TVN24 | Świat

Polexit, czyli realna niedorzeczność

TVN24 | Świat

Autor:
Jacek
Stawiski
Źródło:
TVN24
Czerwińska: wykluczamy możliwość polexitu, ponieważ rzeczywistością naszego kontynentu jest Unia EuropejskaTVN24
wideo 2/7
TVN24Czerwińska: wykluczamy możliwość polexitu, ponieważ rzeczywistością naszego kontynentu jest Unia Europejska

Sama nazwa "polexit" sugeruje od razu, że to musi być coś bliźniaczego, niemal identycznego jak brexit, czyli opuszczenie Unii Europejskiej przez Wielką Brytanię w ciągu kilku lat od referendum.  Ale wcale tak nie musi być. Wyjście Polski z Unii Europejskiej może mieć różne oblicza, może trwać nawet latami - pisze dla tvn24.pl Jacek Stawiski, gospodarz programu "Horyzont" w TVN24 BiS.

Nieoczekiwanego dryfu w stronę "polexitu" może nie zatrzymać jedna uchwała partii czy środowiska, nazywającego się prawicowym, jeśli emocje wśród polityków tej partii przechyliły się już dawno w stronę niechęci czy wrogości wobec Unii Europejskiej. "Polexit" wydaje się niedorzecznością, także pewnie z punktu widzenia rządzącego obozu prawicowego. Niedorzeczność, owszem. Ale historia polityki, także polityki międzynarodowej, przynosi mnóstwo przykładów, że nawet jeśli coś wygląda na niedorzeczne, to i tak należy się tego obawiać. 

OGLĄDAJ TVN24 W INTERNECIE NA TVN24 GO >>>

Powrót "Polexitu"

Mimo zdecydowanego poparcia Polaków dla Unii Europejskiej, mimo ogromnych korzyści z uczestniczenia w Unii, nie po raz pierwszy od kilku lat wraca temat "polexitu". Co wydarzyło się właściwie we wspomnianym czasie? Dlaczego to wraca? Przede wszystkim, hasła o wychodzeniu z Unii Europejskiej weszły na dobre do głównego nurtu polskiej polityki i głównego, dominującego dziś nurtu medialnego, czyli nurtu "prawicowego".  Zawsze uważałem i podkreślałem, że różnym osobom i różnorodnym środowiskom, które świadomie, z głębokiego osobistego przekonania, w momencie wchodzenia Polski do UE w latach 2003-2004 opowiedziały się przeciwko polskiej obecności w Unii, należy się szacunek. Kwestionowanie tej obecności, wynikające z głębokich osobistych przemyśleń, miało sens, jeśli było podparte obywatelską refleksją, i jeśli było autentyczne i szczere.

Trudno dzisiaj taką autentyczność, szczerość i obywatelską troskę przypisać politykom, którzy w kilkusekundowej wypowiedzi, tzw. soundbite'ach, zrównują okupację niemiecką i sowiecką z obecnością Polski w Unii Europejskiej. To jest przede wszystkim wyraz jakiegoś karykaturalnego populizmu, bagatelizującego pamięć o milionach ofiar zbrodni III Rzeszy i Związku Sowieckiego. Jednocześnie jest to przejaw kompletnego niezrozumienia, jakie znaki zapytania stoją przed państwem polskim i Unią Europejską. Na szczęście dzisiaj i pewnie długo jeszcze posługiwanie się takimi porównaniami bardziej kompromituje niż propaguje "polexit" Ale szkody pozostają. Potęgują je jeszcze bardziej zażarte internetowe bitwy i kampanie trollingu.

Suski nie wycofuje się ze słów o brukselskiej okupacjiTVN24

Niedorzeczne słowa o okupacji brukselskiej i wojnie hybrydowej ze strony UE wobec Polski mają niestety bardzo konkretne zadanie i bardzo określony cel. Chodzi o stopniowe oswajanie Polaków z myślą o odcinaniu się od UE. Mówiąc o wojnie hybrydowej ze strony Unii i o okupacji, rysuje się grubą krechą obraz Unii jako organizacji całkowicie zewnętrznej wobec Polski. I to jest autentyczny wymiar tej, pozornie tylko niedorzecznej, licytacji antyunijnych haseł. Chodzi o pokazywanie kroczek po kroczku Unii Europejskiej jako struktury państw, która jest obok nas, jest niebezpieczna, jest obca i zewnętrzna.

