W piątek gościem na antenie TVN24BiS był Frederik Pleitgen, starszy korespondent stacji CNN. Był on pierwszym zagranicznym dziennikarzem, który udał się do Iranu w trakcie trwania amerykańsko-izraelskich ataków, które rozpoczęły się 28 lutego.
Korespondent miał przyjechać do Teheranu 9 marca, jednakże, przez wybuch wojny, udało mu się wynegocjować z lokalnymi władzami wcześniejszy wjazd 5 marca. - Powiedziałem, że bardzo ważne jest, abyśmy tam byli, żebyśmy byli na miejscu - wyjaśnił.
Pleitgen wspomniał też, że od granicy z Armenią jechał 14 godzin przez irańskie terytorium. - Po drodze widzieliśmy kilka nalotów i wiele zniszczeń. Naprawdę można było poczuć, że jesteśmy teraz w kraju, który jest ogarnięty wojną - przyznał.
Pleitgen: otwarcie mówili nam o tym, jak trudna jest ich obecna sytuacja
Dziennikarz mówił dalej o stosunku Irańczyków do jego obecności w kraju. - Zauważyłem, że niektórzy ludzie byli trochę niechętni do rozmowy z nami, ponieważ reprezentujemy zachodnie media. Prawdopodobnie myśleli, że jesteśmy monitorowani przez ich władze - przekazał.
Pleitgen zapewnił jednak, że mimo to "rozmawiał z mieszkańcami o ich codziennym życiu". - Otwarcie mówili o tym, jak trudna jest ich obecna sytuacja i jakie problemy ma gospodarz, a także o obawach, które mają z powodu trwających nalotów - wspomniał.
Korespondent przytoczył przykład rozmowy ze sprzedawcą w sklepie. - Mówił, jak trudno mu prowadzić działalność, że przeżył nalot i bomby spadły tuż obok. W wyniku tego w sąsiednim sklepie ktoś stracił życie. Z pewnością dzięki takim relacjom można lepiej zrozumieć, co się dzieje na miejscu - podkreślił.
W rozmowie padło też pytanie dotyczące ryzyka przebywania i relacjonowania z takiego miejsca. Pleitgen zgodził się, że "ryzyko jest obecne". Porównał przy tym relacjonowanie z Iranu i z Ukrainy. - Kiedy w Ukrainie jedziesz na linię frontu, jest tam niezwykle niebezpiecznie. Jednakże, kiedy oddalasz się od linii frontu, w większości przypadków jesteś bezpieczny. Są schrony, są syreny alarmowe - powiedział. Zaznaczył, że w Teheranie "tych rzeczy nie ma".
Korespondent przytoczył przykład niebezpiecznej sytuacji w trakcie pracy. - Kiedy filmowaliśmy, usłyszeliśmy nad sobą odrzutowce. Następnie usłyszeliśmy ostrzał przeciwlotniczy i wtedy uciekliśmy. Wszyscy inni również uciekli. Kiedy się oddalaliśmy, usłyszeliśmy za sobą dość głośną eksplozję - wspomniał.
Dodał, że "nie wie, co zostało trafione" ani "co dokładnie się wydarzyło", ale "było to zdecydowanie zbyt blisko, żeby czuć się komfortowo".
Pleitgen: system odnalazł swój rytm
Korespondent podzielił się też swoimi obserwacjami dotyczącymi gotowości irańskiego reżimu do przedłużającego się konfliktu. - Myślę, że system, który widzimy w Iranie, jest systemem, który ma zdolność do błyskawicznego samoodnawiania się. W zasadzie to, co mówią, nie ma większego znaczenia - ocenił.
Według Pleitgena, "bez względu na to, ile poziomów przywództwa uda się wyeliminować Stanom Zjednoczonym lub Izraelowi, po nich pojawią się kolejni następcy".
- Myślę, że kiedy doszło do pierwszego ataku, kiedy zginął najwyższy przywódca Ali Chamenei, system zdołał się odbudować znacznie szybciej niż myśleli ludzie i teraz w pewnym sensie odnalazł swój rytm - powiedział korespondent.