Polski rynek kryptowalut przygotowuje się na zderzenie z unijnym rozporządzeniem Markets in Crypto-Assets (MiCA), które obowiązuje od końca 2024 roku we wszystkich państwach UE. Obowiązuje bezpośrednio, czyli nie wymaga "przepisania" do polskiego prawa, żeby nabrać mocy.
Ale żeby system działał, każde państwo UE musi przygotować techniczny "łącznik" - krajową ustawę uzupełniającą, która dostosuje lokalne prawo do rozporządzenia. To ona ma choćby wskazać, kto jest organem nadzoru nad rynkiem krypto, odpowiedzialnym za wydawanie licencji czy kontrole. Ten kluczowy element napotkał weto prezydenta Karola Nawrockiego.
O tym, co w praktyce zmienia unijne rozporządzenie, skąd wziął się pomysł rejestru blokowanych domen i dlaczego część kryptowalutowego biznesu w Polsce pakuje walizki, rozmawiamy z dr. Marcinem Waszakiem, radcą prawnym z kancelarii Dudkowiak & Putyra i wykładowcą Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu.
Piotr Szostak: Czy polski rynek krypto przed MiCA nie przypomina sytuacji Spółdzielczych Kas Oszczędnościowo-Kredytowych, zanim objęto je państwowym nadzorem?
Dr Marcin Waszak: W obu historiach "mianownik" jest ten sam - ochrona konsumentów zostaje odsunięta na bok, a na pierwszym planie są partykularne interesy partyjne czy branżowe. Z jednym zastrzeżeniem: inna jest skala rynku i chronologia wydarzeń. Rynek krypto jest globalny, działa 24 godziny na dobę i ciągle ewoluuje. W czasach SKOK-ów - przed 2012 rokiem - mało kto zdawał sobie sprawę z faktycznej skali problemu. Z kryptowalutami - a precyzyjniej: kryptoaktywami - jest inaczej. Ich stereotypowa "zła" sława je wyprzedza.