Świat

Saudowie groźniejsi od Iranu?

Świat


Porozumienie z Iranem w sprawie jego programu nuklearnego zostało uznane przez większość państw za wielki sukces i krok ku zwiększeniu bezpieczeństwa w regionie. Warto jednak zadać przewrotne pytanie, czy rzeczywiście Iran stanowił tak duże zagrożenie i, czy jego regionalny rywal - Arabia Saudyjska - jest lepszym sojusznikiem dla państw Zachodu?

- Dla barbarzyńskiego, drapieżnego i dzieciobójczego rządu Izraela, który nie powstrzyma się przed żadnym przestępstwem, nie ma innego lekarstwa niż całkowite unicestwienie – mówił najwyższy przywódca, ajatollah Ali Chamenei. - Zniszczenie Izraela otworzy drogę do przywrócenia sprawiedliwości i wolności na świecie – wtórował mu były już dziś prezydent Mahmud Ahmadineżad. To takie wypowiedzi najwyższych przywódców Iranu od lat budowały wizerunek ich kraju jako nieobliczalnego, religijnego państwa, które nawołuje do wojny.

Iran jaki jest, nikt nie widzi

Wizerunek ten był przez wiele lat podsycany przez Stany Zjednoczone pamiętające gorycz zajęcia w 1979 roku amerykańskiej ambasady w Teheranie i uwięzienie na 66 dni jej personelu. Był także regularnie wykorzystywany przez USA, choćby jako wytłumaczenie przed Rosjanami planów budowy elementów tarczy antyrakietowej w Polsce.

Wystarczyło jednak, by Ahmadineżada zastąpił uśmiechający się i unikający konfrontacyjnej retoryki Hasan Rowhani, by światowe mocarstwa usiadły z nim do stołu negocjacyjnego, pomimo ostrego sprzeciwu władz Izraela. Czy Iran niemal niezauważenie przestał być wielkim wrogiem USA, filarem niesławnej "osi zła" George’a W. Busha? Czy może już wcześniej nie zasługiwał na traktowanie jako tzw. państwo zbójeckie, którego autorytarny reżim myśli jedynie o ciemiężeniu swoich obywateli, budowie broni masowego rażenia i szerzeniu terroryzmu?

Dlaczego Iran nie ufa Ameryce?

Nawoływania do unicestwienia innego państwa rażąco odstają od norm dojrzałej polityki zagranicznej, a przywódców, którzy to czynią, ciężko traktować jako godnych zaufania i mających dobre intencje. Z drugiej strony, Izrael na całym Bliskim Wschodzie traktowany jest z niechęcią lub otwartą wrogością, Iran nie jest więc pod tym względem wyjątkiem.

W 1979 roku doszło do całkowitego załamania relacji USA z IranemMarion S. Trikosko | Library of Congress

Warto jednocześnie pamiętać o dość zrozumiałych źródłach jego głębokiej niechęci wobec największego sojusznika Izraela, czyli Stanów Zjednoczonych. Waszyngton w 1953 roku wywołał w Iranie zamach stanu, w którym obalono niezwykle popularnego premiera Mohammada Mossadegha, by później przez 26 lat sterować coraz bardziej bezwzględnym irańskim szachem Mohammedem Rezą Pahlawim.

Po irańskiej rewolucji islamskiej w 1979 r. Amerykanie sprzymierzyli się z kolei z sunnickimi państwami arabskimi, m.in. z rywalizującą z szyickim Iranem Arabią Saudyjską. Żal i nieufność Irańczyków względem USA narastała więc stopniowo i ciężko odmówić jej podstaw.

Iran i Saudowie – dwa bieguny Bliskiego Wschodu

Dla Iranu niewątpliwie kluczową kwestią w polityce zagranicznej jest jego rywalizacja z Arabią Saudyjską. Warto zwrócić więc uwagę na to, czy Iran rzeczywiście stanowi wyraźnie większe zagrożenie dla bezpieczeństwa.

