Świat

Włosi wybierają samorządy. Renzi: to nie jest głosowanie w mojej sprawie

Świat


Około 22 milionów Włochów uprawnionych jest do głosowania w rozpoczętych w niedzielę dwudniowych wyborach samorządowych odbywających się w siedmiu z 20 regionów kraju. To pierwszy test dla centrolewicowego rządu Matteo Renziego ponad rok od jego powołania.

Przewodniczący władz regionalnych wybierani są w Ligurii, Toskanii, Umbrii, Kampanii, Wenecji Euganejskiej, Marche i w Apulii, a władz prowincji w 16 miastach. W 742 gminach wybiera się burmistrzów.

Premier Renzi odrzuca przedstawianie wyborów jako sprawdzianu siły jego gabinetu i jego przywództwa podkreślając: to nie jest głosowanie w mojej sprawie.

Kierowana przez niego centrolewicowa Partia Demokratyczna liczy na powtórzenie sukcesu z wyborów do Parlamentu Europejskiego przed rokiem, gdy otrzymała rekordowe w całej UE poparcie ponad 40 procent głosów.

Taki mandat zaufania, jak podkreślają komentatorzy, potrzebny jest gabinetowi, który z trudem, przy oporze ze strony części związków zawodowych i sprzeciwie prawicowej oraz populistycznej opozycji forsuje reformy strukturalne m.in. rynku pracy i oświaty. Na tym tle doszło do podziałów w samej partii rządzącej, z której grupa polityków odeszła na znak protestu przeciwko polityce Renziego.

Liga Północna w natarciu

Jednym z tematów kampanii wyborczej był kryzys imigracyjny we Włoszech, gdzie w 2014 roku drogą morską z Afryki przybyło 170 tys. nielegalnych imigrantów i uchodźców, a w tym roku oczekuje się ich ponad 200 tys. Sprawa ta zdominowała całą kampanię prawicowej i oskarżanej o ksenofobię Ligi Północnej (Lega Nord - red.). Miała ona wyjątkowo gwałtowny przebieg, ponieważ dziesiątki wieców lidera ugrupowania Matteo Salviniego kończyły się starciami jego zwolenników z przeciwnikami, którzy obrzucali go jajkami i pomidorami. Bezpieczeństwa Salviniego podczas wieców pilnowały podczas objazdu po kraju dziesiątki policjantów. Zarzucano mu również rasizm, ponieważ mówił, że „zrównałby z ziemią” obozowiska Romów.

Salvini zabiegał o głosy wyborców hasłami sprzeciwu wobec zbyt łagodnej - jego zdaniem - polityki imigracyjnej rządu i przyjmowania imigrantów, przypływających na włoskie wybrzeża z Afryki. Uważa on, że operacje patrolowania Morza Śródziemnego w celu poszukiwania i ratowania imigrantów na łodziach tylko zwiększyły exodus i zachęciły przemytników ludzi na libijskich wybrzeżach do wysyłania imigrantów. Lider Ligi ostro protestował też przeciwko rozporządzeniu włoskiego MSW, które nakazało wszystkim regionom w kraju przyjmować u siebie imigrantów, przybyłych na Lampedusę i Sycylię.

Wynik, jaki uzyska Liga Północna, która po raz pierwszy prowadziła też intensywną kampanię z dala od swej kolebki w Lombardii i Wenecji Euganejskiej, czyli na południu kraju, będzie także - zdaniem komentatorów - obrazem stosunku Włochów do obecnego kryzysu masowej imigracji. Z pierwszych danych na temat frekwencji wynika, że nie potwierdzą się największe wyrażane przed wyborami obawy, że będzie ona znacznie niższa. W większości regionów już w południe przekroczyła ona o kilka punktów procentowych frekwencję notowaną pięć lat temu zbliżając się do 20 procent. W 2010 roku w poprzednich wyborach samorządowych frekwencja wyniosła 65 procent, co uznano wówczas za niepokojąco niski wynik i zapowiedź spadkowej tendencji.

Kampania pełna emocji

Ostatnie godziny kampanii wyborczej zdominował pełen emocji spór o inicjatywę parlamentarnej komisji do walki z mafią, kierowanej przez przeciwniczkę premiera Renziego z jego macierzystej partii, deputowaną Rosy Bindi. W ostatnim dniu kampanii gremium to ogłosiło ku ogromnej irytacji premiera listę kilkunastu kandydatów w wyborach, także z centrolewicy, którzy nie powinni w nich w ogóle startować z powodu śledztw, jakimi są lub byli objęci bądź ciążących na nich wyroków, na przykład w sprawie o nadużycie władzy.

Szef rządu uznał ten ruch komisji za nieuzasadnioną polityczną ingerencję w przebieg wyborów. Sami kandydaci umieszczeni na liście zagrozili wejściem na drogę prawną i oskarżeniem komisji o oszczerstwo.

W obliczu wielkich emocji pod koniec kampanii za jej najzabawniejsze wydarzenie włoska prasa uznała pomyłkę byłego premiera, przywódcy Forza Italia Silvio Berlusconiego, który koło Mediolanu pomylił wiece i poszedł udzielić poparcia kandydatowi partii premiera zamiast kandydatce swego własnego ugrupowania. Wiece odbywały się w odległości 800 metrów od siebie.

Autor: kło//rzw / Źródło: PAP