Spośród wszystkich organizacji międzynarodowych, jakie zna współczesny świat i do jakich Polska należy, akurat dwie są nasze, są wewnętrzne jak żadne inne. To w szczególny sposób Sojusz Atlantycki i w sposób jeszcze znacznie silniejszy Unia Europejska. Można mówić o ONZ, OBWE, UNESCO, WTO itp. jako o "międzynarodowych" strukturach, do których Polska jakoś tam należy. Ale akurat Unia Europejska to organizacja, której nie sposób nazwać zewnętrzną. Jednym z naczelnych sensów jej istnienia jest wprowadzenie Unii do codzienności obywateli wszystkich państw członkowskich. Każdy z nas jest i obywatelem Rzeczypospolitej Polskiej, i obywatelem Unii. Propagatorzy "polexitu" mają tego świadomość, dlatego budują od pewnego czasu obraz UE jako siły zewnętrznej. Im bardziej go utrwalą, tym łatwiej będzie Unię opuścić.

Terlecki o brexicie i relacjach Polski z Unią EuropejskąTVN24

Antyniemiecka narracja

Centralnym punktem "polexitu", wyimaginowanego i niedorzecznego - dzisiaj, choć zobaczymy, co będzie w przyszłości - jest stosunek do Niemiec. Upadek komunizmu przyniósł dwa kluczowe kopernikańskie przewroty w geopolityce wokół Polski. Umożliwił nam budowę sojuszu z Ameryką oraz umożliwił budowę wspólnoty interesów Polski i Niemiec. Nikt nie zapowiadał, że interesy Polski i Niemiec będą zawsze identyczne. Ale zbiór celów wspólnych jest daleko większy niż zbiór rozbieżności. Bez rozwiniętego sojuszniczego sąsiedztwa polsko-niemieckiego nie będzie nigdy w pełni rozwiniętego polskiego członkostwa w Unii Europejskiej. Bez Unii Europejskiej zarządzanie nielicznymi, ale istotnymi różnicami między Polską a Niemcami będzie daleko trudniejsze, a być może będzie w ogóle niemożliwe.

Dlatego propagatorzy "polexitu" konsekwentnie krytykują partnerstwo polsko-niemieckie i wyolbrzymiają różnice w interesach obu państw i narodów. Niemcy współczesne krok po kroku opisywane są jako państwo wrogie, wywodzące się wprost z III Rzeszy. Ta konsekwentna antyniemiecka linia "polexitowców" wmawia obywatelom, że państwa Europy Środkowej i Wschodniej, od Czech po Rumunię i od Estonii po Słowenię, pod przewodnictwem Polski, zbudują antyniemiecki kordon sanitarny w Europie. To prawdziwa niedorzeczność. Nikt w Pradze, Bratysławie, Bukareszcie, Lublanie, nawet we wzorcowych ustrojowo Węgrzech, nie kwapi się do antyniemieckiej krucjaty. Zainteresowanych odsyłam do zapoznania się z historią relacji narodów Europy Środkowej z Niemcami i także z Austrią, powiedzmy w ostatnich 200 latach. Dodam tylko, że ta historia daleko odbiega od uproszczonych schematów, serwowanych dzisiaj w Polsce.

Prezydent Niemiec Frank-Walter Steinmeier z wizytą w Polsce. konferencja z prezydentem Polski Andrzejem DudąTVN24

Exit bez wyjścia

Liczni reprezentanci obozu zwanego prawicowym zastrzegają, że o wychodzeniu z Unii nie ma mowy, chodzi jedynie o zasadniczą reformę Unii Europejskiej poprzez współpracę z partiami, które w swoich krajach sytuują się na prawicy albo skrajnej prawicy. To choćby austriacka Partia Wolnościowa i francuskie Zgromadzenie Narodowe, do niedawna Front Narodowy. Korzenie działalności tych partii powinny w każdym obywatelu polskim budzić niepokój.

Partia Wolnościowa to ugrupowanie, które gromadziło w Austrii byłych funkcjonariuszy NSDAP, zwolenników III Rzeszy. Dzisiaj z powodów biologicznych już tam nie ma byłych brunatnych funkcjonariuszy, ale całkiem niedawno jeszcze wolnościowcy nie życzyli sobie Polski w UE. Ich dziś już nieżyjący, popularny lider Jörg Haider wyrażał się z pogardą o Słowianach, szczególnie Polakach. Partia Wolnościowa FPÖ nadal chce ograniczenia prawa pracy dla Polaków w Europie, chce ograniczenia prawa swobodnego podróżowania i osiedlania się w UE. I przede wszystkim mocno wspiera antynatowski oraz antyamerykański kurs Kremla, uznając prawo do dominacji rosyjskiej na Ukrainie. Prominentni działacze FPÖ uczestniczą w oplataniu Austrii i Europy wpływami Rosji.

Bliźniaczą partią dla austriackich wolnościowców jest Alternatywa dla Niemiec AfD, gloryfikująca nieraz III Rzeszę i "osiągnięcia" Wehrmachtu. Politycy i sympatycy obozu prawicowego w Polsce zaklinają, że nie chcą współpracować z AfD, ale na forum europejskim właśnie Alternatywa dla Niemiec wspólnie z francuskim Zgromadzeniem Narodowym Marine Le Pen stanowią trzon owego rzekomo reformatorskiego, prawicowego i skrajnie prawicowego bloku.