Biorąc pod uwagę armie obu państw, szacuje się, że posiadają one podobny potencjał, z lekkim wskazaniem na państwo Saudów - armia Iranu jest liczniejsza, lecz jej wyposażenie jest mniej nowoczesne. Szokująca jest natomiast różnica w ich budżetach wojskowych. Rijad (56,7 mld dolarów) wydaje aż dziewięciokrotnie więcej na zbrojenia niż Teheran (6,3 mld dolarów, o 50 proc. mniej niż Polska) i zajmuje pod tym względem czwarte miejsce na świecie. Tak olbrzymia dysproporcja może się wydawać niepokojąca i budzić zaniepokojenie raczej planami Arabii Saudyjskiej niż Iranu.

Atom przyniesie zniszczenie, czy pokój?

Iran traktuje swój potencjał atomowy (przy jednoczesnym zarzekaniu się, że nie dąży do budowy bomby) jako swego rodzaju polisę ubezpieczeniową – gwarant, że inne państwa, nawet jeśli są dużo bogatsze lub silniejsze militarnie, będą bały się go zaatakować. Podobnie w przeszłości działał Pakistan, który zbudował broń atomową, ponieważ nie mógł dotrzymać kroku w wyścigu zbrojeń konwencjonalnych z Indiami i czuł się bezbronny wobec ich przeważającej potęgi.

W przypadku Pakistanu i Indii, jak dotąd, posiadanie broni nuklearnej faktycznie doprowadziło do zakończenia wzajemnych wojen i większej stabilizacji. Jakkolwiek więc broń nuklearna jest śmiertelnie niebezpieczna jak narzędzie, które może zniszczyć naszą cywilizację, godząc się z faktem, że broń ta istnieje i oceniając ją przez pryzmat czysto polityczny – może ona również korzystnie wpływać na bezpieczeństwo.

Powstrzymywanie rozprzestrzeniania się broni atomowej jest jednym z priorytetów polityki większości państw na świecie, Iran bez wątpienia czuje się jednak pod tym względem wyjątkowo poszkodowany – bronią atomową, zdobytą również w tajemnicy i z tych samych pobudek dysponuje bowiem Izrael, zaś Arabia Saudyjska prawdopodobnie byłaby ją w stanie szybko zakupić choćby od Pakistanu.

Szyicko-sunnicka układanka

Oba państwa utrzymują naturalnie własne strefy wpływów w regionie i wspierają sprzymierzone reżimy polityczne. Przykładem może być wsparcie Teheranu udzielane rządzącemu Syrią Baszarowi al-Asadowi lub wsparcie Arabii Saudyjskiej udzielane prezydentowi Jemenu, Abd Rabbuhowi Mansurowi Hadiemu.

Równocześnie oba regionalne mocarstwa, choć niekoniecznie bezpośrednio ich rządy, wspierają organizacje zbrojne uważane na Zachodzie za terrorystyczne. W przypadku Iranu flagowym przykładem jest wsparcie udzielane libańskiemu Hezbollahowi, który jest w stanie permanentnej wojny z Izraelem. Jak się powszechnie uważa, obywatele Arabii Saudyjskiej stanowią z kolei główne źródło finansowania dla sunnickich grup ekstremistycznych, na czele z Al-Kaidą, talibami czy Państwem Islamskim.

Osama bin Laden był saudyjskim milionerem. Wydalono go z ojczyzny w 1991 rokuHamid Mir | CC BY-SA 3.0

Kluczowa rola szejków z Arabii Saudyjskiej, ojczyzny Osamy bin Ladena, i pozostałych państw Zatoki Perskiej, w sponsorowaniu światowego terroryzmu znalazła potwierdzenie m.in. w ujawnianych przez WikiLeaks dokumentach amerykańskiego Departamentu Stanu.

