oraz zniszczenia mienia i wymierzył mu łączną karę 26 lat pozbawienia wolności. Mężczyzna w toku śledztwa i przed sądem pierwszej instancji przyznał się do zabójstwa, jednak - jak wskazywał sąd - umniejszał swoją winę. K. musi też zapłacić zadośćuczynienia dla najbliższych zamordowanej żony Jolanty K. - dla Danuty i Jerzego B. po 150 tys. zł oraz dla Beaty, Kacpra, Jacka i Marka B. po 100 tys. zł. W toku śledztwa prokuratura ustaliła, że wypadek kolejowy w Mezowie na Kaszubach został upozorowany, aby zatrzeć ślady zabójstwa. 10 stycznia 2024 roku Tomasz K. przyjechał do salonu kosmetycznego swojej żony. Tam doszło do kłótni. Kiedy kobieta próbowała połączyć się z numerem alarmowym 112, mężczyzna zaatakował ją młotkiem i zadał 11 ciosów. Następnie umieścił zwłoki w bagażniku skody i pojechał na przejazd kolejowy w Mezowie. Tam posadził zmarłą na miejscu kierowcy i pozostawił auto na torach. Około godziny 20.30 w pojazd uderzył pociąg relacji Kartuzy - Gdańsk Wrzeszcz.
Motywem morderstwa był rozpad małżeństwa, z którym K. nie mógł się pogodzić.