Partia Le Pen od początku istnienia konsekwentnie jest antynatowska, silnie antyamerykańska, prorosyjska, natomiast w polityce unijnej domaga się znaczących ograniczeń swobody pracy i osiedlania się dla Europejczyków ze wschodu Unii oraz zniesienia przywilejów dla pracowników delegowanych. Dzisiaj Marine Le Pen odcina się od ojca, który, zakładając Front Narodowy, głosił hasła, jakoby III Rzesza nie zorganizowała Zagłady Żydów. Oby ta nowa linia polityczna córki założyciela Frontu była trwała. Dzisiaj na taką wygląda, ale i tak warto pamiętać, że korzenie formacji Marine Le Pen to poglądy skrajnie sprzeczne z polityką historyczną polskiego państwa, niezależnie od barwy politycznej aktualnych rządów w Warszawie.

Marine Le PenShutterstock

Zgromadzenie Narodowe i osobiście Marine Le Pen nie głoszą już frexitu, czyli wyjścia Francji z Unii Europejskiej. Ale tu ważne zastrzeżenie: Le Pen nie chce wystraszyć Francuzów nagłym exitem na wzór brytyjski. Proponuje exit rozłożony na kilka, kilkanaście lat, który miałby polegać na wycofywaniu się Francji z działalności w Unii Europejskiej w określonych, istotnych obszarach. Taki exit doprowadziłby do sytuacji, w której członkostwo Francji w UE byłoby bezprzedmiotowe. Wycofywanie się Francji z różnorodnych dziedzin funkcjonowania Unii Europejskiej oznaczałoby według wszelkiego prawdopodobieństwa koniec Unii i powrót do Europy znanej w przybliżeniu z lat międzywojennych. Taka pełna Europa państw i ojczyzn nie musi wcale być bardziej przyjazna dla państwa polskiego od obecnej Europy. Raczej szybko zatęsknilibyśmy za jakąś formą europejskiej wspólnoty czy europejskiej unii państw.

Bruksela - wróg numer jeden

"Polexitowcy" oskarżają Unię Europejską o brak demokratycznego oparcia. Komisarze Unii są w ich pojęciu właściwie najeźdźcami z Marsa. Najgorszym wrogiem Polski ma być jakoby biurokracja brukselska itd. To stały element propagandy wrogości wobec Unii.

Nie zamierzam bronić ani przerostu biurokracji, ani nadmiernych regulacji w Unii. Bolączki Unii, jak i innych wpływowych organizacji międzynarodowych, w tym choćby ONZ, są znane i rozpoznane. Komisję Europejską tworzą komisarze, których zgłaszają rządy państw narodowych. Nikt nie wpadł na lepszy pomysł. Parlament Europejski pochodzi z powszechnych wyborów. Kiedyś był ciałem fasadowym, dzisiaj ma dużo więcej władzy, choć nie zastępuje parlamentów krajowych. Mówienie, że Parlament Europejski jest bliski zastąpienia parlamentów np. Francji, Niemiec, Włoch, Hiszpanii, Węgier, Czech, Litwy czy Polski to bajka o żelaznym wilku. Inna sprawa, że w Parlamencie Europejskim łatwo jest popaść w izolację. Odmawiając innym demokratycznej legitymacji, odmawiając z pozycji prawicowych choćby grupie chadecko-konserwatywnej miana konserwatystów i chrześcijańskich demokratów, wskazując, że prawdziwa prawica to Le Pen i Partia Wolnościowa, można się spodziewać bardzo szybko izolacji i spadku znaczenia.  

Parlament Europejski EBS

"Polexitowcy" argumentują, że państwa narodowe tracą na znaczeniu w UE. I że nawołują jedynie do obrony suwerenności i odrębności państw. Trudno się z tym zgodzić, patrząc nawet tylko na ostatnie 20 lat funkcjonowania Unii. Państwa i narody Europy, z różnorodnymi ustrojami politycznymi, modelami gospodarczymi, systemami socjalnymi, językami, kulturami, religiami, pamięcią historyczną, od zawsze były, są i będą esencją Unii Europejskiej, a Rada Europejska, zrzeszająca szefów państw i rządów, to faktycznie najsilniejsza władza w Unii. To tam koniec końców wykuwa się polityka europejska, tam toczą się spory o kierunek funkcjonowania unijnego towarzystwa. Tam też łatwo popaść w izolację, stając się zakładnikiem własnej retoryki.

Gdy przywódcy państw UE zamykają się na sali obrad, rozmawiają bez publiczności, to europejska gra zaczyna się na całego. Krzyki o okupacji i exicie nie dodają wagi w tym bokserskim ringu. Nie tylko nie dodają wagi, ale na pewno odejmują powagi. Koło się zamyka.

Autor:Jacek Stawiski

Źródło: TVN24

Źródło zdjęcia głównego: fakty