Minister: Służby wiedziały o planowanych zamachach. Raport jednak nie dotarł do rządu

TVN24


Władze Sri Lanki były ostrzegane o planowanych atakach już dwa tygodnie wcześniej, otrzymały też listę podejrzanych - poinformował lankijski minister zdrowia. Ostrzeżenia te nie dotarły jednak do premiera i nie wiadomo, czy podjęto w związku z nimi jakiekolwiek działania. Według najnowszych danych w niedzielnych zamachach na Sri Lance zginęło 310 osób, a ponad 500 zostało rannych.

O tym, że władze Sri Lanki z dużym wyprzedzeniem ostrzegane były przed możliwymi zamachami, w poniedziałek poinformowały agencja Reutera oraz brytyjski "Guardian".

CZYTAJ WIĘCEJ O ZAMACHACH BOMBOWYCH NA SRI LANCE >

"14 dni przed tymi wydarzeniami zostaliśmy poinformowani, że może do nich dojść" - przekazał cytowany przez brytyjski dziennik "Guardian" lankijski minister zdrowia Rajitha Senaratne podczas konferencji prasowej w Kolombo. - 9 kwietnia szef służb wywiadowczych napisał list, w którym wymienione zostały także imiona wielu członków organizacji terrorystycznej - zaznaczył, nie precyzując jednak, do kogo adresowany był ten list.

Senaratne dodał, że chodziło o radykalną islamską organizację o nazwie National Thowheeth Jama'ath (NTJ). Organizacja ta powstała niedawno, a jej członkowie są zdecydowanymi zwolennikami globalnego ruchu dżihadystycznego. Przed niedzielnymi zamachami kojarzono ich z działaniami wymierzonymi także w buddystów, między innymi z niszczeniem buddyjskich pomników. W styczniu z tego powodu czterech członków NTJ zostało zatrzymanych.

Agencja Reutera dotarła do treści datowanego na 11 kwietnia raportu również zawierającego ostrzeżenie o możliwych atakach na kościoły. Reuters podkreśla jednak, że nie wiadomo, czy i jakie działania zostały w związku z tymi ostrzeżeniami podjęte na Sri Lance.

Premier nie został poinformowany

Rajitha Senaratne zaznaczył, że ostrzeżenia o możliwych zamachach nie dotarły ani do premiera Ranila Wickremesinghe, ani do członków jego gabinetu. Stało się tak, ponieważ członkowie rządu nie byli zapraszani na spotkania kierowanej przez prezydenta Maithripala Sirisenę Rady Bezpieczeństwa.

- Premier nie został poinformowany o liście [szefa służb wywiadowczych - przyp. red.] ani o tych informacjach - podkreślił minister zdrowia. - Nie staramy się unikać odpowiedzialności, ale takie są fakty. Byliśmy zaskoczeni, widząc te wiadomości - podkreślił.

"Guardian" podkreśla, że powszechnie znany jest konflikt pomiędzy prezydentem i premierem Sri Lanki. Jego apogeum miało miejsce w październiku 2018 roku, kiedy doszło do nieudanej prezydenckiej próby usunięcia premiera z urzędu. Od tamtej pory premier przestał jednak być zapraszany na spotkania Rady Bezpieczeństwa kierowanej przez prezydenta i zarazem ministra obrony Maithripala Sirisenę.

Agencja Reutera zaznacza, że nie jest pewne, czy o ostrzeżeniach przed zamachami wiedział sam prezydent, jednak Rada Bezpieczeństwa działa bezpośrednio pod nim. Sirisena przebywał poza krajem, gdy doszło do zamachów, a urząd prezydenta odmówił Reuterowi komentarza w tej sprawie.

W niedzielę, w obliczu serii zamachów i pod nieobecność prezydenta, premier Wickremesinghe zwołał zebranie Rady Bezpieczeństwa, jednak jej członkowie nie pojawili się - przekazał minister Senaratne. - Po raz pierwszy w historii widzieliśmy, że Rada Bezpieczeństwa odmówiła stawienia się na spotkanie z premierem kraju - stwierdził.

W poniedziałek spotkanie Rady zwołał Sirisena, który zdążył wrócić do kraju. W spotkaniu tym brał udział także szef rządu - po raz pierwszy od wybuchu konfliktu między nim a prezydentem. Po spotkaniu Rady Sirisena oświadczył, że według danych wywiadowczych niedzielne ataki mogły zostać przeprowadzone przy wsparciu międzynarodowych organizacji terrorystycznych.

Błędy i niedopełnienie procedur?

Agencja Reutera podała wcześniej, że lankijska policja wszczęła już dochodzenie w sprawie możliwego niedopełnienia procedur i błędów służby wywiadu, co umożliwiło ataki bombowe w aż dziewięciu miejscach jednocześnie - w kościołach i w luksusowych hotelach.

CZYTAJ WIĘCEJ O ATAKACH BOMBOWYCH NA SRI LANCE >

SIEDMIU ZAMACHOWCÓW-SAMOBÓJCÓW. USTALENIA SŁUŻB >

Błędy popełnione przez służbę bezpieczeństwa zostały zasygnalizowane przez co najmniej dwóch ministrów. Szef resortu telekomunikacji Harin Fernando napisał w niedzielę na Twitterze: "Niektórzy oficerowie wywiadu wiedzieli o przygotowywanych atakach, ale ich ostrzeżenia dotarły z opóźnieniem. Muszą być podjęte specjalne kroki wyjaśniające, dlaczego te ostrzeżenia zignorowano". Z kolei minister integracji narodowej, języków oficjalnych i hinduizmu Mano Geneshan podał, że agenci bezpieczeństwa pracujący na rzecz jego resortu "wiedzieli o zamachu".

Premier Ranil Wickremesinghe w niedzielnym telewizyjnym wystąpieniu mówił, że krajowy wywiad sygnalizował, że może dojść do zamachów i obecnie trwa sprawdzanie, dlaczego nie podjęto odpowiednich działań, by do nich nie dopuścić.

Seria zamachów na Sri Lance

Do pierwszych sześciu eksplozji doszło rano w przeciągu 30 minut w trzech kościołach w Kolombo i dwóch innych miastach - Negombo i Batticaloa oraz w trzech luksusowych hotelach w Kolombo. Siódmy wybuch miał miejsce w niewielkim pensjonacie na przedmieściach Kolombo, a ósmy nastąpił w dzielnicy mieszkalnej Dematagoda, również na obrzeżach stolicy. Dziewiąty miał być przeprowadzony na lotnisku, ale nie powiódł.

Były to największe ataki w tym azjatyckim kraju od zakończenia wojny domowej w 2009 roku.

Według danych z 2012 roku około 70 proc. mieszkańców Sri Lanki to buddyści, 12,6 proc. hinduiści, 9,7 proc. - muzułmanie, a chrześcijanie - 7,6 proc.

 Wspólnota katolicka liczy 1,2 miliona osób.

Osiem eksplozji na Sri Lance w niedzielę wielkanocną
Google Maps/tvn24.pl

Autor: mm//now / Źródło: Guardian, Reuters, PAP

Raporty: