TVN24 | Świat

"Padł rozkaz: strzelać, aż będą martwi"

TVN24 | Świat

Autor:
tas/mtom
Źródło:
PAP

Birmańska junta brutalnie tłumi protesty przeciwników, a policjantom kazano strzelać do demonstrantów, "aż będą martwi", zeznaje jeden z nich. Nie wszyscy funkcjonariusze wykonują jednak rozkazy. Ci, którzy odmawiają, są zmuszeni do ucieczki z kraju. Tymczasem wojsko w Mjanmie, które dokonało zamachu stanu, zatrudniło znanego lobbystę, który ma "wyjaśnić prawdziwą sytuację" w tym kraju na arenie międzynarodowej.

Podoficer Tha Peng i sześciu innych policjantów odmówiło, gdy przełożeni rozkazali im strzelać z pistoletów maszynowych do protestujących w mieście Khampat 27 lutego. - Następnego dnia oficer wezwał mnie, by spytać, czy będę strzelał – powiedział były policjant, cytowany przez agencję Reutera. Po kolejnej odmowie Tha Peng wystąpił ze służby i 1 marca zbiegł do Indii, pozostawiając w Khampat rodzinę. - Nie miałem wyboru – dowodził. Nie podał pełnego nazwiska, ale pokazał agencji swój dowód tożsamości i legitymację policyjną.

OGLĄDAJ NA ŻYWO W TVN24 GO

Od rozpoczęcia protestów przez granicę z Mjanmy (d. Birmy) do Indii zbiegło około 100 osób, głównie policjantów i członków ich rodzin – podał Reuters, powołując się na anonimowego indyjskiego urzędnika wysokiej rangi. Tha Peng twierdzi, że wielu policjantów popiera trwające demonstracje. - Na komisariacie 90 procent (policjantów) popiera protestujących, ale nie ma przywódcy, który by ich zjednoczył – powiedział. W Birmie pozostawił żonę i dwie córki, z których jedna ma sześć miesięcy.

Od wojskowego puczu z 1 lutego w Birmie zabitych zostało co najmniej 60 antywojskowych demonstrantów, a ponad 1,8 tys. osób zostało zatrzymanych – wynika z obliczeń Związku Pomocy Więźniom Politycznym (AAPP). Wśród aresztowanych jest demokratycznie wybrana przywódczyni kraju Aung San Suu Kyi.

Jej Narodowa Liga na rzecz Demokracji (NLD) odniosła zwycięstwo w listopadowych wyborach parlamentarnych, ale wojsko twierdzi, że były one sfałszowane, choć komisja wyborcza nie dopatrzyła się nieprawidłowości. Junta ogłosiła roczny stan wyjątkowy i zapowiedziała kolejne wybory, ale wielu Birmańczyków nie wierzy w te zapowiedzi i obawia się długotrwałej, opresyjnej dyktatury wojska.

Nasilanie represji

Tymczasem wojskowe władze nasilają działania przeciwko uczestnikom ogólnokrajowej kampanii nieposłuszeństwa obywatelskiego wobec junty. W Rangunie siły bezpieczeństwa otoczyły w środę kwatery mieszkalne strajkujących kolejarzy. Żołnierze skonfiskowali również żywność i inne towary przekazane w ramach wsparcia dla uczestników strajku – przekazała hiszpańska agencja EFE, powołując się na mieszkańców osiedla.

Władze nasiliły też represje wobec prasy, a pięciu niezależnym mediom odebrano licencje na działalność. Siły bezpieczeństwa dokonują nalotów na nieprzychylne wojsku redakcje. Od puczu aresztowano dziesiątki dziennikarzy, z których co najmniej sześciu usłyszało już zarzuty zakłócenia porządku publicznego, za co grozi do trzech lat więzienia – podała EFE.

Lobbysta ma wyjaśnić "prawdziwą sytuację"

Junta w Mjanmie zatrudniła izraelsko-kanadyjskiego lobbystę Ari'ego Ben-Menashe, który ma "wyjaśnić prawdziwą sytuację" w Mjanmie na arenie międzynarodowej. Ben-Menashe i jego mająca siedzibę w Montrealu firma Dickens & Madson Canada ma pomóc juncie w "opracowywaniu i realizowaniu polityki na rzecz korzystnego rozwoju Republiki Związku Mjanmy, jak również pomagać w wyjaśnianiu realnej sytuacji w kraju" - podano w cytowanych przez agencję Reutera dokumentach złożonych przez firmę w poniedziałek w ministerstwie sprawiedliwości USA.

Zgodnie z umową kanadyjska firma będzie reprezentować juntę w USA i lobbować na jej rzecz w Arabii Saudyjskiej, Zjednoczonych Emiratach Arabskich, Izraelu, Rosji i w organizacjach międzynarodowych, takich jak Organizacja Narodów Zjednoczonych - pisze Reuters.

Inne dokumenty przedstawione przez lobbystę pokazują, że wynagrodzenie jego firmy wyniesie 2 mln dolarów. Najprawdopodobniej przedsiębiorca będzie miał trudności z legalnym przyjęciem tych pieniędzy z powodu nałożonych na juntę amerykańskich sankcji.

"Chcą poprawić relacje z USA"

Ben-Menashe to były oficer wywiadu sił zbrojnych Izraela, który wcześniej reprezentował m.in. Zimbabwe za czasów prezydentury Roberta Mugabe czy Sudan, gdy rządziła nim armia. W telefonicznym wywiadzie dla Reutersa w sobotę lobbysta potwierdził, że został zatrudniony przez birmańskich wojskowych.

Według Ben-Menashego birmańscy generałowie chcą poprawić swoje relacje z USA i zdystansować się od Chin, do których Birmę niebezpiecznie zbliżyły rządy obalonej przez nich Aung San Suu Kyi. - Oni nie chcą być chińskimi marionetkami - mówił o przywódcach birmańskiej armii lobbysta. Przyznał, że zlecono mu także uzyskanie wsparcia Arabii Saudyjskiej i ZEA dla planu repatriacji uchodźców z muzułmańskiej mniejszości Rohingja. Członkowie tej społeczności uciekli z Birmy w 2017 roku po atakach sił zbrojnych, kierowanych przez tych samych generałów, którzy teraz zatrudnili Ben-Menashego. W opinii m.in. ONZ birmańska armia dopuściła się na Rohingjach ludobójstwa.

- To wysoce nieprawdopodobne, by był w stanie przekonać do tej narracji USA - skomentował dyrektor programu azjatyckiego Human Rights Watch John Sifton. Rzecznik wojskowych władz Birmy nie odpowiedział na prośbę agencji o komentarz w tej sprawie.

Autor:tas/mtom

Źródło: PAP

Tagi:
Raporty: