"Ranny prezydent wróci do kraju za kilka dni"

Świat

Aktualizacja:

- Ranny prezydent Jemenu wróci do kraju za kilka dni - zapowiada przedstawiciel partii rządzącej Tareq al-Shami. Jak poinformowali przedstawiciele saudyjskiej służby zdrowia i jemeński dyplomata Salah przeszedł dziś w Arabii Saudyjskiej operację. Lekarze wyciągnęli z jego klatki piersiowej odłamki drewna. Tymczasem w Jemenie, po kilku godzinach spokoju, który zapanował na wieść o wyjeździe prezydenta, dziś rano znowu wybuchły walki.

Telewizja Al-Dżazira podała, że słychać strzały w mieście Taiz, a kilka osób zostało tam rannych. Al-Arabija poinformowała natomiast, że "w Taiz zabitych zostało 5 osób, a kilka osób odniosło obrażenia".

Eksplozje w Sanie

Świadek, na którego powołała się agencja Reutera, powiedział, że także "w stolicy Jemenu, Sanie znów słychać strzały i eksplozje".

- Co najmniej dwie osoby zginęły, a 15 zostało rannych w Sanie po wybuchu granatu w obiekcie, używanym przez generała Ali Mohsena, który poparł opozycję wzywającą do obalenia prezydenta Jemenu - podały źródła medyczne, na które powołuje się agencja Reutera. - Przyczyny eksplozji nie są znane, wybuch mógł być przypadkowy - podają natomiast źródła wojskowe. Jednak współpracownicy prezydenta Salaha już oskarżyli o wybuch generała Mohsena.

Walka pomiędzy przeciwnikami prezydenta Jemenu i i żołnierzami armii jemeńskiej trwa także w południowej części miasta Aden. Do strać doszło tam pierwszy raz od miesiąca, gdy - jak twierdzą świadkowie, na których powołuje się agencja Reutera - przeciwnicy Salaha zaatakowali punkt kontrolny armii. Świadkowie powiedzieli, że "pojazd należący do armii został podpalony przez uzbrojonych bandytów".

Krewni prezydenta są w kraju

Agencja Reutera powołując się na jemeńskie źródła rządowe podała także, że "najważniejsi jemeńscy dowódcy, w tym synowie i bratankowie prezydenta Salaha są nadal w Jemenie, nie pojechali z nim do Arabii Saudyjskiej".

Najstarszy syn Salaha Ahmed dowodzi Gwardią Republikańską, a jego trzej bratankowie służbami bezpieczeństwa kraju i jednostkami wywiadu.

Koniec spokoju

Rano agencja Reutera podawała, że w Jemenie jest spokojniej, a strony konfliktu zawiesiły broń. Młodzi przeciwnicy prezydenta Alego Abd Allaha Salaha, wyszli na ulice Sany, świętować - jak to nazwali - obalenie reżimu.

- Dzisiaj narodził się nowy Jemen - śpiewało kilkudziesięciu ludzi zgromadzonych niedaleko stołecznego uniwersytetu. - To już koniec, reżim upadł - odpowiadali inni.

Krótko jednak trwała ich radość z "upadku reżimu", bo kilka godzin później strzały było już słychać w stolicy kraju - Sanie.

Stan prezydenta "niedobry"

Prezydent Jemenu przebywa w Arabii Saudyjskiej, gdzie jest poddawany leczeniu.

Według przedstawicieli saudyjskiej służby zdrowia i jemeńskiego dyplomaty, którzy zastrzegli sobie anonimowość, obrażenia klatki piersiowej prezydenta spowodowała rebeliancka rakieta, która w piątek w czasie świątecznych modłów uderzyła w meczet pałacu prezydenckiego w Sanie. Salaha raniły odłamki drewnianej kazalnicy.

Jak oświadczył zastrzegający sobie anonimowość przedstawiciel saudyjskiej służby zdrowia, Salah przybył do Arabii Saudyjskiej w niedzielę około godz. 1 w nocy i od razu został zabrany do szpitala. Stan prezydenta Saudyjczyk określił jako "niedobry", nie podając żadnych dalszych szczegółów.

Plemienny sojusznik prezydenta, szejk Mohammed Nagi al-Szajef powiedział natomiast agencji Associated Press, że spotkał się z Salahem w sobotę wieczorem na terenie jemeńskiego ministerstwa obrony. - Doznał poparzeń, ale nie były one poważne. Miał oparzenia obu rąk, twarzy i głowy - dodał al-Szajef. Według niego, w momencie uderzenia rakiety w meczecie było około 200 ludzi.

Obowiązki prezydenta Jemenu, a także zwierzchnika sił zbrojnych, przejął wiceprezydent Abd Rabu Mansur Hadi. Jak poinformowała w niedzielę telewizja Al-Arabija, Hadi ma spotkać się z dowódcami wojskowymi i synami rannego Salaha.

Kompletny chaos w Jemenie

Od kilku miesięcy opozycja domaga się ustąpienia Salaha, który autorytarnie rządzi Jemenem od 1978 roku. Dochodzi do krwawych starć sił rządowych z przeciwnikami prezydenta. W kraju panuje kompletny chaos, bo mimo wcześniejszych ustaleń Salah odmówił podpisania porozumienia z opozycją i przekazania władzy.

Opuszczenie kraju w czasie takiej niestabilności, nawet na leczenie, może - jak pisze agencja Reuters - utrudnić Salahowi utrzymanie władzy, może też być uznane za pierwszy krok do jej przekazania.

Według Mohammeda Nagi al-Szajefa, przedstawiciela plemienia pozostającego w sojuszu z prezydentem Jemenu, podczas piątkowego ataku na w meczet w pałacu prezydenckim w świątyni znajdowało się ok. 200 osób. W następstwie tego ostrzału artyleryjskiego śmierć poniosło 11 osób, a 124 zostało rannych.

Źródło: PAP, Reuters