Pomimo tego to Iranowi wciąż wypominane jest wspieranie terrorystów, zaś Arabia Saudyjska i szejkanaty Zatoki Perskiej kojarzone są raczej pozytywnie jako kraje bardzo zamożne, gdzie można znaleźć dobrze płatną pracę lub wyjechać na wakacje.

Zła władza lepsza niż brak władzy?

Istotnym z punktu widzenia sytuacji międzynarodowej elementem jest również stabilność reżimów politycznych obu mocarstw oraz stosunek tamtejszej władzy do własnych obywateli. Pod względem przestrzegania wolności obywatelskich oraz praw człowieka, w zachodnim ich rozumieniu, zarówno Iran, jak i Arabia Saudyjska, wypadają bardzo źle.

Oba państwa uznawane są za autorytarne reżimy, choć to w Arabii Saudyjskiej władza jest bardziej opresyjna, wolności polityczne w ogóle nie istnieją, a kobiety są niemalże ubezwłasnowolnione. W Iranie, pomimo religijnej dyktatury, społeczeństwo żyje w nieco bliższy zachodnim standardom sposób, odbywają się powszechne wybory prezydenckie, zaś Hasan Rowhani deklaruje poparcie dla utworzenia demokratycznego systemu wielopartyjnego.

Również pod względem stabilności władzy Iran wydaje się państwem opartym na mocniejszych fundamentach. W ostatnich kilku dekadach Iran, co prawda, doświadczył kilku gwałtownych przewrotów politycznych, ale obecny reżim cieszy się pewnym stopniem zaufania i poparcia społeczeństwa – widoczne to było choćby w niedawnym publicznym dziękowaniu Rowhaniemu za próbę wyciągnięcia Iranu z międzynarodowej izolacji.

Jednocześnie wielu obserwatorów zwraca uwagę, że autorytarna władza w Arabii Saudyjskiej, jej całkowicie podporządkowana dochodom z ropy naftowej gospodarka i bezwzględne tłumienie wszelkich przejawów liberalizacji życia społecznego czy politycznego stanowią mieszankę, która sprzyja rewolucjom czy zamachom stanu. Władza Saudów w mniejszym stopniu jest oparta o społeczne poparcie czy tradycję, a bardziej o gigantyczne, nieinwestowane w przyszłość pieniądze.

Nauka na błędach

Nie należy się łudzić, że Iran, wraz z objęciem prezydentury przez uśmiechniętego Hasana Rowhaniego, stał się sojusznikiem Zachodu, który zapomniał o swoich regionalnych ambicjach i zaakceptował politykę Izraela.

Warto jednak bez uprzedzeń oceniać to państwo i widzieć jego politykę w szerszym kontekście regionalnym, w którym mierzy się ono nie tylko z międzynarodowymi sankcjami i silniejszymi militarnie rywalami, ale też z chaosem i terroryzmem, który otacza je ze wszystkich stron – w tureckim Kurdystanie, w Syrii, Iraku, Pakistanie i Afganistanie. Wzmocnienie się Iranu oznaczać będzie, że będzie on miał większe możliwości w próbach stabilizowania sytuacji na swoich granicach, a to dla Teheranu sprawa o kluczowym znaczeniu.

Naturalnie będzie w tym celu wspierał lokalne szyickie ugrupowania, niekoniecznie przychylnie nastawione do Zachodu. Dylemat w tym przypadku dotyczy więc kwestii, czy ważniejsze powinno być przede wszystkim przywrócenie pokoju, np. w Iraku, czy tworzenie tam własnych, prozachodnich stref wpływów.

Konfrontacyjna polityka względem Iranu i wieloletnie jego osłabianie nie zdały egzaminu, o czym świadczy chwianie się bliskowschodniego porządku, z powstaniem Państwa Islamskiego na czele. Być może więc silny i nieizolowany od reszty świata Iran przyniesie więcej stabilności na Bliskim Wschodzie.

Autor: Maciej Michałek\mtom / Źródło: tvn24.pl

Tagi:
Raporty: