22 stycznia, będąc na zakupach w jednej z galerii, radna z Gdańska zobaczyła, jak starszy mężczyzna zaczepia chłopców w wieku 10-15 lat, którzy rozmawiali ze sobą po ukraińsku. Powiedziała jednemu z nich, że jeśli mężczyzna dalej będzie im dokuczał, mają podejść do niej.
"Widząc to ten starszy człowiek - myśląc pewnie, że mylnie odczytuję jego zachowanie - podszedł i zaczął tłumaczyć, że rozmawiają po ukraińsku i to banderowcy. Nie dałam mu dokończyć, nakazując, aby przestał i odszedł. Zostałam zwyzywana" - relacjonowała Banach incydent na Facebooku.
Śledztwo umorzone
Następnego dnia radna złożyła w komisariacie policji doniesienie o możliwości popełnienia przestępstwa. Kilka miesięcy później postępowanie nadzorowane przez Prokuraturę Rejonową Gdańsk-Śródmieście zostało umorzone wobec "stwierdzenia braku danych dostatecznie uzasadniających podejrzenie popełnienia przestępstwa".
Banach podkreśla, że nie jest tym zaskoczona i nie złożyła zażalenia. Jej zdaniem śledczy i prokuratura prowadzili wnikliwe postępowanie, ale ponieważ nie doszło do rękoczynów i nie ma zarejestrowanego dźwięku, a jedynie obraz, to nie było podstawy do postawienia tej osobie zarzutu.
- Sam fakt zgłoszenia przeze mnie tego incydentu i prowadzenia przez policję czynności jest już sygnałem, że są w naszym społeczeństwie ludzie nieobojętni, którzy reagują na zło. Bo o to tu chodzi. Żeby wszyscy ci, którzy nie zgadzają się z aktami przemocy, słownymi czy fizycznymi, zgłaszali sprawy do organów ścigania - tłumaczy.
Banach podkreśla, że upubliczniła incydent w mediach społecznościowych, "żeby ludzie wiedzieli, że takie zachowania mogą i będą rezonować". Pod postem są setki reakcji oraz słów chwalących jej postawę.