Świat

Rebelianci donoszą o trującym gazie w Homs. "Przypomina sarin"

Świat

Aktualizacja:

Samoloty lotnictwa rządowego zrzuciły na miasto Homs bomby z gazem bojowym - podaje telewizja Al-Dżazira, powołując się na informacje podawane przez rebeliantów. Pisze o tym także agencja Reutera, zaznaczając, że są to informacje niepotwierdzone. Reżim Asada zaprzecza, jakoby wykorzystywał w walce broń chemiczną.

Informacje przekazywane z Homs przez opozycję i telewizję Al-Dżazira są bardzo trudne do zweryfikowania. Żadne państwo oficjalnie nie odniosło się do doniesień z Syrii. O "trującym gazie" poinformował też Reuters, powołując się na wiadomości od aktywistów, ale zastrzega, że są to doniesienia niepotwierdzone.

Atak sarinem?

Do ataku przy pomocy gazów bojowych miało rzekomo dojść w niedzielę. Samoloty sił rządowych jakoby zrzuciły kilka bomb na dzielnicę Al-Bayda w Homs, która od miesięcy jest kontrolowana przez opozycję. W miejscu upadku ładunków miała się szybko utworzyć chmura trującego gazu.

Jak twierdzi opozycja, od oparów zginęło siedem osób, a kilkanaście ucierpiało. Po zetknięciu się z gazem ludzie mieli cierpieć na nudności, silne duszności i majaczyć. Kilka osób miało zostać sparaliżowanych. - Sytuacja jest ciężka. Nie mamy zbyt wielu masek przeciwgazowych i nie wiemy, co dokładnie na nas zrzucili. Doktorzy mówią, że to przypomina sarin - miał powiedzieć Al-Dżazirze rebeliant z Homs.

Reuters, powołując się na Syryjskie Obserwatorium Praw Człowieka, podaje, że od gazu zmarło sześć osób. - Siły reżimu rzuciły granaty, z których wydobył się biały, bezzapachowy dym. Ci, którzy go wdychali, czuli nudności, mieli bóle głowy - cytuje agencja aktywistów. Obserwatorium wezwało Czerwony Krzyż, by wysłał ekipy medyczne w rejon, gdzie miało dojść do ataku.

W sieci umieszczono dwa nagrania ukazujące rzekome ofiary ataku gazowego, które przewieziono do prowizorycznego szpitala. Widoczni na nich młodzi mężczyźni mają wyraźne problemy z oddychaniem i majaczą. Nie można jednak zweryfikować, czy nagrania rzeczywiście wykonano wczoraj w Homs.

Poprzednie doniesienia o ataku z użyciem gazów bojowych nie potwierdziły się.

Zmiana zasad gry

Gdyby do ataku przy pomoc sarinu faktycznie doszło, miałoby to wielkie znaczenie dla toczącej się w Syrii wojny domowej. USA i państwa zachodnie wielokrotnie ostrzegały reżim Baszara Asada, że użycie broni chemicznej lub biologicznej w walce z rebeliantami jest nieprzekraczalną "czerwoną linią".

Niedwuznacznie dawano do zrozumienia, że za nią jest interwencja lub otwarte wsparcie opozycji. Przez kilka minionych tygodni do mediów trafiały przecieki ze służb wywiadowczych krajów zachodnich, które mówiły o tym, że siły Asada wyjęły z arsenałów broń chemiczną i szykują ją do użycia. Miał to być objaw desperacji reżimu, który stopniowo traci kontrolę nad coraz większymi połaciami kraju. Rosja zapewniała natomiast ustami szefa MSZ Siergieja Ławrowa, że reżim chce przenieść całą broń masowego rażenia z wielu arsenałów do kilku centralnych, aby móc lepiej ją zabezpieczyć.

Sam Asad wielokrotnie odpierał oskarżenia Zachodu o szykowanie się do wojny chemicznej. Przedstawiciele reżimu zapewniali, że broń chemiczna i biologiczna nigdy nie zostanie wykorzystana do walki z własnym narodem, a jedynie do odparcia agresji zewnętrznej.

"Sytuacja martwi"

Specjalny wysłannik ONZ i Ligi Arabskiej do Syrii Lakhdar Brahimi, który spotkał się w poniedziałek z prezydentem Asadem, powiedział, że warunki w Syrii są nadal złe. - Sytuacja w Syrii nadal martwi i mamy nadzieję, że wszystkie strony skierują się w stronę rozwiązania, na które liczy i którego wygląda naród syryjski - powiedział Brahimi. Syryjska państwowa agencja prasowa cytuje słowa Asada, który zaznaczył, że jego rząd opowiada się za "wszelkimi wysiłkami w interesie syryjskiego ludu, które mają na celu zachowanie suwerenność i niezależność" kraju. Była to trzecia wizyta Brahimiego w Damaszku, odkąd we wrześniu został wysłannikiem ONZ i Ligii Arabskiej. Pod względem bezpieczeństwa sytuacja w Damaszku i całej Syrii pogorszyła się od czasu poprzednich wizyt Brahimiego, który tym razem przyjechał z Bejrutu drogą lądową z uwagi na walki w pobliżu lotniska w Damaszku.

Autor: mk, jk/mtom / Źródło: Al Jazeera, Haaretz, Reuters, PAP

Raporty: