Wybory w Wenezueli. Rewolucja wjedzie na nowe tory?

Świat


Dziś odbędą się wybory parlamentarne w Wenezueli. Według sondaży po raz pierwszy od 16 lat faworytem jest opozycja wobec prezydenta kraju Nicolasa Maduro. Lokale wyborcze będą otwarte w godz. 11.30-23.30 czasu polskiego.

- Rozpoczęła się totalna ofensywa, która zaprowadzi nas do zwycięstwa 6 grudnia. Siły boliwariańskie i chavistowskie są przygotowane do niedzieli, która będzie niedzielą patriotyzmu, ojczyzny i triumfu! - zagrzewał do boju swych zwolenników na koniec kampanii wyborczej prezydent Nicolas Maduro.

Nowe tory

Oświadczył, że kieruje te słowa do "pięciu milionów wojowników", wzywając ich do "odwrócenia wyników sondaży". W ostatnich wystąpieniach wyborczych prezydent Wenezueli zawarł też przejrzyste ostrzeżenie: "Jeśli ziści się koszmar, jaki zapowiadają ostatnie przepowiednie wyborcze, rewolucja wejdzie na nowe tory i nabierze nowego charakteru. Nigdy, za nic nie poddamy naszej rewolucji!". Na dwa dni przed wyborami złożył wizytę prezydentowi Maduro były centrolewicowy premier Hiszpanii, socjalista Jose Luis Zapatero, który przybył do Caracas na zaproszenie Krajowej Komisji Wyborczej wraz z kilku lewicowymi politykami z Ameryki Łacińskiej. W opinii niektórych obserwatorów politycznych w Caracas, wśród lewicy latynoamerykańskiej, która chciałaby nowego zwycięstwa wyborczego "rewolucji boliwariańskiej" w Wenezueli, dwuznaczność zapowiedzi jej wejścia "na nowe tory" w przypadku porażki wyborczej wywołała duże zaniepokojenie. Tym razem gorąca zwykle retoryka kampanii wyborczych chavistów uległa jeszcze większemu zaostrzeniu.

Mocne słowa

W miarę jak kolejne sondaże potwierdzały przewagę opozycji, Maduro zaostrzał retorykę swoich wystąpień. Jednego z kandydatów opozycyjnych, Julio Borgesa, nazwał "potworem", innego tylko "głupkiem", najbogatszego wenezuelskiego przedsiębiorcę Lorenzo Mendozę - "diabłem", a sekretarza opozycyjnej Jedności Demokratycznej (MUD) - "Szrekiem". Oprócz tradycyjnej krytyki prób "amerykańskiej ingerencji" w przebieg wyborów najbardziej emocjonalny atak Maduro skierował przeciwko centroprawicowemu rządowi Hiszpanii: użył wobec jej premiera Mariano Rajoya jednego z najmniej wybrednych karaibskich określeń.

Trudna sytuacja

Tegoroczna inflacja przekraczająca 100 proc., która sprawiła, że wenezuelski bolivar wart jest dziś zaledwie 1 proc. swojej ceny według oficjalnego kursu wymiany, postawiła rząd kraju, który jest trzynastym na świecie producentem ropy naftowej, w niezwykle trudnej sytuacji. Jej ilustrację stanowił przebieg niektórych wieców przedwyborczych prowadzonych przez wenezuelskiego przywódcę pod hasłem walki ze spekulantami, którzy "sztucznie zawyżają ceny" podstawowych produktów żywnościowych. Jedną ze zdobyczy rewolucji boliwariańskiej zapoczątkowanej przez Chaveza była tania, dotowana żywność w sklepach i na specjalnych straganach na terenie dzielnic miejskiej biedoty. Hasłom walki ze spekulantami na wiecach wyborczych prezydenta towarzyszyła w miejscach, do których przybywał, okolicznościowa sprzedaż w supermarketach oliwy, mleka i niektórych innych produktów po obniżonych cenach.

Koniec pomocy?

Margarita Lopez Maya, profesor historii na Centralnym Uniwersytecie Wenezueli, do 2007 roku wymieniana była w gronie entuzjastów projektu rewolucyjnego Hugo Chaveza. Na pytanie hiszpańskiego dziennika "El Mundo" "czym jest chavizm?" odpowiada: to przede wszystkim utożsamianie się z nim osób wdzięcznych rewolucji boliwariańskiej za to wszystko, co zyskały w ciągu tych lat. A więc mieszkania, stypendia, podstawowa opieka lekarska dla całych sektorów ludności, które nie miały dotąd do nich dostępu, a także słynna operacja "Barrio Adentro" (Wewnątrz dzielnicy). Polega ona m.in. na otwieraniu w najuboższych kwartałach miast bezpłatnych przychodni lekarskich (Kuba przysyła w zamian za wenezuelską ropę naftową całe zastępy swoich lekarzy), zakładaniu sklepów i straganów z tanią żywnością oraz bezpłatnych szkół podstawowych. Ta część wyborców obawia się obecnie, że zwycięstwo opozycji będzie oznaczać koniec tych programów - mówi prof. Lopez Maya. Jednak przywiązanie do modelu chavistowskiego, jej zdaniem, słabnie. Ludzie są zmęczeni sposobem rządzenia następcy Chaveza, prezydenta pozbawionego niewątpliwej charyzmy swego poprzednika, zmarłego w grudniu 2012 roku.

Przez ropę?

W przekonaniu znawców wenezuelskich realiów nie jest przypadkiem, że wyraźny kryzys "rewolucji boliwariańskiej" rozpoczął się już w 2013 roku, chociaż - oczywiście - kryzys na rynku ropy naftowej miał ogromne znaczenie. Według prof. Lopez Mayi ci, którzy korzystają z osiągnięć rewolucji boliwariańskiej, zaczęli z czasem przywiązywać też większą wagę do form rządzenia. Podtrzymywany siłą paternalizm władzy, silna kontrola rządu nad mediami, coraz bardziej powszechne przekonanie, że w administracji publicznej na eksponowanych stanowiskach mogą pracować jedynie członkowie rodziny Maduro i pierwszej damy, Cilii Flores, a generalnie tylko ci, którzy zdali próbę wierności wobec Hugo Chaveza - to wszystko w końcu przełoży się prawdopodobnie na wyniki niedzielnego głosowania.

Walka z Goliatem

Sekretarz opozycyjnej Jedności Demokratycznej Jesus Torrealba na jej ostatnim, piątkowym wiecu wyborczym w Caracas z udziałem dwóch tysięcy osób nazwał wybory "walką Dawida ludu" przeciwko "Goliatowi korupcji i nadmiernej władzy". Torrealba przestrzegł opozycję przed niebezpieczeństwem "przedwczesnego triumfalizmu". Maduro, korzystając w czasie kampanii wyborczej z rządowej kontroli nad publicznym radiem i telewizją, przemawiał do wyborców za pośrednictwem tych mediów przeszło 50 godzin. Spośród 167 deputowanych do parlamentu, których wyłonią wybory, aż stu wybiorą głosujący w regionach wiejskich, najbardziej kontrolowanych przez rządzącą Zjednoczoną Partię Socjalistyczną Wenezueli (PSUV) i ponad trzydzieści rozmaitych organizacji i ugrupowań prorządowych.

Autor: msz/tr / Źródło: PAP