Świat

Syn odnalazł matkę po 41 latach. "Będę go ściskać każdego dnia"

Świat

gofundme.com | Travis TolliverNelly i Travis spotkali się po latach dzięki internautom

Pewna Chilijka przez kilkadziesiąt lat była pewna, że jej syn zmarł zaraz po urodzeniu. W rzeczywistości okazało się, że dziecko uprowadzono i przekazano do adopcji za granicą. Dzięki mediom społecznościowym obojgu udało się w końcu spotkać i poznać.

Choć Amerykanin Travis Tolliver ma dziś 41 lat, swoją biologiczną matkę poznał dopiero teraz. Po latach rozłąki oboje spotkali się na lotnisku w stolicy Chile Santiago. Jak mówią w wywiadach, zrozumieli się w tamtej chwili bez słów, choć na co dzień każde z nich posługuje się różnymi językami: Tolliver spędził całe życie w Stanach Zjednoczonych, podczas gdy jego matka pochodzi z Chile.

Śmierć bez aktu zgonu

Kiedy Tolliver przyszedł na świat w połowie lat 70. w jednym z chilijskich szpitali, jego matka Nelly Reyes miała wtedy 19 lat. Zaraz po porodzie siostry zakonne prowadzące szpital przekazały jej, że dziecko cierpi na poważną chorobę serca i najpewniej nie przeżyje. - Kilka godzin później powiedziały mi, że mój syn zmarł - wspomina kobieta. Nigdy jednak nie pokazano jej ani ciała dziecka, ani jego aktu zgonu.

W rzeczywistości Tolliver trafił wówczas z Chile prosto do USA. Adoptowała go tam pewna rodzina w stanie Waszyngton. - To wspaniała para, nie mieli pojęcia, że zostałem skradziony własnej matce - wspomina mężczyzna. - Powiedziano im wtedy, że moja matka miała zbyt wiele dzieci. Nie była w stanie ich utrzymać, dlatego zdecydowała się oddać mnie do adopcji. Tak naprawdę odebrali mnie jej, bo była panną, a mój ojciec nas porzucił - mówi Tolliver.

Jego historia nie jest odosobnionym przypadkiem. W latach 70. i 80. XX wieku w Chile miało miejsce wiele podobnych, nielegalnych adopcji. Dziś proceder ten bada tamtejsza Krajowa Służba ds. Nieletnich Sename, która prowadzi setki śledztw w tej sprawie.

- To już nie jest mit. Dziś wiemy, że takie rzeczy naprawdę miały miejsce. To nie jest jakaś zmyślona opowiastka, którą powtarzało sobie kilku ludzi - mówi dyrektor Sename Marcela Labraña.

Pomógł internet

Tolliver wspomina, że od zawsze wiedział, że jest adoptowany. Pewnego dnia postanowił, że odnajdzie swoich biologicznych rodziców. Kiedy dowiedział się o serii uprowadzeń dzieci z Chile, znalazł na jednym z portali społecznościowych stronę, która gromadziła informacje o takich przypadkach. Mężczyzna wysłał im wszystkie niezbędne dane dotyczące jego sprawy. Wystarczyło kilka tygodni, by administratorzy strony odnaleźli jego matkę. Dzięki temu oboje mogli się w końcu spotkać - po raz pierwszy w życiu.

Swoją historią Tolliver podzielił się później także z użytkownikami strony gofundme.com, gdzie zbierał pieniądze niezbędne, by móc polecieć do Chile i poznać swoją rodzinę.

"Syndrom porzucenia"

Do spotkania doszło pod koniec maja na lotnisku w chilijskim Santiago. Oboje natychmiast wpadli sobie w ramiona i zalali się łzami. - Będę go teraz ściskać każdego dnia - mówiła poruszona kobieta. - Nie wiem co mam czuć. To jakieś szaleństwo. Nigdy nie myślałem, że to się kiedyś stanie - dodawał Tolliver.

Mężczyzna ma teraz nadzieję, że świadomość o tym skąd pochodzi, pomoże uporać mu się z traumą z dzieciństwa. W wywiadach mówi, że przechodził przez "syndrom porzucenia". - Wciąż trudno mi uwierzyć, że to wszystko dzieje się naprawdę - dodaje.

Autor: ts\mtom / Źródło: welt.de, cnn.com

Źródło zdjęcia głównego: gofundme.com | Travis Tolliver